Wywiady

fot. Andrzej Winiszewski

Artykuł został opublikowany w numerze 4-5/2014 Jazz Forum.

Agnieszka Seifert: Remembering Zbiggy

Andrzej Winiszewski


Ostatnie lata obfitowały w wiele wydarzeń związanych z osobą Zbigniewa Seiferta, Aneta Norek napisała obszerną biografię, Erin Harper pracuje od kilku lat nad filmem dokumentalnym o jego artystycznym życiu. W 2009 roku odbywały się koncerty poświęcone jego twórczości, a trzech polskich skrzypków – Maciej Strzelczyk, Mateusz Smoczyński i Adam Bałdych, w 30 rocznicę śmierci artysty, stworzyli specjalny program, który składał się wyłącznie z kompozycji wielkiego polskiego skrzypka.

Po wielu latach zaczęto zapraszać do Polski wdowę po Seifercie, Agnieszkę Seifert-Beck, która chętnie opowiada o ich wspólnym życiu, dramacie ostatnich lat, związanych z chorobą męża i powstawaniu najważniejszych nagrań. Poniżej publikujemy zapis rozmowy z Agnieszką Seifert, która w 2009 roku była gościem Seminarium Jazzu w Zielonej Górze, gdzie miała miejsce również polska premiera filmu „Passion”, spotkanie z Errin Harper oraz specjalna wystawa poświęcona postaci Seiferta.

JAZZ FORUM: Czy pamięta Pani takie urocze Wasze zdjęcie ze Zbyszkiem Seifertem? Jesteście na nim tacy przytuleni i zakochani…

AGNIESZKA SEIFERT: Tak, ja mu tam daję buziaka. To było w Lublanie, podczas festiwalu, gdzie grał z Hansem Kollerem. Pamiętam bardzo dobrze tę sytuację. Był to spacer z Jasiem Byrczkiem i jego żoną, Małgosią Dębowską, zawodową fotografką.

JF: Na zdjęciu widać szczęście, świat stał przed wami otworem, mieszkaliście już w Niemczech, byliście hipisami.

AS: Myśmy wtedy śpiewali o pokoju i przyjaźni na świecie. To był taki czas. Na Zachodzie wielu ludzi naszej generacji było hipisami. Dzisiaj to nie do wyobrażenia. To była muzyka, nastrój, słuchaliśmy jej całymi wieczorami. Wspaniałe czasy...

JF: Szczęście przerwane gwałtownie wiadomością o chorobie. Mimo to Zbyszek jeszcze przez kilka lat intensywnie pracował i nagrywał, wydaje się, że choroba spotęgowała jego twórczy potencjał. Jak Pani wspomina tamten moment?

AS: To było jeszcze w Dortmundzie i zaczęło się od jednego ogniska choroby. Ponieważ zdiagnozowano ją jeszcze w początkowym stadium, niemal natychmiast zrobiono operację. Wtedy lekarze mówili: „Niech pan zapomni o wszystkim, sprawa jest załatwiona i nie wróci”. To był absolutny początek choroby. Przeprowadziliśmy się do Monachium i rzeczywiście postanowiliśmy zapomnieć, sprawa jest załatwiona. Niestety, choroba wróciła po pół roku czy rok później. Pamiętam to doskonale, taki suchy kaszel, nieprzyjemny. Wiecznie go namawiałam: „Idźżesz wreszcie do lekarza, to jest inny kaszel niż normalnie”. No i niestety, płuca już były zajęte.

JF: Konsultacje w Stanach nie dawały nadziei na to, żeby chorobę zatrzymać?

AS: Najbardziej przedłużył mu życie lekarz w Hanowerze w Niemczech. Przyjął go do takiego projektu eksperymentalnego, dla pacjentów, którzy nie byli jeszcze leczeni na raka. A Zbyszek był. Ale ten lekarz był jego wielbicielem, znał jego muzykę. Myśmy mieli nawet krótki okres czasu, kiedy myśleliśmy, że raka już nie ma, Zbyszek był przynajmniej parę miesięcy zupełnie zdrowy, wszystkie sprawy były jakby pozałatwiane. Ale myśmy wiedzieli, że to nie jest koniec. Ten lekarz nam też nie robił za dużych złudzeń, mówił: „Może tak, może nie, próbujemy”. Dzięki tej terapii w Hanowerze żył jeszcze trzy lata, a nie kilka miesięcy. I dzięki temu dodatkowemu czasowi, mógł jeszcze nagrywać te amerykańskie płyty, ale wydania „Passion” już nie doczekał. Zmarł nim płyta weszła na rynek.

JF: Do dziś mówi się, że płyta „Passion”, nagrywana w czasie choroby, była swoistym testamentem artystycznym. Czy w tamtych czasie tak to czuliście? Tak czuł to Zbyszek?

AS: Ta muzyka jest bardzo intensywna. Znam dwa przypadki kobiet, które się nigdy nie interesowały muzyką jazzową i przypadkiem tę muzykę odkryły. Słuchały jej bez przerwy. Mówiły: „Nic z tej muzyki nie rozumiem, ale tam jest taka intensywność, że można oszaleć”. Doprowadzały się do wariactwa tą muzyką. I ja to też słyszę. Jego pójście w górę, jego intensywność – ja zawsze dostawałam gęsiej skórki, jak on zaczynał pewne frazy. Ale taka ogromna intensywność zaczęła się właśnie, jak już była choroba.

JF: Sesja nagraniowa do „Passion” także odbywała się w cieniu choroby. Jak Zbyszek znosił tę, przecież bardzo wyczerpującą, pracę?

AS: Miał duże problemy. Jak były przerwy, kładł się na sofie i musiał odpoczywać, siedziałam z nim, trzymałam mu tą chorą rękę. On miał wtedy następny przerzut, rak kości i to właśnie w ramiona. Ale wszyscy byli bardzo w to nagranie zaangażowani. Pamiętam taką sytuację – trwają nagrania w studiu, muzycy opłaceni, Zbyszek dyryguje, nie patrzy na zegarek, czas sesji minął, a Zbyszek mówi: „Powtarzamy”. Producenci zsinieli, bo to oznacza płacenie dodatkowych pieniędzy. Zbyszek nie reaguje, a ja mówię: „Poczekajcie, to się dobrze skończy”. I oni to powtórzyli jeszcze raz, to było jakieś pół godziny, skończyli. Zbyszek mówi: „Koniec”, idziemy do studia, odsłuchiwanie. Producent pyta: „To jak teraz z płaceniem?” Na to muzycy: „Nic, my nie chcemy żadnych pieniędzy, to było dla Seiferta”… To było niezwykłe, bo Zbyszka większość z nich wcześniej nie znała. Oni czegoś takiego zupełnie nie słyszeli. On był dla nich objawieniem.

JF: Po śmierci Seiferta środowisko muzyków było bardzo poruszone. Miała Pani sygnały o wznawianiu jego płyt czy projektach specjalnych poświęconych jego pamięci?

AS: Pierwszy telefon dostałam od Wolf­ganga Daunera, który od razu mówił: „Agnieszka, ja chcę zrobić płytę, będzie się nazywała ‘We’ll Remember Zbiggy’”. I tak powstała ta płyta. Przez pierwszy rok wszędzie do kupienia były jego płyty. To był taki boom. Pojawiły się audycje radiowe, prezentowano jego muzykę. Sądzę jednak, że był to efekt tworzenia niedobrej sensacji – artysta, geniusz, który miał wielką przyszłość przed sobą, umiera mając 32 lata. Po roku to się skończyło. Ja telefonowałam do wytwórni, do tych szefów z pytaniem, czy będą wznawiali te płyty i oni w dość brutalny sposób mówili: „Wie pani, my się sugerujemy tym, co człowiek jeszcze będzie robił i jaką ma przyszłość, jakie nagrania będzie realizował, a przecież pan Seifert już nie żyje”. Takie właśnie dostawałam od nich odpowiedzi: „Jak coś będziemy robić, to my się do pani zgłosimy”. Oczywiście nigdy się nie zgłosili. To był koniec, kropka.

JF: Były sygnały z Polski?

AS: Polska się odezwała nagle, ale już lata później. To było duże zaskoczenie. Ja się łudziłam, że może coś będzie w 10 rocznicę, może po 20 latach, ale nie było nic. Nagle Erin Harper z Nowego Jorku zaczęła realizować ten film dokumentalny o Zbyszku, w kraju odbyły się Dni Seiferta w kilku miastach w 30. rocznicę śmierci, pojawiła się książka, jest jakby nowa fala zainteresowania i bardzo się z tego cieszę.

JF: To musi być wielka radość, że jego muzyka w końcu, po latach, wraca a młodzi muzycy odkrywają go na nowo, będzie też konkurs jego imienia...

AS: To dla mnie oczywiście przyjemność i radość. Ja chcę, żeby ta muzyka żyła nadal i żeby ludzie ją słuchali, bo ona jest wciąż nowoczesna, głęboka i bardzo piękna. Im więcej jej będzie, tym lepiej.



Zobacz również

Michał Kulenty: poeta saksofonu

Piękny, uduchowiony wywiad z Michałem Kulentym opublikowany w Jazz Forum 12/2007 Więcej >>>

Janusz Kozłowski: graliśmy naprawdę dobry jazz

Z nieodżałowanym kontrabasistą na łamach JAZZ FORUM rozmawiał Tomasz Szachowski Więcej >>>

Ida Zalewska: Storytelling

Nie tylko o jej autorskiej płycie rozmawia z wokalistką Joanna Wieliczko. Więcej >>>

Toots Thielemans: pomiędzy uśmiechem a łzą

Rozmowa z legendarnym muzykiem była ogromną przyjemnością.  Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu