Last Call

Outbreak Quartet

Muzycy:

Tomasz Licak, saksofon tenorowy

Artur Tuźnik, fortepian

Emil Burn Madsen, kontrabas

Rasmus Schmidt, perkusja

Nagrano w Radio Katowice Studio, 16 kwietnia 2010

OUTBREAK QUARTET

Mirosław Dziewa

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem ten zespół ponad rok temu, podczas ich pierwszej trasy koncertowej w Polsce, byłem przekonany, że na sukcesy nie przyjdzie im długo czekać. Ucieszyłem się więc, słysząc o zwycięstwie Outbreak Quartet w ostatniej edycji Bielskiej Zadymki Jazzowej. Na ich debiutanckiej płycie „Last Call”, dołączonej do tego numeru JAZZ FORUM, słyszymy zespół młody, energiczny, prezen-tujący oryginalne autorskie kompozycje.

Tomasz Licak - saksofon tenorowy; Artur Tuźnik - fortepian; Emil Brun Madsen - kontrabas i Rasmus Schmidt - perkusja. To studenci Wydziału Jazzu Carl Nielsen Academy of Music w Odense w Danii. Polsko-duńska formacja budzi jak najlepsze skojarzenia, gdyż z muzykami skandynawskimi często było po drodze polskim jazzmanom i chociaż od czasów Komedy wiele się zmieniło i tego typu składy nie są już dziś niczym niecodziennym, to jednak ta różnorodność kulturowa wyraźnie słyszalna jest w muzyce takich grup, prowadząc często do zaskakujących efektów. 

JAZZ FORUM: Opowiedzcie o zespole, jak powstawał i od kiedy razem gracie.

ARTUR TUŹNIK: Trudno jednoznacznie określić czas powstania Outbreaku, zaczynaliśmy około półtora roku temu, kiedy Tomek był na trzecim roku studiów, Rasmus na drugim, Emil na czwartym, a ja na pierwszym. Wyniknęło to zupełnie naturalnie, wspólne jamy, podobne myślenie o muzyce, wspólny język muzyczny, ta sama energia... Natomiast za oficjalny początek zespołu możemy chyba uznać luty 2009 roku, kiedy zaczęliśmy w tym składzie grać koncerty.

JF: Jesteście laureatami tegorocznej Bielskiej Zadymki Jazzowej. Tomek zdobył nagrodę indywidualną na Krokus Jazz Festival 2009. Jakie znaczenie mają dla Was konkursy jazzowe?

TOMASZ LICAK: Nagroda indywidualna na „Krokusie” była dla mnie dużym zaskoczeniem, ponieważ bardzo dużo pracy włożyliśmy wtedy w brzmienie całego zespołu i naprawdę świetnie nam się razem grało w Jeleniej Górze.

Wyniki konkursów bywają względne, bo też ciężko jest oceniać, kiedy tak wiele jest różnych stylistyk i koncepcji muzycznych. Nie traktuję konkursów jako samej rywalizacji. Uważam, że są potrzebne, żeby muzycy, którzy znają się tylko z Myspace’a, mieli okazję spotkać się na żywo, porozmawiać, zaprezentować swoją muzykę sobie nawzajem oraz publiczności festiwalowej, która niekoniecznie pojawia się na koncertach klubowych. I taką też możliwość dała nam Bielska Zadymka, udało się i ogromnie się cieszymy, że poznaliśmy tych wszystkich ludzi, o których do tej pory słyszeliśmy tylko z opowiadań, pograliśmy z nimi na jamach i przede wszystkim, że nie była to dla nas tylko rywalizacja.

JF: Ale wybraliście chyba dość nietypową drogę? Zwykle młode zespoły nie debiutują trasami koncertowymi. Wiem, że każdy z was ma już na koncie współpracę z wielkimi postaciami sceny jazzowej, jak choćby z duńskim perkusistą Andersem Mogensenem. Dlaczego dopiero teraz decydujecie się na konkursy?

AT: Po pierwsze dlatego, że jako band potrzebujemy się najpierw dobrze poznać, „ograć” materiał, który przynosimy na próby. Inaczej się gra jako solista, a inaczej kiedy trzeba dobrze zaprezentować zespół. Szczególnie jeśli chcemy pokazać naszą muzykę na konkursie, gdzie nagrodą jest wydanie płyty, nie chcielibyśmy być przypadkową zbieraniną muzyków, tylko zespołem, który swoim brzmieniem jest już w jakimś stopniu charakterystyczny i rozpoznawalny.

Po drugie, w moim przekonaniu, najlepszą szkołą są koncerty. To one uczą nas jak radzić sobie w nietypowych sytuacjach, w jaki sposób docierać do publiczności. Dają nam najlepsze doświadczenie, którego, jako młodzi muzycy, potrzebujemy, i którego nie da się zdobyć siedząc w ćwiczeniówce. Poza tym trasa to najczęściej świetnie spędzony czas i osobiście nie znam muzyka, który by nie lubił koncertować.

JF: Wasze inspiracje? Jak określilibyście stylistykę Outbreak Quartet?

RASMUS SCHMIDT: Można powiedzieć, że nasz styl jest osadzony w hard bopie. Traktujemy to jako punkt wyjścia do eksperymentowania z różnymi środkami ekspresji obecnymi w innych stylach. I chociaż nie kryjemy silnej inspiracji jazzem modalnym, szczególnie kwartetem Coltrane’a, to wskazałbym również na jazz skandynawski i współczesną scenę nowojorską. Artystów takich jak Vijay Iyer, Jason Moran, Gary Thomas, George Colligan, czy Rudresh Mahanthappa. Co do tradycji, to oczywiście nikt z nas nie chce kopiować jazzmanów z lat 50. czy 60., ale nie da się ukryć że nasza muzyka posiada odniesienia do tej stylistyki. Jakkolwiek, próbujemy adoptować do naszego języka muzycznego środki wyrazu zaczerpnięte m.in. z free jazzu czy muzyki klasycznej. To wszystko składa się na długi proces definiowania własnego stylu zespołu.

JF: A wspólne studiowanie? Jak oceniacie duński system edukacji muzycznej, pod kątem wpływu na waszą muzykę?

AT: Wpływ jest ogromny! Głównym założeniem tego systemu jest umożliwienie nam praktycznego poznania i odnalezienia się w wielu muzycznych stylistykach, przez co możemy czerpać inspiracje z najróżniejszych gatunków i dzięki temu wypracowywać własny styl. Studenci są, według własnego wyboru, przydzielani do różnych stylistycznie zespołów, które zmieniają się co semestr. Na przykład Rasmus i ja mieliśmy okazję grać przez pół roku muzykę afro-kubańską w combie „latynoskim”, a od początku bieżącego semestru gramy razem w kwartecie „skandynawskim”, stylistycznie bardzo zbliżonym do twórczości m.in. Jana Johanssona.

Jeśli chodzi o komponowanie, to już od samego początku studiowania, wszyscy zetknęliśmy się z dużym naciskiem kładzionym na pisanie własnych utworów oraz umiejętną i oryginalną aranżację standardów. Już na drugim roku komponujemy i aranżujemy na większe składy, m.in. na nonet.

To niezwykle rozwijające, gdyż wzbogaca nasz język muzyczny oraz stawia przed nami wyzwania, z którymi w przyszłości jako profesjonalni muzycy będziemy się niewątpliwie spotykać. Myślę, że to bardzo ważne, że każdy z nas ma za sobą doświadczenia związane z różnymi formami muzycznej ekspresji. Dzięki temu nasza muzyka staje się ciekawsza.

JF: Wasza debiutancka płyta „Last Call” miała być pierwotnie nagrana live. Czy nieoczekiwana zmiana planów miała wpływ na jej ostateczny kształt?

RS: Nagranie zrealizowaliśmy 16 kwietnia, a więc w niezwykle trudnym dla Polski okresie. Wszyscy przylecieliśmy do Warszawy ok. dwie godziny po pamiętnej katastrofie 10 kwietnia. I nagle okazało się, że wszystkie nasze koncerty są odwołane i zostaliśmy bez miejsca do spania. W dodatku nie widzieliśmy się od ponad dwóch miesięcy, bo Tomek był w trasie w Polsce, Emil mieszka w Nowym Jorku, a Artur i ja mieliśmy dużo pracy w Odense. W rezultacie, wszystkie nowe numery, które mieliśmy zamiar ograć na koncertach, mogliśmy w ciągu tych kilku dni przećwiczyć jedynie w sali prób. Na szczęście mieliśmy w stolicy kilku dobrych przyjaciół, u których przenocowaliśmy te kilka dni. Więc kiedy już w końcu weszliśmy do studia, mieliśmy do nagrania materiał nigdy wcześniej nie prezentowany publiczności, więc tak naprawdę nie mogliśmy do końca przewidzieć, jak ta płyta ostatecznie zabrzmi.

JF: Zauważyłem, że na płycie „Last Call” zestawiacie kompozycje w bardzo skontrastowanej formie. Niezwykle energiczne utwory przeplatacie surowymi wręcz balladami, jak choćby Frozen Tears. Z czego to wynika?

AT: Repertuar na płytę dobieraliśmy tak, aby zrównoważyć jej całościowe brzmienie, w taki sposób, żeby jej nie przekrzyczeć. To naturalne, że zarówno my jak i słuchacz, potrzebujemy zdrowego balansu, tak aby płyta mogła tworzyć opowieść. To w jaki sposób piszemy i gramy, chyba oddaje istotę naszej muzyki, staramy się zawierać jak największy ładunek emocji w balladach i jak najwięcej kontrolowanej energii w utworach typowo energetycznych. Pozwala nam to lepiej wyrazić siebie i czerpać więcej przyjemności ze wspólnego grania, a w konsekwencji grać muzykę na swój sposób prawdziwą i dzięki temu, mam nadzieję, atrakcyjną dla słuchacza. Myślę że fakt, iż jesteśmy młodzi prowokuje nas w jakimś sensie do przekazywania muzyki w bardzo wyrazistej formie.

JF: Tytułowa kompozycja Last Call – dostrzegam w niej, mimo swobody wypowiedzi solistów, pełną kontrolę. Nikt nie odchodzi na tyle daleko, aby zerwać z koncepcją tematu, ze strukturą melodii. Czy na koncertach zapuszczacie się trochę dalej, w rejony muzyki free?

TL: Koncert rządzi się innymi prawami niż płyta, na koncercie ważniejsze są emocje, to jak muzycy oddziałują na siebie, jak reagują, tworzy bardzo specyficzny rodzaj energii, którą ciężko wygenerować podczas nagrania w studiu, chociażby dlatego że każdy nagrywa w innym pomieszczeniu, słysząc się tylko w odsłuchach, a nie akustycznie. W związku z tym pojawiają się inne elementy, które wpływają na jakość muzyki. Nazwałeś jeden z nich kontrolą, i rzeczywiście kiedy słucham teraz nagrań z Katowic, dostrzegam, że staramy się bardziej opanowywać emocje i panować nad formą.

Na koncertach wiele zależy też od publiczności, zespół tworzą muzycy bardzo ekspresyjni, a kiedy publiczność to jeszcze nakręca, wtedy naprawdę zapuszczamy się daleko muzycznie, często wtedy nikt z nas nie myśli czy to już jest „fryta” czy nie, po prostu podążamy całkowicie za wzajemnymi emocjami i traktujemy utwory bardzo otwarcie, co wymaga jeszcze większej dyscypliny. Musimy przykładać jeszcze większą uwagę do tego, co dzieje się między nami na płaszczyźnie muzycznej.

JF: Artur, w 2008 roku zostałeś laureatem Przeglądu Młodych Wykonawców Muzyki Jazzowej w Łomży. Pamiętam, że byłeś wtedy w trakcie zdawania egzaminów w OSM I i II st. w Lublinie w klasie fortepianu. Fakt, że wygrałeś konkurs w silnej stawce muzyków, gdzie jury przewodniczył Jan Ptaszyn Wróblewski świadczy, że muzykę jazzową grałeś już od dłuższego czasu. Jak godziłeś to ze szkołą klasyczną? I w jaki sposób muzyka klasyczna wpłynęła na Twój styl grania i komponowania?

AT: Uważam „klasykę” za niezwykle ważną w rozwoju muzycznym. Oprócz solidnych podstaw warsztatowych uczy pokory, dyscypliny, gry solowej i stanowi niewyczerpane źródło inspiracji i muzycznych stylów. W szkole muzycznej niewątpliwie wiele się nauczyłem, ale pianistą klasycznym nigdy bym siebie nie nazwał.

Muzyką jazzową zacząłem się interesować w wieku ok. 15 lat i fakt, że więcej czasu spędzałem na improwizowaniu niż na ćwiczeniu programu klasycznego, wpłynął na moje nieklasyczne brzmienie. Myślę, że to była dość naturalna droga i z dzisiejszej perspektywy cieszę się, że tak się stało. Miałem też to szczęście, że moi nauczyciele byli bardzo pozytywnie nastawieni do tego, że gram jazz, co, jak wiadomo, nadal bywa problemem w szkołach klasycznych.

Jeśli chodzi o wpływ muzyki klasycznej na kompozycję, to oczywiście jest ogromny. Weźmy chociażby harmonię, skale alterowane i całotono-we, rozwiązania harmoniczne, których wszyscy używamy improwizując i pisząc numery, to wszystko muzyka z przełomu XIX i XX wieku. Nie sposób uniknąć inspiracji choćby Skriabinem, Debussym czy Szymanowskim. Oni posługiwali się tym językiem w mistrzowski sposób. Również pod względem konstrukcji formy ta muzyka jest bardzo ciekawa. Jest wiele możliwości użycia różnych jej elementów w muzyce improwizowanej. Ale także w muzyce dużo starszej znajduję ciekawe rozwiązania harmoniczne. Udało mi się np. zawrzeć jedną z kadencji średniowiecznych w utworze Last Call.

JF: A więc jak ważne jest dla Was pisanie własnej muzyki? Emil, studiujesz kompozycję na drugim roku studiów magisterskich. Czy stawiasz działalność kompozytorską na równi z grą na kontrabasie?

EMIL BRUN MADSEN: Poświęcam wiele czasu na kompozycję, staram się pisać jak najwięcej. Ale oczywiście jako pracujący muzyk musisz spędzać dużo czasu z muzyką innych ludzi, co jest dobre, ponieważ masz wiele źródeł inspiracji. Różna muzyka w zespołach, w których gram, koncerty i stara książka standardów pozwalają poszerzyć język muzyczny. Komponując, próbuję po prostu w kreatywny sposób połączyć style które mnie inspirują. Dzięki studiom kompozycji poznałem m.in. wspaniałą twórczość Schönberga czy Strawińskiego oraz system dwunastotonowy, który próbuję teraz wdrożyć do kompozycji jazzowych. Stąd np. Twelve Patrol, który znalazł się na płycie. Myślę, że komponowanie jest niezwykle ważne, jeśli chcesz mieć swój własny głos w muzyce, szczególnie kiedy improwizujesz.

JF: Opowiedzcie o waszej działalności poza zespołem Outbreak Quartet? Czytając informacje w Internecie zauważyłem, że każdy z Was współpracuje z z wieloma różnymi projektami.

TL: Oczywiście Outbreak nie jest jedynym zespołem, w którym gramy. Wydaje mi się, że kiedy gramy w tym składzie, jest w naszej muzyce tyle energii, że żeby się nie wypalić, po prostu musimy grać inne rzeczy, współpracować z innymi muzykami. Jednym z moich najważniejszych zespołów jest polsko-duński kwartet KRAN, pewnie znany już części naszej publiczności. Muzyka KRAN-u różni się od Outbreaku korzeniami muzycznymi – można powiedzieć, że kompozycje są bardziej skomplikowane, złożone, bardziej do hard bopu nawiązują harmonią niż ekspresją. Dużą zasługę ma tu Marek Kądziela, który jest autorem większości kompozycji. Jestem w trakcie przygotowań do kilku jesiennych tras koncertowych z własnym triem oraz z zespołem Kamelozo. Oprócz tego udzielam się w wielu formacjach, szczególnie warto wspomnieć o zespole Krebstet, którego założycielem jest Simon Krebs.

AT: Oprócz Outbreaku mamy autorski kwintet pod Tomka i moim nazwiskiem, którego gościem specjalnym jest fenomenalny duński perkusista Anders Mogensen. W zespole grają jeszcze Tomek Dąbrowski na trąbce i Andreas Lang na kontrabasie. Podczas trasy koncertowej w listopadzie 2009 zarejestrowaliśmy materiał na płytę, która wkrótce zostanie wydana.

EBM: Komponuję dużo utworów na mój Chordless Quartet oraz na freejazzowy projekt duo kontrabasu z saksofonem. Poza tym współpracuję z New Orleans Quintet i Royal Swing Big Band, gdy jestem w Danii. Obecnie mieszkam w Nowym Jorku i gram tu z wieloma wyśmienitymi muzykami.

RS: Gram w zespole OFF-QUAR-TET z Markiem Kądzielą na gitarze, Tomkiem Dąbrowskim na trąbce i Mortenem Jensenem na kontrabasie. Współpracuję z kontrabasistą Richardem Anderssonem, wspólnie realizujemy projekty w trio z gościnnie występującymi gwiazdami duńskiej sceny jazzowej. Oprócz tego gram też dużo muzyki rockowej, m.in. z Anja Kickbush Band.

JF: Wspomniany Anders Mogensen jest dziekanem wydziału jazzu na Carl Nielsen Academy of Music i jednocześnie Twoim nauczycielem perkusji, Rasmus. Czy wywarł on duży wpływ na Twój styl grania?

RS: Oczywiście że tak! Szczególnie na początku próbowałem go naśladować, żeby lepiej zrozumieć to, co robi. Ale w późniejszych latach zaczął inspirować mnie w sposób, który sprawił że próbuję nie brzmieć jak on. Anders posiada silny, indywidualny styl, który jest niezwykle inspirujący i łatwo popaść w nawyk kopiowania będąc jego studentem. Ale ważne jest, aby mieć świadomość, że jedyną osobą, która może zabrzmieć tak jak Anders Mogensen, jest on sam.

To samo tyczy się wielu innych bębniarzy, których słuchałem, takich jak np. Elvin Jones, Ed Blackwell, Greg Hutchinson, czy Jeff Ballard. Ale moim celem było zawsze zrozumienie ich gry, własna jej interpretacja i próba przepuszczenia tego wszystkiego przez pryzmat własnej osobowości. Jeśli to się udaje, można zacząć mówić o własnym stylu.

JF: Pytanie do muzyków z Danii. Wielokrotnie odwiedzaliście Polskę. Czy dostrzegacie jakieś różnice w sposobie odbioru muzyki jazzowej przez publiczność polską i duńską?

RS: Właściwie to spędziłem w Polsce w trasie łącznie dwa miesiące, w samym 2009 roku. Z pewnością jest coś w rodzaju innego szacunku ze strony polskiej publiczności. Duża jej część przychodzi na koncerty bez sprecyzowanego pomysłu na muzykę, a dla pracującego muzyka to dobre doświadczenie. Spotkałem się z ciepłym przyjęciem ze strony Polaków, są bardzo otwarci na muzykę. Nawet jeśli nie zafascynuje ich nasza stylistyka, to zawsze spotykamy się z szacunkiem za pracę muzyczną jaką wykonujemy.

EBM: Bardzo lubię grać w Polsce, zauważyłem że starsza generacja jest tu o wiele bardziej otwarta na szeroko pojętą muzykę improwizowaną, w porównaniu do duńskiej publiczności. Możliwe, że jest to związane z aspektem historycznym, ponieważ duński jazz był pod ogromnym wpływem wielkich Amerykanów, jak choćby Dexter Gordon czy Ben Webster, którzy się tutaj przeprowadzili pod koniec lat 60. A słuchając doskonałych płyt Tomasza Stańki i Krzysztofa Komedy z tego okresu, nie dziwi mnie fakt że starsza generacja Polaków wychowana na tej bądź co bądź awangardowej muzyce, jest bardziej na nią otwarta również dzisiaj.

JF: Wasze plany na przyszłość?

TL: Jesteśmy w trakcie organizowania trasy koncertowej, promującą płytę „Last Call”, mam nadzieje, że uda nam się zagrać w najważniejszych klubach jazzowych w Polsce wczesną jesienią br.

Rozmawiał: Mirosław Dziewa

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm