Festiwale
Obara Special Quartet
fot. Lucjusz Cykarski

Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej

Marek Tomalik


Cztery dni jazzu na światowym poziomie – Chick Corea & Gary Burton, nowe projekty Arilda Andersena i Marcina Obary, hinduskie wcielenie Andy’ego Shepparda, nordycki kwintet Tomasza Stańki i zaskakujący recital kubańskiego pianisty Gonzalo Rubalcaby.

Corea i Burton zagrali tydzień wcześniej w słynnym z akustyki kościele św. Maksymiliana Kolbego (patrz recenzja Piotra Iwickiego w JF 12/2009). Kolejne koncerty siódmej Jazzowej Jesieni odbywały się w Domu Muzyki Bielskiego Centrum Kultury.

W czwartek 26 listopada powiało skandynawskim chłodem. Arild Andersen, od lat związany z wytwórnią ECM, zabrał nas w podróż do mrocznych krain, gdzie słońce zagląda sporadycznie. Norweski kontrabasista na scenie jest wręcz zaprzeczeniem muzyki, z którą przyjechał w Beskidy. Jego przyjazna, pogodna, często uśmiechnięta twarz, rozbrajała optymizmem. Prezentując program z albumu „Live At Belleville” (ECM, 2008) udowodnił, że kontrabas doskonale może spełniać funkcję instrumentu wiodącego. Niezwykle głębokie brzmienie basu prowadziło tę niesamowitą muzykę – przynajmniej w tych spokojniejszych utworach – po krajobrazach, które znamy m.in. z utworów Jana Garbarka. Nic dziwnego, z norweskim mistrzem saksofonu Arild stawiał pierwsze kroki swojej muzycznej kariery.

Natomiast saksofon tenorowy w jego nowym projekcie nie brzmi garbarkowato, jest jazgotliwy, drapieżny, jak u Johna Lourie’ego (Lounge Lizards). Szkot Tommy Smith gra na tenorze w sposób nad wyraz oszczędny i zarazem ognisty, na krawędzi free, nie przekraczając jednak tej granicy. Podobnie surowo zagrał perkusista, jakby jedno uderzenie więcej miało popsuć całą zabawę. Wspólne partie saksofonu i kontrabasu mogły przypominać amerykański zespół Morphine, ale w jeszcze bardziej surowym, twardszym wydaniu. Niemniej to właśnie „poszukujący” kontrabas wprowadzał niepokój, który unosił całą muzykę. Zapętlone w kilku frazach pogłosy dawały złudzenie pojawienia się kolejnych instrumentów, tworzyły quasi-orkiestrę. Nie ma wątpliwości, że mamy tu do czynienia z muzyką skandynawską, z lekka depresyjną, pełną dysonansów, targaną emocjami, jak w kinie Bergmana. To zdecydowanie męska muzyka. Subiektywnie – był to najbardziej poruszający koncert bielskiego festiwalu.
 
Drugi koncert czwartkowego wieczoru był melodyjnym kontrastem do wcześniejszej surowości. Andy Sheppard Quintet wprowadził relaksującą, wręcz momentami taneczną muzykę. Dwie gitary, ustawione na przeciwległych krańcach sceny, uzupełniały się w dość osobliwy sposób. Eivind Aarset tworzył delikatne tła, rytmiczne podkłady, używając elektroniki i całej gamy efektów (trochę jak Michael Brook). John Parricelli grał na przemian akustycznie i elektrycznie, poszukując dźwięków do improwizacji w różnych szerokościach geograficznych, m.in. w gorącej Afryce, Andaluzji (flamenco).

Na roztańczonym kontrabasie grał ten sam Arild Andersen, jeszcze bardziej pogodnie uśmiechnięty. To już jednak nie była muzyka skandynawska, wręcz jej drugi biegun. Nie byłoby jednak tak jednoznacznie rytmicznego swingu, gdyby nie wschodnie brzmienie, efektowna dla ucha gra na tablach i innych instrumentach perkusyjnych Kuljita Bhamry. To właśnie on tworzył przestrzeń i…otrzymał największe brawa, choć grał proste, łatwo wpadające w ucho schematy. Całość stada spajał saksofonista (tenor i alt) Andy Sheppard, jeden z najważniejszych przedstawicieli brytyjskiej sceny jazzowej. Jego muzyka, pozbawiona popisów wirtuozerskich, uwodziła wpadającymi w ucho melodiami, budowała subtelne, miejscami transowe nastroje, łączyła krajobrazy europejskie z hinduskimi.

Najbardziej żywiołowy koncert zagrał najmłodszy artysta festiwalu, Marcin Obara, który zaprosił do współpracy znanych amerykańskich muzyków skupionych wokół nowojorskiej School of Improvisational Music. Maciej Obara Special Quartet zaprezentował materiał, z którym właśnie rusza w trasę, a zarejestrowany zostanie najprawdopodobniej już w styczniu. Będzie to trzecia płyta polskiego alcisty. Zanim zaczęli grać, nie zapomnieli poirytować publiczności swoją nonszalancją – z kilkuminutowym spóźnieniem weszli na scenę w kurtkach. Być może był to prowokacyjny fragment większej całości. Po pierwszych dźwiękach usłyszałem za plecami: „Ale jadą z marmoladą!”. Gwałtowny, niezwykle ekspresyjny freejazzowy ogień krzyżowy trąbki (Ralph Alessi) i saksofonu dosłownie wwiercał w fotel.

Na początku koncertu złapałem się na tym, że neguję to, co słyszę i widzę. Obara na scenie jest nieobliczalny, ma w sobie tę sceniczną bezczelność, łobuzerską pewność siebie. Wydaje się, że nie ma hamulców, co pozwala mu rozpędzać się w wielu kierunkach. Ma bardzo dynamiczny gest sceniczny, wręcz transowo „tańczy” mocno obejmując saksofon. Nie zaprasza, nie przymila się. Idzie własną drogą, posiada silne znamię indywidualizmu i wie, czego chce. Trzeba go sobie w głowie poukładać. Potrafi zaskoczyć dobrze utkaną melancholią i odważnymi, szybkimi pasażami z trąbką. Jeśli to wszystko dobrze przetrawić, to się okaże, że mamy do czynienia ze świeżym powiewem tzw. nieskrępowanego ducha wolności. Takie wrażenie dominuje, nie tylko gdy saksofon Obary gra na pierwszym planie. Kiedy pod trąbką przechodzi w tło, gra tam tak intrygujące nuty, że ten drugi plan może wydawać się pierwszym.

Muzycy nie reagują na przyjęcie publiczności (nawet gdy część opuszcza salę), mają zacięte wyrazy twarzy i są skupieni wyłącznie na sobie. I muszą być, bo grają trudne rzeczy – z częstymi zmianami tempa perkusji, niedokończonymi frazami i atonalnymi przebitkami. Jest to muzyka dojrzała i silna. Takie świeże jazzowe mięso z porannego uboju. Porannego, bo niektóre kompozycje nie miały jeszcze tytułów, a ostatni numer – jak się dowiedziałem za kulisami – zagrali zaledwie po 10-minutowym ćwiczeniu w czasie próby przed koncertem. Wolna jazda bez trzymanki. Punk Jazz.

Na te wszystkie rany i rozterki potrzebny był balsam. I nadszedł – pastelowy, w ziemistych barwach jesieni, z krain harmonii i melancholii. Jak my te nasze smutki bardzo lubimy… Materiał z najnowszej płyty „Dark Eyes” Tomasza Stańki wszyscy chyba już znamy. Jest estetyczny i obezwładniający. Stańko zagrał w kwintecie ze skandynawskimi muzykami, którzy w perfekcyjny sposób tworzyli tło dla mistrza trąbki. Wyróżnię tu jednak delikatne, neurotyczne solówki pianisty (Alexi Tuomarila). Nie da się przecenić tej muzyki, ciężko o niej pisać, bo jest to forma doskonała, kompozycyjnie skończona, artystycznie domknięta. Filmowa. Trąbka opowiada stare historie w ciepły, nowy sposób. Jest to monolog mędrca, który nie musi się spieszyć, który ma bezpieczny dystans do siebie i rzeczywistości, przestrzeni, którą wypełnia dźwiękami. Ten koncert był jak płaszcz, co nocą otula od chłodu, elegancki, długi do ziemi, uszyty z najlepszego materiału. Najbardziej listopadowy koncert Jazzowej Jesieni.

Zamykający festiwal, sobotni recital kubańskiego pianisty Gonzalo Rubalcaby, został przez publiczność… niedoszacowany. Sala bielskiego BCK-u pierwszy raz nie została wypełniona po brzegi. Gonzalo zagrał w zastępstwie Cecila Taylora, który ze względów zdrowotnych (kliniczna operacja zębów) niemal w ostatniej chwili odwołał swój przyjazd w Beskidy.

Rubalcaba jednak zaczarował, choć zrobił to po swojemu, pod prąd oczekiwań. Spodziewano się ognistych rytmów, jazzu przesiąkniętego muzyką afro-kubańską. Rozedrgane dźwięki, jak liście osiki, nie chciały jednak wędrować do epoki Buena Vista Social Club. Raczej skupione były na nobliwej klasyce (Strawiński, a nawet Chopin), na szacunku do tradycji i to niekoniecznie jazzowej. Jego gra wymyka się porównaniom, ocenie. Dziwi matematyką założeń, dziwi – własnym zdziwieniem postrzegania instrumentu. Emanuje spokojem, intelektem.

Najbardziej urzeka ciszą, którą Rubalcaba traktuje na równi z dźwiękiem. Ta jest u niego osobnym klawiszem. Gonzalo zaraża ciszą, umie się jej poddać i nią zawładnąć. Wielu dźwiękom pozwala wybrzmieć do końca, jeszcze inne dobywa delikatnym muskaniem, jak w miniaturach Satiego. Jego gra w podstępny sposób prowokuje, zmusza do myślenia i skutecznie buduje napięcie. Prócz gęstych harmonii, zaskakująco dużo tu jesiennej melancholii, miast spodziewanej kubańskiej żywiołowości. Nawet skomplikowane pasaże wygrywa bez uniesień, ze stoickim spokojem i z nienaganną precyzją. Jest wirtuozem umiaru, całkowitego panowania nad dźwiękiem.

Był to jedyny w pełni akustyczny koncert festiwalu. I na widowni było jak makiem zasiał. Postawił na swoim – przeciągnął na swoją stronę i „zmusił” do współpracy. Ta „spokojna” gra kosztowała go jednak sporo energii. Kłaniając się publiczności, lekko się zachwiał. I bez tego było jasne, że dał całego siebie. Trudny koncert, dający jednak to, co w jazzie najpiękniejsze – wolność i otwarte drzwi do mniej znanych krain.

Ten koncert, jak i poprzednie, potwierdziły niezwykle silny od lat prestiż Jazzowej Jesieni w Bielsku-Białej. Tomasz Stańko, dyrektor artystyczny Festiwalu, zrealizował program na światowym poziomie. Ułożył zgrabną, różnorodną, pełną niespodzianek kompozycję festiwalową, na wyrównanym poziomie (naprawdę nie było koncertu, o którym można by powiedzieć – słabszy). I co jeszcze niezwykle ważne, to fakt, że tę światową jakość dostaliśmy za polskie, niewielkie pieniądze. 60 zł za jeden dzień festiwalu, czyli za dwa koncerty, to niemal gratis. „Koncerty muszą być tanie” – przekonuje z poczuciem misji Władysław Szczotka, dyrektor Bielskiego Centrum Kultury. „Chcemy edukować, promować ten trudniejszy jazz. Dlatego szukamy pieniędzy na festiwale w Ministerstwie Kultury i innych miejscach”.

Festiwalowi towarzyszyła wystawa fotografii Marka Karewicza, znanego portrecisty gwiazd jazzu, który ma w swoim archiwum ponad milion negatywów, wykonanych przez pół wieku włóczęgi tropami największych wydarzeń muzycznych. W tej samej Galerii Środowisk Twórczych można było przy kawie obejrzeć fragmenty archiwalnego filmu, który 21 lat temu zarejestrował Andrzej Wasylewski podczas wspominanej do dziś wizyty Chicka Corei i Gary’ego Burtona w Zabrzu i Katowicach. Poprzeczka bielskiego festiwalu zawisła niebezpiecznie wysoko. 

Marek Tomalik

Artykuł opublikowany w JAZZ FORUM 1-2/2010

 


Zobacz również

Ad Libitum 2016

11. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej odbyła się w Warszawie w dn. 19… Więcej >>>

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

Jamie Cullum: Finał Zadymki

Finał Zadymki miał miejsce w sali koncertowej NOSPR w Katowicach.  Więcej >>>

Jazz Jantar: edycja wiosenna

Skompletowanie „band of dreams” i nagranie z takim zespołem zaproponowanego przez siebie repertuaru –… Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu