Festiwale
Ron Carter Quartet
fot. Henryk Malesa

14. Muzeum Jazz Festival

Monika Okrój


Miejsce, czas i okoliczności tegorocznego festiwalu należały z całą pewnością do wyjątkowych. Ostrów Wielkopolski to miejsce szczególne na jazzowej mapie Polski.  Odbywające się tu koncerty pod stałą nazwą Jazz w Muzeum skupiają zawsze rzeszę lokalnych i przyjezdnych jazzfanów. Miasto to może być dumne również z faktu, że właśnie tutaj swoje pierwsze muzyczne kroki stawiał Krzysztof Komeda Trzciński i tutaj „narodził się jego jazz”. To właśnie hasło zdominowało XIV Muzeum Jazz Festiwal w Ostrowie, który trwał trzy dni, od 23 do 25 kwietnia, i połączony był z obchodami 40-lecia tragicznej
śmierci Krzysztofa Komedy.

Festiwal poprzedziła konferencja prasowa, na której obecni byli także znajomi „Krzycha” z lat młodzieńczych. Była to wyjątkowa okazja, aby posłuchać wspomnień i anegdotek z ostrowskiego etapu życia Komedy, bo przecież nie tylko grywał na pianinie podczas szkolnych apelów, ale jak każdy chłopak, miał wiele zainteresowań. Dyrektor Filharmonii Poznańskiej Wojciech Nentwig podsumował barwne opowieści dumnych seniorów: „ilu muzyków w Polsce i na świecie może dzisiaj powiedzieć – akompaniował mi Krzysztof Trzciński? – …brawo!”.

Pierwszy festiwalowy koncert miał być tym jedynym w Polsce, na który zasłużył sobie Ostrów. Koncert wiecznej pamięci polskiego, jazzowego giganta. Zatytułowany enigmatycznie „Komeda w filharmonii”, zwiastował rzekomy powrót muzyka z zaświatów. Tak też się stało. Na scenie Kina Komeda wystąpiła Orkiestra Filharmonii Poznańskiej pod batutą Krzesimira Dębskiego wraz z solistami: Urszulą Dudziak, Tomaszem Stańką i Leszkiem Możdżerem. W programie znalazły się mniej i bardziej znane kompozycje Komedy zaaranżowane z rozmachem i finezją przez Krzesimira Dębskiego.

Jazzowy skrzypek i saksofonista, kompozytor, dyrygent i aranżer w jednej osobie okazał się cudownym wodzirejem i komentatorem tego koncertu. Miał w sobie tyle humoru, elokwencji i czaru, że jego długich czasem „łączników” słuchało się z uniesionym sercem. Przemawiała także sama muzyka. Rola orkiestry zazwyczaj sprowadzała się do wprowadzenia partii solistycznych i stanowiła pewną bazę, z której wykluwały się różne barwy, nastroje. Choć warsztat kompozytorski Dębskiego jest rozpoznawalny, to mimo tego każda aranżacja miała indywidualny rys, ciekawy pomysł i świetnie korespondowała z duchem oryginału. Usłyszeliśmy: Wyrok z filmu Jerzego Passendorfa á la walczyk, gdzie Dudziak improwizowała w swoim elektro-stylu, Sofia’s Tune w nieco gershwinowskiej konwencji, Rosemary’s Baby zaśpiewane przez Dudziak z dużym dramatyzmem, jakby ilustrującym sceny z filmu, piosenkę z filmu „Prawo i pięść” Jerzego Hoffmana w klimacie bossa novy oraz prawie nierozłączne kompozycje – Astigmatic i Kattorna. Do tego kilka kompozycji Dębskiego poświęconych Komedzie.
Nie można zapomnieć o wspaniałych improwizacjach Możdżera, a szczególnie Stańki, który niemal namacalnie dostarczył ducha znakomitej płyty „Astigmatic”.

Piątek zapowiadał się w konwencji elektroakustycznej. Laboratorium Second Life – pod takim hasłem członkowie grupy ponownie skrzyknęli się i odświeżyli swoje brzmienie z dawnych lat. Wszystko to z dużym profesjonalizmem i niewiarygodną energią, którą przekazali podczas koncertu. Janusz Grzywacz doskonale komponował się z klawiszami czerwonego Mooga, mając na sobie okulary, koszulkę i buty w tym samym kolorze. Resztę zespołu stanowili jego „weterani”: Marek Stryszowski - as, ss, voc; Krzysztof Ścierański - bg, Marek Raduli - g oraz młoda krew, Grzegorz Grzyb - dr. Podczas przedstawiania muzyków, z syntezatora dobiegły dziwne odgłosy – burza oklasków, krzyki, kaszlnięcia. Potem Stryszowski stwierdził, że Ostrów to chyba jedyne miasto, gdzie koncerty odbywają się o 18.00, ale dzięki temu zostaje wiele ciekawych wspomnień, pokoncertowych rzecz jasna. Może właśnie dzięki wczesnej godzinie hity z lat 80. były tak porywające?

Formuła większości utworów ograniczała się do części refrenowych przeplatanych improwizacjami lub zaaranżowanymi przejściami. Kwadratowe rytmy, energetyczne tąpnięcia, pulsujący groove, zmiany temp po kulminacjach i szereg efektownych zwrotów – to wszystko stanowiło o mocy zespołu. Wyrazy uznania dla Grzegorza Grzyba, który bardzo dynamicznie przekazywał istotę jazz-rocka. Stryszowski sukcesywnie zdzierał gardło wykonując afrykańsko-kowbojskie zaśpiewy. Ścierański od kilkudziesięciu lat się nie zmienił, nadal pełen życia i polotu (w spojrzeniu). Właściwie, co tu pisać, tyle już koncertów ze sobą zagrali, jednym słowem – zmartwychwstanie!

Drugi koncert, pod wodzą Michała Urbaniaka, był niejako kontynuacją jazz-rockowej konwencji. Z tego powodu mógł momentami nużyć. Niemniej muzycy (Urbaniak - viol, Jan Smoczyński - keyb, Otto Williams - b, Troy Miller - dr) prezentowali wysoki poziom, który przejawiał się głównie w indywidualnych partiach. Niepokorny, młody perkusista ze Stanów stanowił silny punkt zespołu i w momentach, kiedy całość wydawała się monotonna, urzekał nie tyle techniką i pomysłami, co radością grania. Smoczyński wycinał bez zahamowań, jakby bezwiednie tworząc skomplikowane frazy, które posiadały pewnie ukrytą głębię. Konkretne, ale mało sentymentalne solo zagrał również na fortepianie stojącym obok jego Norda.

Urbaniak również nie pieścił się z dźwiękami. Ballady grał romantycznie, aczkolwiek nieco sucho. Wyjątkiem była Moja ballada, zagrana ciepło i leniwie,  poruszyła z pewnością niejednego słuchacza. Usłyszeliśmy również Crazy Girl, zaaranżowaną adekwatnie do tytułu – szaleńczo oraz jeszcze bardziej pokrętny temat Kattorna. Ten ostatni był grany dwa razy – pierwszy raz trochę funkowo, a drugi z zupełnym odjazdem w stylu Urbanatora, gdzie rockowy charakter nadawał efekt użyty przez skrzypka i ciężkie uderzenie bębnów. Całkowitym zaskoczeniem był 24. Kaprys Paganiniego zagrany przez Urbaniaka na bis, lecz bardzo wybiórczo i z przymrużeniem oka. Kontrą pianisty była Etiuda Rewolucyjna c-moll Chopina, także potraktowana fragmentarycznie, niemniej ten krótki pojedynek został odebrany bardzo pozytywnie i z radością przez publiczność. Koncert zakończyli Davisowskim All Blues.

Na ostatni dzień jazzfani czekali chyba najbardziej. Rozkoszny dla ucha wstęp i dojrzała mistrzowska kulminacja. Marcin Wasilewski Trio i Ron Carter Quartet. To były koncerty, które można było z góry przewidzieć i odpowiednio się przygotować na ich odbiór.

Marcin Wasilewski - p, Sławomir Kurkiewicz - b, Michał Miśkiewicz - dr pokazali się w pełni muzycznej kondycji i uraczyli wyrafinowanym, dobrze znanym brzmieniem. Znakiem firmowym tria jest szeroka fraza, dużo przestrzeni, tempo – wydawać by się mogło – rubato i operowanie jakby aurami dźwiękowymi. Występ zdominował repertuar ostatniego krążka „January”. Sposób traktowania zamkniętych kompozycji jest bardzo specyficzny dla tria. Można zauważyć, jak pianista subtelnie przewodzi, dyktując tok narracji wyrazem twarzy, ruchami głowy. Do końca jednak nie wiadomo, kto za kim podąża, efektem końcowym jest doskonałe zespolenie. Sposób traktowania kompozycji jest tak płynny, że nigdy nie wiadomo, kiedy temat przechodzi w improwizację. Można mieć skojarzenie z rozlewanymi kolejno farbami, jedna po drugiej, tworzącymi ostatecznie muzyczny pejzaż.

Motyw Kattorny i na tym koncercie znajduje swoje miejsce, tym razem w improwizacji pianisty w kontekście harmoniki pełnej równoległości, modalizmów i motywów orientalnych. Pomyśleć, co by było, gdyby Wasilewski miał do dyspozycji fortepian ćwierćtonowy! Po raz drugi temat kocicy ukazał się we fragmencie potraktowanym całkowicie free, i takie granie jest chyba specjalnością tego zespołu.

Koncert Rona Cartera był wyjątkowy. Zespół towarzyszący mu (Stephen Scott - p, Payton Crossley - dr, Rolando Morales-Matos - perc) pokazał pełną dyspozycję i czujność. Kontrabasista zatem, mimo, iż przeważnie grał „prosty” walking, przebijał się ze swoim dźwiękiem. Poza tym wspaniała lekkość i niebanalnie zaaranżowane utwory były tym elementem, który świadczył o wyraźnej wyższości jazzu granego przez Amerykanów. Było miejsce na namiastkę kontrolowanego aleatoryzmu, zadziorne fragmenty latino i porywające solówki. Mimo istnienia dwóch zestawów perkusji w zespole, ich role zostały podzielone, a efektem było odpowiednie wyważenie proporcji dźwiękowych. Kiedy grał Rolando Morales-Matos, bębniarz tuż za nim nadawał jedynie time, więc wszelkie przeszkadzajki były dobrze słyszalne. Poza liderem, to właśnie Portorykańczyk okazał się gwiazdą koncertu. Pełen humoru i wyczucia uderzał to tu, to tam, wyciągał niestworzone przedmioty, aby urozmaicić muzyczny przebieg. Pianista natomiast swingując niemal całym ciałem, sypał cytatami – to Jingle Bells, to Softly, to znów Love Story.

Temat My Funny Valentine, który stał się jedynie przerywnikiem do obszernych improwizacji, świadczył niewątpliwie o romantycznej duszy Cartera. Ponadto panowie w czarnych garniturach z różnokolorowymi chustkami prezentowali się niezwykle szarmancko. Koncert był wyśmienity.

Festiwalu dopełniły kameralne koncerty Zbigniew Jakubek Quartet i New Bone w klubie Fanaberia.

Monika Okrój

Artykuł opublikowany w JAZZ FORUM 6/2009
 


Zobacz również

Jazz Forum Showcase

Pierwsza edycja Jazz Forum Showcase powered by Szczecin Jazz odbyła się w dn. 1-3… Więcej >>>

Jazz & Literatura 2017

Trzecia edycja śląskiego festiwalu odbyła się w dn. 6 - 15 października. Więcej >>>

Ad Libitum 2016

11. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej odbyła się w Warszawie w dn. 19… Więcej >>>

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu