Festiwale
Kirk Ligtsey, Krzysztof Popek, Wayne Dockery, John Betsch i Piotr Wojtasik
fot. Marek Rokoszewski

Wiosna Jazzowa Zakopane 2010 Odsłona I – Gala Jazz Top

Bogdan Chmura


W tym roku zakopiańska „Wiosna” miała dwie odsłony: pierwsza, Gala Jazz Top, odbywała się między 30 kwietnia a 2 maja, dwa tygodnie później miała miejsce odsłona druga nazywana w skrócie festiwalem Nigela Kennedy’ego.

Gala odbywała się w hotelu Belvedere – miejscu eleganckim i pięknie usytuowanym. Organizatorem festiwalu było Biuro Promocji Zakopanego, z jej dyrektorem Andrzejem Kaweckim, zaś funkcję dyrektora artystycznego pełnił redaktor naczelny JAZZ FORUM Paweł Brodowski. Do jego zadań należało m.in. stworzenie repertuaru oraz prowadzenie koncertów; przedstawiał też laureatów i wręczał im pamiątkowe dyplomy, w czym asystowała mu młoda pianistka jazzowa z Zakopanego Dagmara Bujak. Galę zainaugurowała formacja reklamowana w programie „Wiosny” jako „super trio muszkieterów”.

MUSZKIETERZY I ALCHEMICY
A rzeczonymi okazali się: Bernard Maseli (najlepszy wibrafonista), Krzysztof Ścierański (najlepszy gitarzysta basowy) oraz Cezary Konrad (najlepszy perkusista). Wszyscy oni od lat należą do czołówki polskiej sceny jazzowej, grają z własnymi formacjami, biorą udział w projektach innych muzyków. W tym składzie spotkali się po raz pierwszy i trzeba przyznać, że efekt tego spotkania był imponujący. Muzyka stopniowo wynurzyła się z elektronicznych oparów, by wkrótce nabrać niebywałego rozpędu. Rozpiętość stylistyczna (standardy, etno, funk, elektronika), bogactwo barw, rytmów i nastrojów, szybkie zmiany harmonii, a przede wszystkim wirtuozeria (w najlepszym znaczeniu tego słowa) były głównymi atutami tria.

Dramaturgia koncertu została pomyślana tak, by każdy z muzyków mógł pokazać się w najbardziej wszechstronny sposób. Na pierwszym planie błyszczał Maseli, którego ekspresyjna gra na elektronicznej odmianie wibrafonu o nazwie KAT wnosiła do muzyki energię i zróżnicowanie kolorystyczne. Z kolei bas Ścierańskiego, raz „śpiewający”, raz mocno funkowy, był jednym z dwóch nośników melodyki i ważnym elementem warstwy rytmicznej utworów. Tę różnorodną mieszankę spajał w jedno Cezary Konrad, muzyk skupiony, precyzyjny, dostosowujący sposób gry do charakteru utworów; to, co wyprawiał ze stopą podczas długiej solówki, wymyka się wszelkim opisom.

Nastroje, wywołane ekspansywną postawą „muszkieterów”, zostały nieco wyciszone muzyką polsko-amerykańskiej formacji International Quintet kierowanej przez Krzysztofa Popka (najlepszy flecista). Drugim frontmanem był Piotr Wojtasik, zaś w sekcji znaleźli się: pianista Kirk Lightsey, basista Wayne Dockery i perkusista John Betsch. Dobrze pamiętamy płytę lidera „Letters & Leaves” (1996), z jej onirycznym klimatem i pastelową kolorystyką. Koncert nawiązywał do tamtych dźwięków; idealna stopliwość brzmienia instrumentów dętych (unisona fletu altowego Popka i flugelhornu Wojtasika) oraz nieco zachowawcza gra sekcji, pozwoliły słuchaczowi odpłynąć w świat harmonii i poezji. Jednak w tle tego uporządkowanego krajobrazu rozgrywały się subtelne konflikty w postaci niepokojących solówek Wojtasika, ciekawie kontrastujących z ciepłą barwą fletu lidera. Największe wrażenie na słuchaczach zrobił Estate – wybitny temat, hit tamtej płyty, który znalazł się także na kolejnym albumie Popka o tym samym tytule.

NOWA NADZIEJA I WETERANI
Kolejny wieczór rozpoczął się od solowego recitalu pianisty Mateusza Kołakowskiego (nowa nadzieja polskiego jazzu). Mimo młodego wieku, artysta ma na koncie sporo sukcesów, w tym m.in. współpracę z Dave’em Liebmanem, a ostatnio projekt „Chopin Odyssey”, zawierający jego własne kompozycje inspirowane dziełami naszego romantyka. Repertuar koncertu był kreowany na bieżąco. „Nie wiem, co wykonam za chwilę” – powiedział do mikrofonu Kołakowski. Po czym zagłębiał się w rozbudowanych introdukcjach granych lewą ręką, szukając przez ten czas pomysłu, jak przełożyć na dźwięki to, co rodziło się w jego głowie – czysta improwizacja. Kołakowski lubi gęstą fakturę, mocne uderzenie, potrafi poruszać się na kilku poziomach równocześnie, słowem – dobrze obywa się bez sekcji. Gdy grał standardy (m.in. Invitation) i muzykę wokół Chopina, oddalał się mocno od pierwowzorów, ale równocześnie wysyłał do słuchaczy czytelne sygnały (m.in. motywy z Koncertu e-moll, z cz. II Sonaty b-moll i Scherza cis-moll), co czyniło jego muzykę jednocześnie osobistą i komunikatywną.

Gdyby w ankiecie JAZZ FORUM znalazła się kategoria „najlepszy konferansjer”, Jan Ptaszyn Wróblewski nie miałby sobie równych. Ten wybitny artysta po raz kolejny zwyciężył jako „najlepszy aranżer” oraz „najlepszy saksofonista barytonowy”. Choć Ptaszyn oświadczył, że jego aranżowanie skończyło wraz z erą big bandów, to przecież wiadomo, że wciąż aranżuje na mniejsze składy lub orkiestruje własne utwory (np. Altissimonikę, dzieło bez precedensu w historii polskiego jazzu). Co się zaś tyczy barytonu, grywa na nim w duetach, a używa go rzadko ze względu na... ciężar. Ptaszyn i jego zespół z Wojciechem i Jackiem Niedzielami oraz Marcinem Jahrem, zagrał zróżnicowany repertuar utrzymany w stylistyce stuprocentowego mainstreamu. Po rozgrzewce na tenorze (Watch My Hips, Po wielkim niżu, Mniejsza o szczegóły), Ptaszyn sięgnął po baryton, serwując nam na początek... Wątróbkę. Kto nie był na tej „kolacji”, niech żałuje, bo potem podawano jeszcze balladę (Jakie chcesz mieć dzisiaj sny) oraz inne dania z bogatego menu lidera. Ptaszyn był w wybornej formie, rozluźniony, uśmiechnięty, swój występ ubarwiał anegdotami (np. o Nancy Wilson), a jego solówki skrzyły się pomysłami i humorem. Świetnie dysponowany był także jego zespół.

FINAŁ
Ostatni wieczór pierwszej odsłony festiwalu rozpoczął Janusz Szrom (najlepszy wokalista), którego wspierali: Włodzimierz Nahorny, basista Andrzej Łukasik i Marcin Jahr. Szrom wykonał wybrane numery ze swoich autorskich płyt: „Straszni panowie trzej” (kompozycje duetu Wasowski – Przybora) oraz „Pogadaj ze mną”, z tekstami Wojciecha Młynarskiego i muzyką Włodzimierza Nahornego. Utwory utrzymane w swingująco-bluesowych klimatach, styl śpiewu oraz urok osobisty wokalisty (i showmanaiągnąć w zaproponowaną przez niego – chwilami nieco „biesiadną” – konwencję.

Końcowy akord Gali należał do Pawła Kaczmarczyka, który zwyciężył w kategorii „album roku” oraz „najlepszy pianista”. Zakopiański festiwal wyraźnie służy młodemu pianiście; bywał tu wielokrotnie, także podczas jego pierwszej edycji (2003). Od tamtego czasu dokonał ogromnego skoku; najnowszy album „Complexity In Simplicity”, nagrany dla prestiżowej ACT Music, stał się jego przepustką do międzynarodowej kariery. Paweł Kaczmarczyk Audiofeeling Band działa dziś w nowym składzie. W sekcji znaleźli się dwaj młodzi muzycy z Krakowa – Henryk Gradus (kontrabas) i Dawid Fortuna (perkusja), zaś miejsce czterech saksofonistów i trębacza, zajął wszechstronny (tenor, sopran, klarnet basowy) i doświadczony artysta Piotr Baron.

Oczywiście, porównywanie utworów z płyty z interpretacjami, które usłyszeliśmy na koncercie nie ma większego sensu, choć trudno nie zauważyć znakomitej gry sekcji, oraz niepokornej postawy Piotra Barona, wnoszącego do tej muzyki prawdziwy ogień. Sam Kaczmarczyk, zgodnie z tym, co deklarował wielokrotnie, łączył zadania lidera i solisty; doskonale panował nad zespołem, umiejętnie dozował solówki; podobało mi się m.in. jego wejście w Catch More Chicks, które wyhamowało tempo i impet zespołu, by stopniowo osiągnąć tę samą, a nawet wyższą temperaturę; intrygujące napięcia dynamiczno-agogiczne, nakręciły formę utworu. W repertuarze koncertu znalazły się m.in. Hommage to Freddie, Adorable Little Rose, Logan oraz utwory z poprzedniego albumu: I.E.Q., Charlie Knows. Kaczmarczyk i jego zespół zagrali znakomity koncert, i jest to nie tylko moja opinia; sala im. Piłsudskiego pękała w szwach, wielu słuchaczy musiało się zadowolić dostawkami w foyer. 

Gdyby nie problemy z fortepianem (przez publiczność pewnie niezauważone), obsługę koncertów należałoby uznać za wzorową, zwłaszcza jeśli chodzi o nagłośnienie – kawał dobrej roboty. Warto też wspomnieć o towarzyszącej festiwalowi oprawie muzycznej; przez cały dzień z niewidocznych źródeł sączyły się dyskretne dźwięki akustycznego jazzu: „Jeszcze się nie spotkałem z sytuacją, by do śniadania grał mi Coltrane” – powiedział z zadumą, kończący poranną kawę, Piotr Baron.

Koncerty pierwszej i drugiej odsłony były transmitowane na żywo przez Internet (www.z-ne.pl)  i spotkały się z dużym zainteresowaniem buszujących po Sieci fanów.

Bogdan Chmura

 


Zobacz również

Jazz & Literatura 2017

Trzecia edycja śląskiego festiwalu odbyła się w dn. 6 - 15 października. Więcej >>>

Ad Libitum 2016

11. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej odbyła się w Warszawie w dn. 19… Więcej >>>

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

Jamie Cullum: Finał Zadymki

Finał Zadymki miał miejsce w sali koncertowej NOSPR w Katowicach.  Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu