Festiwale

fot. Krzysztof Wojciechowski

Opublikowano w JAZZ FORUM 10-11/2016

Jazz na Starówce 2016



BIRÉLI LAGRÈNE

2 lipca w ramach festiwalu Jazz na Starówce na Rynku Starego Miasta w Warszawie wystąpił słynny francuski gitarzysta Biréli Lagrène. Jego Gypsy Trio dopełniali Hono Winterstein na gitarze akustycznej i William Brunnard na kontrabasie. Mogliśmy spodziewać się repertuaru nawiązującego do twórczości Django Reinhardta – mistrza jazzu cygańskiego, którego styl gry naznaczył na wiele lat muzykę Lagrène’a. Po eksplorowaniu tej estetyki w młodości, gitarzysta oddał się na kilkanaście lat stylistyce fusion, by około roku 2000 wrócić do swych pierwszych fascynacji. I ta pełna radości przygoda trwa do dziś.

Warszawski występ był celebracją muzyki swingującej o chwytliwych melodiach, nieraz niezwykle przebojowych, niekoniecznie z jazzowego repertuaru. Usłyszeliśmy utwory grane niegdyś przez Reinhardta – m.in. All of Me, ale również takie evergreeny, jak Hit the Road JackIsn’t She Lovely, czy barwne cytaty ze słynnych szlagierów, jak np. Mona Lisa.

Dominacja lidera w zespole była niewątpliwa – rola Wintersteina ograniczała się do akompaniowania, zaś Brunnard miał kilka okazji do gry solo. Brzmienie gitary Lagrène’a kojarzyło się z tonem jego dawnego partnera scenicznego Larry’ego Coryella, co sprawiało, że skoczna muzyka tria nabierała nieco jazzrockowego charakteru. Lagrène chciał przede wszystkim rozbawić swą publiczność energiczną, prostolinijną rozrywką wykonaną z wirtuozowską sprawnością.

Maciej Krawiec


Biréli Lagrène Trio, fot. Krzysztof Wojciechowski


VLADISLAV „ADZIK” SENDECKI

Wieczór 9 lipca zgromadził na warszawskim Rynku sporą grupę miłośników jazzu, których nie wystraszyły obrady NATO i stan totalnego oblężenia stolicy. I których nie skusiły gwiazdy odbywającego się po drugiej stronie Wisły festiwalu Warsaw Summer Jazz Days.

Swój występ zapowiedział Władysław Sendecki i jego Polish Blue Note Quartet. Lider grał na fortepianie i syntezatorach, Andrzej Olejniczak na saksofonach, Paweł Dobrowolski na perkusji, a Michał Barański na kontrabasie i gitarze basowej. Artyści zafundowali słuchaczom porcję wybornej muzyki, jakiej tego dnia nie powstydziłaby się chyba żadna stolica świata.

Barwne, nastrojowe solówki Olejniczaka i per­fekcyjna sekcja, niczym szalona lokomotywa – wprowadziły publiczność w stan hipnozy i rytmicznego upojenia. A to, co wyprawiał Adzik Sendecki przechodzi ludzkie pojęcie, bo to raczej nie pianista a czarodziej, a przy tym artysta o nieprzeciętnym uroku, błyskotliwej inteligencji i kapitalnym kontakcie z publicznością.

Nastrój wieczoru psuły policyjne helikoptery i jakiś wariat, który z domu na rogu Nowomiejskiej i Wąskiego Dunaju katował przechodniów przebojami z podmiejskich potańcówek. Wielu artystów przerwałoby występ i zeszło ze sceny. Ale Sendecki to artysta o wielkim doświadczeniu, chleb jadł z niejednego pieca, sporo widział i sporo słyszał, toteż bez trudu poradził sobie z hałaśliwym akompaniamentem. Zafundował rodakom podróż do swojego romantycznego świata – świata rajskich barw, czarujących baśni i nastrojowych, zapomnianych pieśni. Było pięknie.

Jacek Żmichowski

Sławek Jaskułke Trio

Koncert trójmiejskiego pianisty, który odbył się 31 lipca, był jednym z najlepszych, jakie słyszałem na warszawskim Rynku Starego Miasta.  Sławek Jaskułke rozpoczął go solo i zakończył także, już na bis, solo. A później był jeszcze kolejny bis. Te dwa solowe utwory pochodziły z płyty „Sea”. I tam brzmienie fortepianu jest magiczne, głębokie i odrealnione, stanowi dodatkowy walor płyty. Na Starówce tego brzmienia zabrakło. O pianistyce Jaskułke napisano już wiele dobrych rzeczy i po prostu stwierdzę, że jak zwykle zagrał znakomicie. Potrafi przykuć uwagę słuchacza i ma na to wiele sposobów.

Ciekawy byłem nowego programu, który został wcześniej nagrany na płycie „On”. Bardzo interesujący! Sposób konstruowania utworów kojarzył mi się troszeczkę z pomysłami – tu znacznie rozwiniętymi – Komedy. Proste powtarzające się motywy, od czasu do czasu pewna fascynująca nieregularność, klarowna i dość wyrafinowana harmonia. Dużo „miejsca i czasu” dla każdego z muzyków, każdy miał swoje solówki i każdy współuczestniczył w powstawaniu formy. Niestety kontrabas był zbyt głośny z dość krótkim, suchym dźwiękiem. Ponieważ Max Mucha jest fantastycznym muzykiem, to z przyjemnością słuchałem jego improwizacji i doskonałego groove’u. Tym bardziej szkoda, że kontrabas brzmieniowo nie wspierał (przynajmniej poza sceną) całego zespołu. Dźwięk perkusji także nie był piękny, choć Krzysztof Dziedzic grał wspaniale. Wychodzi na to, iż trzech muzyków świetnie grało, ale trudności z nagłośnieniem plenerowego występu trochę zepsuły końcowy efekt.

Utwory w wersji koncertowej zabrzmiały całkiem inaczej, były niemal nie do poznania, choć przecież mają charakterystyczne tematy. Ja przypomniałem sobie temat 4:4, a w innych po prostu się zasłuchałem.

Ryszard Borowski

New York Jazz Masters

Na Rynku Starego Miasta 6 sierpnia wystąpili mistrzowie sceny nowojorskiej. Spodziewałem się czegoś oryginalnego, co może stać się inspirującym, twórczym impulsem. Rozczarowałem się. Koncert firmował saksofonista Greg Osby, ale to pianista Mark Soskin i basista Matt Penman podobali mi się najbardziej. Żadnego wrażenia nie zrobił na mnie występ gitarzysty Rory’ego Stuarta. Jego instrument nie brzmiał dobrze (nagłośnienie?) i trzeszczał od czasu do czasu. Świetny bębniarz Greg Hutchinson chyba dobrze wywiązywał się ze swojego, niełatwego – o czym za chwilę – zadania.


Greg Osby, fot. Krzysztof Wojciechowski


Miałem wrażenie, że jest to pierwsza próba, w dodatku nuty napisane są niewyraźnie. Niełatwe melodie tematów grane unisono przez gitarę i saksofon „rozłaziły się”. Taka muzyka nie wymaga idealnej precyzji, jak na przykład jazz-rock, ale można było dostrzec, że nie wszystko wychodzi, tak jak potrzeba. Konstrukcje samych tematów były skomplikowane, nieregularnie pomieszane zostały różne rytmy. Duże fragmenty trzeciego utworu utrzymane były w metrum na 10 (fraza dwutaktowa 5+5), ale i ten, wydawałoby się ostinatowy, puls bywał łamany. Nie mogłem dostrzec w tym jakiejś muzycznej potrzeby. Ogromnie to utrudniało improwizację.

Trzeba przyznać, że muzycy na ogół skutecznie przedzierali się przez te meandry rytmów i harmonii. Podziwiałem współpracę pianisty i basisty, ale znów, tak jak tydzień wcześniej, kontrabas brzmiał głośno i sucho, a fortepian bez blasku. Oba sprawiały wrażenie słabych, wypożyczonych za bezcen, instrumentów. A może to  wszystko wina pokrowców przeciwdeszczowych na głośnikach?

Ryszard Borowski

Cyrus Chestnut Trio

Pochmurne niebo nad warszawską Starówką 13 sierpnia br. nie wróżyło początkowo nic dobrego. Gdy jednak z ustawionej na Rynku estrady popłynęła spod palców pianisty kaskada dźwięków, pogoda od razu przestała mieć znaczenie. Po rozbudowanym wstępie wchodzi sekcja rytmiczna i od razu wiadomo, z czym mamy do czynienia – intensywny swing, klasyczne, hardbopowe tematy, jazzowy mainstream w najlepszym tego słowa znaczeniu. Cyrus Chestnut nie stara się poszerzać pianistyki jazzowej poza jej ustalone tradycją granice, znajdując w tak zakreślonym obszarze wystarczającą inspirację dla własnego, błyskotliwego technicznie, mocno osadzonego w afro-amerykańskiej ekspresji stylu. Znakomitym tego przykładem była jego interpretacja Preludium opus 28, nr 20 Fryderyka Chopina. Utworem tym, będącym specjalnym ukłonem w stronę polskiej publiczności, bo nienależącym do jego zwykłego repertuaru, pianista demonstrował, że nieobce mu jest dziedzictwo klasycznej pianistyki. Jednocześnie wykorzystał on mollową tonację Preludium, by oparta na nim improwizacja nabrała typowo bluesowego charakteru.


Cyrus Chestnut, fot. Krzysztof Wojciechowski


Chestnut uważany jest za artystę multistylistycznego, poruszającego się swobodnie w różnych konwencjach muzyki popularnej. Tak miały go ukształtować wymagania związane z wieloletnim akompaniowaniem wokalistkom jazzowym. W Warszawie zaprezentował jednak głównie repertuar standardów, wyraźnie nawiązujący do Milesa Davisa z okresu drugiej połowy lat 50. i związanych z trębaczem pianistów. Większość z nich stanowiły swingujące ballady utrzymane w wolnych lub umiarkowanych tempach jak It Could Happen to You, z dłuższą partią solową kontrabasu i subtelnym (granym szczotkami) solem perkusji. Piękne solo kontrabasu było też ozdobą Davi­sowskiego Nardis. W tym miejscu trzeba podkreślić, że wykonawcy koncertu, zapowiedziani jako Cyrus Chestnut Trio, stanowili w istocie zespół równych sobie indywidualności, co lider zresztą podkreślał dając kontrabasiście Busterowi Wil­liamsowi często pierwszoplanową rolę w kształtowaniu brzmienia utworu. Z kolei perkusista Lenny White imponował dobrym smakiem nie wykraczając nawet w swej własnej kompozycji, nastrojowej balladzie Dedication, poza rolę dyskretnego akompaniatora. Dla osób, które kojarzyły nazwiska Williamsa i White’a z ostrym, jazz-rockowym graniem, mogło to być zaskoczenie.

Był to w istocie występ zespołu all stars, muzyków świadomych perfekcji swej gry i nie odczuwających potrzeby ozdabiania jej pustymi sztuczkami czy grą „pod publiczkę”. Błyskotliwość gry lidera, kontrastująca z jego zwalistą sylwetką, podporządkowana była duchowi (a nawet duchowości, jak w jego własnej kompozycji Faith Amongst the Unknown) muzyki. Then ostatni utwór ukazał też talent Chestnuta w komponowaniu wpadających w ucho tematów, utrzymanych w konwencji klasycznych jazzowych standardów. Ramy koncertu tworzyły dwa, energicznie zagrane, hardbopowe standardy This I Dig of You Hanka Mobleya na początek i Minority Gigi Gryce’a na bis. Sumując, była to lekcja mistrzowska klasycznego „czarnego” jazzu.

Marek Garztecki

Adam Bałdych & Helge Lien Trio

W sobotę 20 sierpnia odbył się koncert Adama Bałdycha z Helge Lien Trio. Nasz skrzypek jazzowy nawiązał współpracę z norweskim pianistą i jego grupą, a jej owocem jest wydany w 2015 roku pod szyldem niemieckiej wytwórni ACT album „Bridges”. To właśnie repertuar z tej płyty zaprezentowali warszawskiej publiczności.

Tego typu utwory dużo lepiej prezentują się w zamkniętych przestrzeniach, gdzie momentami intymne frazy wybrzmiewają dokładniej i docierają do słuchacza, niemal przeszywając go na wskroś. Mimo to muzycy obronili się swoimi pięknymi kompozycjami, a Bałdych obdarzył publiczność nietuzinkową energią płynącą z jego scenicznej charyzmy i emocjonalności.

Koncert rozpoczął się lirycznym Polesiem, wprowadzając słuchaczy w nastrój charakterystyczny dla nordyckiej muzyki improwizowanej, a pierwsze solówki nie pozostawiły wątpliwości, że zgromadzone na Rynku audytorium może liczyć na mądre traktowanie frazy i sposób grania, w którym każdy dźwięk nawet najbardziej brawurowego popisu jest uzasadniony, dobrze przemyślany i potrzebny. Można było usłyszeć również między innymi Riese czy Mosaic, ale to grany niemal na samym końcu Dreamer zebrał najbardziej gromkie brawa. Nie zabrakło wśród publiki tych, którzy wyśpiewywali dobrze znane im dźwięki tematu unisono ze skrzypcami.

Zespół zakończył swój występ piękną interpretacją kołysanki Krzysztofa Komedy z filmu „Dziecko Rosemary”, która w ich wykonaniu była pełna spokoju, pewnego rodzaju mistycyzmu, ale i ukrytego napięcia i mroku jednocześnie.

Dźwięki roznoszące się po okolicznych kamienicach podczas tego pięknego, letniego wieczoru pozostaną długo w naszej pamięci.

Mariola Borowska



Zobacz również

Jazz & Literatura 2017

Trzecia edycja śląskiego festiwalu odbyła się w dn. 6 - 15 października. Więcej >>>

Ad Libitum 2016

11. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej odbyła się w Warszawie w dn. 19… Więcej >>>

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

Jamie Cullum: Finał Zadymki

Finał Zadymki miał miejsce w sali koncertowej NOSPR w Katowicach.  Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu