Festiwale

fot. Gilles Lefrancq

Opublikowano w JAZZ FORUM 10-11/2016

56. Jazz a Juan

Agnieszka Antoniewska


Wsiadałam do samolotu do Nicei pełna niepokoju i przygnębienia. Był 18 lipca, kolejny dzień żałoby narodowej po zamachu, który wydarzył się tam zaledwie cztery dni wcześniej. Zastanawiałam się, jak w takich okolicznościach zabrzmi radosna muzyka zaproszonych artystów. Bo przecież z powodu tych tragicznych wydarzeń odwołano Nice Jazz Festival, zaplanowany na 16-20 lipca, gdzie mieli wystąpić m.in. trio Scofield/Mehldau/Guiliana, kwartet Abdullaha Ibrahima, kwartet trębacza Avishaia Cohena, Melody Gardot, czy Snarky Puppy.

Z lotniska kierowałam się do Juan-les-Pins, miasteczka oddalonego od Nicei o 30 km. Spodziewałam się stanu powszechnego przygnębienia, ale życie w kurorcie zdawało się wyglądać jak zawsze. Nieprzebrane rzesze turystów i wszechobecny luksus. W związku z tragedią nicejską inauguracja festiwalu jazzowego w Juan-les-Pins została przesunięta, odwołano kilka pierwszych koncertów ze sceny głównej oraz wszystkie występy z cyklu Jazz Off, lecz cała sytuacja ani trochę nie wpłynęła na frekwencję publiczności. Organizatorzy zadbali o komfort artystów i wszystkich gości Jazz a Juan dzięki trójetapowej kontroli bezpieczeństwa przy wejściu na teren Pinède Gould. Na pierwszy rzut oka było widać, że nie jest to może jazzowe audytorium sensu stricto, a raczej publiczność tego konkretnego festiwalu.

Jazz a Juan po raz 56. przyciągnął tłumy nie tylko z powodu występów jazzowych gwiazd, ale też niezwykłej scenerii, która w świetle dramatu w Nicei nabrała dodatkowej mocy. Na tle Morza Śródziemnego i nieba co chwilę zmieniającego barwy przed całkowitym zachodem słońca, muzyka w tych dniach przyniosła zupełnie inne doznania.


Marcus Miller, fot. Gilles Lefrancq

 Festiwal otworzył Hugh Coltman, występujący z piosenkami z repertuaru Nata Kinga Cole’a, wydanymi na płycie „Shadows”. O ile same w sobie są piękne, o tyle interpretacja brytyjskiego wokalisty nazbyt pretensjonalna, bym mogła uwierzyć w prawdę tej muzyki, sięgającą głębiej niż jej prawda marketingowa. Na szczęście po tym koncercie na scenie pojawiła się postać, która wie, czego potrzeba takim piosenkom. Diana Krall w swojej malinowej sukience i srebrnych szpilkach wyglądała równie zjawiskowo, jak po chwili śpiewała i grała. Jej interpretacje cechowały prze­de wszystkim autentyczność oraz minimalizm w postaci subtelnego podkreślenia tego, co naturalnie piękne. Spodziewałam się głównie popowych przebojów z ostatniej płyty artystki, „Wallflower”, ale nie wykonała ani jednego. Usłyszałam za to I Was Doing All Right Gershwina, Quiet 

Nights Jobima, How Deep Is the Ocean Berlina, czy Case of You Joni Mitchell. „Chcę wam dzisiaj przekazać miłość i światło oraz wszystko to, za co jestem wdzięczna, i mogę wyrazić jedynie przez słowa w muzyce” – powiedziała. Bisowała chętnie i aż czterokrotnie. Była znakomita.

Kolejny dzień przyniósł muzykę lekką, łatwą i przyjemną, utrzymaną na dobrym poziomie. Rytmy kubańskie i tradycyjne afrykańskie brzmienia w wykonaniu Richarda Bony & Mandekan Cubano podniosły temperaturę wieczoru i wlały w serca słuchaczy sporo radości. Później wystąpiła Selah Sue. Jej obecność na festiwalu jazzowym była być może najbardziej zaskakująca, ponieważ ma ona z tym gatunkiem tyle wspólnego, że podczas koncertu zaśpiewała I Loves You Porgy. I mimo że zrobiła to zaledwie poprawnie, nie ma to tutaj znaczenia. Pozostałą część występu stanowiły jej autorskie piosenki pełne soulu, funku, hip-hopu i reggae. Koncert rozpoczęła solo utworem Break, akompaniując sobie na gitarze. Było tak pięknie, że aż wstrzymałam oddech. Przekaz Seli jest wyrazisty, bo szczery i esencjonalny w formie i treści. W muzyce opowiada o sobie samej – dominujący temat tekstów to depresja, z którą artystka zmaga się od lat. Zaśpiewała w Juan-les-Pins po raz pierwszy.


Marcus Miller & Selah Sue, fot. Gilles Lefrancq

Stałym gościem Jazz a Juan jest natomiast Marcus Miller – był to jego już trzynasty koncert w ramach tego festiwalu. Tym razem przywiózł wydany przez Blue Note projekt „Afrodeezia”, dobrze znany polskiej publiczności. Mam dla tej muzyki dużo wyrozumiałości ze względu na samego Marcusa i jego miejsce w historii, ale wydaje się ona docierać albo do najzagorzalszych fanów artysty, albo do tych, na których bardziej działa nazwisko niż dźwięki. Jasnym momentem tego występu było gościnne pojawienie się na scenie Seli Sue w utworach Ain’t No SunshinePiece of My Heart, choć słychać było, że wokalistce brakuje wolności, której dostarcza jej granie z własnym bandem.

Na festiwalu wystąpili także Robin McKelle, Paolo Conte, Maryline and the Family Company oraz Eddy Mitchell Big Band 2016. Jazz a Juan trwał od 20 do 24 lipca. Być może niewiele było jazzu w prezentowanej muzyce, ale istotne jest to, że w tym czasie i w tej przestrzeni miała ona uzdrawiającą moc. Zjednoczyła nas w Juan-les-Pins. Byliśmy intensywnie obecni i otwarci, intensywnie patrzyliśmy i słuchaliśmy. Nie daliśmy się zastraszyć.

Agnieszka Antoniewska



Zobacz również

Jazz & Literatura 2017

Trzecia edycja śląskiego festiwalu odbyła się w dn. 6 - 15 października. Więcej >>>

Ad Libitum 2016

11. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej odbyła się w Warszawie w dn. 19… Więcej >>>

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

Jamie Cullum: Finał Zadymki

Finał Zadymki miał miejsce w sali koncertowej NOSPR w Katowicach.  Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu