Festiwale

fot. Jarek Rerych

Opublikowano w wydaniu 4-5/2016

Bielska Zadymka Jazzowa 2016

Bogdan Chmura & Andrzej M. Herman


Tegoroczny festiwal recenzuje Bogdan Chmura. Relację z pierwszego dnia składa Andrzej Herman:

Konkurs

Osiemnasta edycja Bielskiej Zadymki wystartowała 1 marca koncertem finalistów dorocznego konkursu. W sali Zespołu Państwowych Szkół Muzycznych w Bielsku-Białej wystąpiły trzy zespoły wyłonione przez jurorów w preselekcji spośród 24 pretendentów: Paweł Kamiński Quartet (lider - sax, Adam Jarzmik - p, Jędrzej Łaciak - b, Michał Dziewiński - dr), Global Schwung Quintet (Dawid Kostka - g, Seweryn Graniasty - as, Adam Bieranowski - p, Damian Kostka - b, Maciej Burzyński - dr) oraz Franciszek Raczkowski Trio (lider - p, Paweł Wszołek - b, Piotr Budniak - dr).


fot. Jarek Rerych

Ośmioosobowe Jury pod przywództwem Jana Ptaszyna Wróblewskiego po zaskakująco krótkich obradach wyłoniło zwycięzcę – Global Schwung Quintet. Zespół, który rok wcześniej zdobył Grand Prix na konkursie Krokus Jazz Festival w Jeleniej Górze, tutaj zaoferował oryginalny zestaw dań, z których każde smakowało wybornie: Deeply Concealed, Night Vision, Softly As in the Morning Sunrise. W tym ostatnim utworze, standardzie Bromberga, kwintet odchodzi od typowej ekspozycji tematu, rysując własny, lecz wyrazisty szkic melodyki, odległy od najbardziej znanych wykonań Cheta Bakera czy Michaela Breckera.

W przerwie na obrady jury wystąpił z zespołem gość litewski Domas Aleksa (lider - bg, Liutauras Janušautis - keyb, Robin Aristorenas - g, Kestutis Vaiginis - sax, Marijus Aleksa - dr). Bielska Zadymka jest zaprzyjaźniona z festiwalem Kaunas Jazz, corocznie prezentuje jazz z Litwy, a jednocześnie współorganizuje koncert polskich wykonawców na kowieńskim festiwalu.

Domas Aleksa, laureat międzynarodowych konkursów, współautor ponad trzydziestu albumów, na Zadymce przedstawił program z ostatniej płyty „Time Twister”, nasycony elektroniką. Szkoda, że fascynacja muzyków efektami brzmieniowymi preparowanymi najczęściej z zestawu przenośnych komputerów zbyt często sprowadza ich muzykę do kombinowanych pętli harmonicznych osadzanych w parzystym metrum zbyt głośnej sekcji.


fot. Jarek Rerych

PIERWSZE KLIMATY

Wieczorem w klubie Klimat wystąpiła najpierw grupa Phronesis, jednazrewelacji festiwalu. Ten duńsko-brytyjsko-szwedzki tercet (Jasper Høiby - b, Ivo Neame - p, Anton Eger - dr) zawiódł tych nielicznych, którzy spodziewali się wyciszonej kontemplacji dźwięku bliskiej konwencji „typowych” skandynawskich zespołów (Tord Gustavsen Trio, E.S.T.) i zachwycił prawie wszystkich żywiołowością zwartego i błyskotliwie prezentowanego programu. China Moses, córka Dee Dee Bridgewater, anonsowana była jakonowa gwiazda jazzu, lecz zdecydowanie bliższa tradycji bluesa i emocjonalności muzyki soul. Wokalistka obdarzona nieco wyżej osadzonym głosem od matki, operuje nim inaczej, z elementami zaśpiewu właściwymi dla tego repertuaru, jakim wypełniła scenę festiwalowej prezentacji.

W jej programie trudno obecnie nie rozpoznać wyrazistych wpływów Dinah Washington, do których wcześniej sięgała w piosenkach z albumu „This One’s For Dinah”, czy projektem „Gardenias For Dinah” przygotowanym wspólnie z francuskim pianistą i kompozytorem Raphaelem Lemonnierem. Zestaw towarzyszących muzyków (Luigi Grasso - sax, Daniel Adekugbe - p, Marcus McNeish - b, Emmanuel Antwi - dr) kształtuje wyraziście rdzennie bluesowy charakter jej wypowiedzi (Resolution Blues, Closing Time, Work Song).

Andrzej M. Herman


fot. Jarek Rerych

Z LOTU PTAKA

Choć Zadymce stuknęła „osiemnastka”, to jednak nie fetowanie „pełnoletności” festiwalu stanowiło główny wątek Gali Polskiego Jazzu, która odbyła się 2 lutego w Teatrze Polskim – bohaterem wieczoru był Jan Ptaszyn Wróblewski, obchodzący w tym roku 80. rocznicę urodzin. Ten wybitny artysta i promotor jazzu jest związany z Zadymką od początku jej istnienia, nic więc dziwnego, że organizatorzy postanowili uhonorować go tak, jak na to zasłużył. Gospodarzem i twórcą programu Gali był sam Jubilat, który zaprosił na scenę niegdysiejszych laureatów Zadymkowych zmagań; pierwsza edycja Konkursu odbyła się w 2002 – od tamtego czasu Ptaszyn rok w rok przewodniczył obradom jury. Wielu nagrodzonych w Bielsku artystów zrobiło błyskotliwe kariery – ci, którzy wystąpili podczas Gali należą dziś do ścisłej czołówki polskiego jazzu.

Prologiem do koncertu była chwila wspomnień o historii Zadymki i Konkursu, którą ozdabiały anegdoty Ptaszyna i szefa festiwalu Jerzego Batyckiego, pokazano też trzy wspaniałe klipy.

Później odbyła się uroczystość wręczenia nagrody tegorocznemu laureatowi, którym okazał się zespół Global Schwung Quintet (Dawid Kostka - gitara; Seweryn Graniasty - saksofon; Adam Bieranowski - fortepian; Damian Kostka - kontrabas; Maciej Burzyński - perkusja). To w jego ręce powędrowała statuetka Jazzowego Aniołka i nagroda pieniężna; grupa będzie też mogła nagrać debiutancki krążek w studiu Radia Katowice, który zostanie „wytłoczony” w ilości 1500 egzemplarzy – dystrybucją płyt zajmie się JAZZ FORUM i katowicka rozgłośnia. Global Schwung Quintet wykonał dwie kompozycje utrzymane w konwencji klimatycznego jazzu akustycznego; podobał mi się szczególnie drugi utwór, Night Vision, w którym błyszczał gitarzysta i jednocześnie twórca tego tematu Dawid Kostka, artysta o pięknym wyciszonym brzmieniu i nieskazitelnej technice.


fot. Jarek Rerych

Po przerwie zagrało Trio Pawła Kaczmarczyka (lider - fortepian, Kuba Dworak - kontrabas, Dawid Fortuna - perkusja). Artyści wykonali dwa utwory z najnowszej płyty lidera „Something Personal” oraz hit Massive Attack Teardrop; ten temat, trochę jarrettowski w nastroju, znajdzie się na winylowej wersji albumu, która trafi na rynek za kilka tygodni. Koncert pokazał klasę Kaczmarczyka jako pianisty i kompozytora – po latach poszukiwań artysta odnalazł swoje miejsce i aktualnie znajduje się w szczytowej formie.

Z kolei na scenie pojawił się Maciej Obara Quartet (z Dominikiem Wanią, Sławkiem Kurkiewiczem i Michałem Miśkiewiczem). O ile dobrze policzyłem, zespół wykonał cztery kompozycje przechodzące płynnie jedna w drugą. Dominowały otwarte formy, swoboda tonalna, metryczna, wielokierunkowa narracja i wyzwolone solówki muzyków doskonale wpisujące się w formułę bliską stylistyce kontrolowanego free. Chyba najbardziej ujęła mnie, czy wręcz zaszokowała, postawa Dominika Wani, pianisty intuicyjnego, który przez cały występ kreował własny dźwiękowy świat, antycypował muzyczne zdarzenia, wchodził w złożone relacje z innymi wykonawcami. Mogę śmiało stwierdzić, że występ Kwartetu Obary był najjaśniejszym punktem całej Gali.

W programie duetu Wojciech Myrczek – Paweł Tomaszewski znalazły się głównie standardy. Rozpoczęli od Night and Day Portera, by następnie przejść w dość szaloną wersję Well, You Needn’t Monka i w końcu ostudzić emocje balladą Moon River. Podczas koncertu wokalista zwrócił się do Jubilata: „Początek mojej prawdziwej drogi w jazzie wiąże się ze spotkaniem z Janem Ptaszynem Wróblewskim. Dziękuję Panu za to spotkanie i za wspieranie mnie na każdym kroku”. Potem były jeszcze dwa utwory – Imagine (Lennona), wykonany wspólnie z publicznością, oraz standard Bye Bye Blackbird, gdzie Myrczek zaprezentował swe umiejętności śpiewania scatem.

Na koniec zagrał Atom String Quartet, czyli „czterech najsympatyczniejszych rzępajłów”, jak nazwał ich Ptaszyn. ASQ wykonał kilka numerów z najnowszego, przyjętego „na kolanach” albumu „AtomSphere”. Były to kompozycje wszystkich członków zespołu oraz opracowania dwóch etiud fortepianowych Lutosławskiego – fantastyczna mieszanka klasyki, jazzu i awangardy. Mnie, podobnie jak na płycie, najbardziej zachwyciła Ballada o śmierci Janosika Dawida Lubowicza oraz kompletnie odjechane dzieło Lenczowskiego Dialogi fletu i flażoletu.

Po secie ASQ nastąpił najbardziej podniosły moment Gali. Na scenie pojawili się wszyscy muzycy, prezes Grupy Lotos Tadeusz Szkudlarski oraz prezydent Bielska-Białej Jacek Krywult, który w imieniu władz miasta, mieszkańców i fanów podziękował Ptaszynowi za wkład w rozwój festiwalu. Były życzenia, kwiaty, ogromny tort ze świecami, butla szampana i gromkie Sto lat odśpiewane przez publiczność.


fot. Jarek Rerych

Po przerwie wystąpił Jubilat ze swoim Sekstetem (Robert Majewski, Henryk Miśkiewicz, Wojciech Niedziela, Sławek Kurkiewicz, Marcin Jahr). W pierwszej części słuchaliśmy standardów w rasowych aranżacjach Ptaszyna, w drugiej najnowszego projektu artysty, na który złożyły się trzy kompozycje oparte na tematach z opery „Halka”. Był to stuprocentowy jazz, muzyka, jaką Ptaszyn lubi i ceni najbardziej. Mimo późnej pory lider wydawał się nie do zdarcia, jednak gdy publiczność zaczęła domagać się bisu, powiedział: „Właśnie mieliśmy telefon z Towarzystwa Ekologicznego, które dało do zrozumienia, że jeśli zagram bis, to będzie to uznane za znęcanie się nad ptactwem”.

LAGRÈNE, HOLLAND

Następnego dnia w Klubie Klimat wystąpili ze swoimi zespołami Biréli LagrèneDave Holland. Na hasło „Lagrène” w mojej głowie natychmiast pojawia się obraz żółtej okładki JAZZ FORUM z lat 80. i echa tekstu o młodym geniuszu grającym w stylu Django Reinhardta. Ta muzyka nie przypadła mi wówczas do gustu, potem słabo śledziłem karierę gitarzysty, zatem z tym większą ciekawością udałem się na koncert. W Bielsku mieliśmy okazję usłyszeć Biréli Lagrène Electric Quartet, w którego składzie znaleźli się: Frank Wolf (saksofon tenorowy i sopranowy), Jean Yves Jung (Hammond) i Jean Marc Robin (perkusja).

Muszę przyznać, że koncert gitarzysty pozytywnie mnie zaskoczył. Spodziewałem się wirtuozowskich fajerwerków sprytnie wmontowanych w „stare dekoracje”, a usłyszałem kawał solidnej, kolektywnej muzyki, wyrastającej wprost z bopowych korzeni, która choć prosta w środkach i formie, była w stanie poruszyć każdą wrażliwą duszę. Kwartet wykonał utwory lidera i członków zespołu, Oleo Rollinsa oraz Liebesleid salonowego klasyka Fritza Kreislera, pochodzące z płyty „Mouvements” nagranej w 2012 roku; na koncercie dostaliśmy jeszcze „bonus track” w postaci Mercy, Mercy, Mercy Zawinula. Lagrène jest wirtuozem bez dwóch zdań, jednak jego głównym celem nie było epatowanie słuchaczy biegłością palców, lecz przekazanie im dobrych energii. Publiczność natychmiast wychwyciła ten komunikat, żywo reagując na każdą frazę i solówkę, by w końcu nagrodzić zespół owacją na stojąco. Poza liderem najbardziej podobał mi się Frank Wolf, szczególnie wtedy, gdy sięgał po sopran – momenty, w których zaciekle „rzeźbił” najwyższy rejestr instrumentu, przywodziły na myśl styl Dave’a Liebmana. Podsumowaniem występu był nieprawdopodobnie skomplikowany technicznie i zagrany w szybkim tempie Mouvements (ze wspomnianej płyty), zaś na bis usłyszeliśmy Isn`t She Lovely Wondera.

Dave Holland, gigant jazzowego kontrabasu, pierwotnie miał wystąpić w trio z Kevinem Eubanksem; niestety, gitarzysta nie dotarł na festiwal z przyczyn rodzinnych. Jednak lider znalazł jego godnego zastępcę, wybitnego saksofonistę Chrisa Pottera. Spowodowało to zmianę programu i formuły grania – skład bez instrumentu harmonicznego dał artystom wręcz nieograniczone możliwości.

Program Tria wypełniły grane na przemian tematy Hollanda i Pottera, które wykonane jednym ciągiem ułożyły się w rodzaj dynamicznej suity. Jedność przeciwieństw, asceza i dźwiękowe rozpasanie – tak można by w skrócie określić charakter tej muzyki. Bo z jednej strony nieco wycofany
lider, który skupiał się na powtarzanych figurach melodycznych, zakreślających bazę tonalną (czy raczej dźwięk centralny) utworów, z drugiej, szybkie tempa, niewiarygodna ekspresja Pottera oraz gęsta, wielowarstwowa tkanka rytmiczna eksplodująca z bębnów Obeda Calvaire’a. To właśnie Calvaire, młody, acz niezwykle ceniony drummer (współpracował z m.in. takimi muzykami jak Wynton Marsalis, Yellowjackets, Joshua Redman, Lizz Wright) okazał się dla mnie największym objawieniem. Jego gra stanowiła siłę napędową Tria, dawała oparcie zwłaszcza Potterowi, który mógł się zatracać w ekstatycznych improwizacjach; wrażenie robiła też „wymiana materiałowa” między oboma muzykami (tak, Calvaire potrafi grać melodycznie).

Holland przyjął, jak to często bywa zespołach basistów, bardziej rolę dyskretnego koordynatora niż lidera. W jego solach, oszczędnych, skupionych, wyciszonych emocjonalnie, każdy dźwięk miał swoje miejsce, wagę i znaczenie – tak grają tylko najwięksi mistrzowie. Rewelacyjny koncert; szkoda tylko, że instrument Hollanda był trochę za słabo nagłośniony w stosunku do bębnów i saksofonu.


fot. Jarek Rerych

OKOLICE JAZZU

Ten stały punkt Zadymki, prezentujący zespoły łączące jazz z najnowszymi trendami, od lat przyciąga tłumy młodych fanów. I tak też było tym razem – klub Klimat był wypełniony do ostatniego centymetra.

Jako pierwsza wystąpiła Slowly Rolling Camera, siedmioosobowa formacja, która aktualnie podbija londyńską scenę muzyczną. Słysząc dużo dobrego o tej grupie oczekiwałem mocnych wrażeń, tymczasem okazało się, że charakter muzyki (z pewnością nie był to anonsowany w programie mariaż jazzu z trip-hopem) jest adekwatny do nazwy zespołu – wolne tempa utworów, statyczna narracja, rozproszone pomysły i brak jakiejś „idei przewodniej”, która mogłaby pociągnąć całość do przodu, szybko ostudziły mój zapał. Nie zachwyciła też wokalistka Dionne Bennett, która dysponując ciekawą barwą głosu, chwilami nie radziła sobie z intonacją. W miarę przekonująco wypadł gitarzysta Stuart McCallum i saksofonista (tenor, sopran) Ben Waghorn. Zdarzały się jednak jaśniejsze momenty. Kiedy „slowly” przechodziło – rzadko bo rzadko, ale jednak – w „speedy”, muzyka nabierała wyrazistości, zbliżając się do progresywnego rocka lat 70.

O niebo lepiej zaprezentowała się funk-soulowa grupa saksofonisty, wokalisty i showmana Maceo Parkera, która grając przez bite dwie godziny skutecznie rozkręciła publiczność. Rozpoczęli Fiestą lidera, która dobrze wprowadziła fanów w rozwibrowany klimat koncertu. Potem słuchaliśmy m.in. Make It FunkyThink About It L Collins (Browna), Baby Knows (Prince’a), pokręconej wersji Love for Sale, lekko bluesującego Let’s Get It Gaye On (Townsenda), Cold Sweat (Ellisa), najbardziej dynamicznego kawałka całego koncertu i ballady You Don’t Know Me (Raya Charlesa), zaśpiewanej przez Parkera przy akompaniamencie pianisty Wila Boulvare’a – koncert zakończył energetyczny Pass the Peas króla soulu Jamesa Browna.

Nie była to szczególnie skomplikowana muzyka. Bazę rytmiczną tworzyły bas i bębny, linie melodyczne rozwijali lider, puzonista i dwie wokalistki; najbardziej zredukowanym składnikiem była harmonia – zdarzały się utwory, które opierały się dosłownie na jednym akordzie. Jednak trzeba pamiętać, że to nie pojedyncze „cegiełki”, lecz ich suma budują fundamenty funk-soul-jazzu, a jego nadrzędna cecha, „transowość”, powstaje w efekcie wielokrotnego powtarzania prostych riffów, trzymaniu stałego tempa i intensywnej ekspresji. Jednym z numerów spełniającym te normy okazał się obszerny Gimme Some Mo’, z solówkami puzonisty, klawiszowca i aktywnym udziałem chórku.

W zespole Parkera grali bardzo dobrzy muzycy; w kolejnych utworach każdy z nich (łącznie z wokalistkami) miał swoje pięć minut. Niektórzy byli szczególnie eksponowani, np. gitarzysta Bruno Speight, klangujący basista Rodney „Skeet” Curtis oraz perkusistka Cora Dunham-Coleman. Ponoć proces ściągania Parkera na Zadymkę trwał sześć lat. Warto było czekać.

W sobotę w schronisku na Szyndzielni zagrała kapela Psio Crew złożona z bielskich muzyków – promowanie wykonawców z regionu, które jest jednym z celów Zadymki, powinno być wzorem dla innych festiwali.

NAMYSŁOWSKI – POLISH JAZZ? YES!

W niedzielę (6 lutego) w klubie Klimat wystąpił Kwintet Zbigniewa Namysłowskiego (Sławek Jaskułke - p, Jacek Namysłowski - tb, Andrzej Święs - b, Grzegorz Grzyb - dr), który wykonał lekko zmodyfikowany program z najnowszej płyty lidera „Polish Jazz? Yes!”. Mimo mało jazzowej pory (godz. 16:00) do Klimatu ściągnęły tłumy. Choć słuchałem tego projektu kilkakrotnie, muzyka Namysłowskiego wciągnęła mnie bez reszty – dzieje się w niej tak wiele, że za każdym razem odkrywam coś nowego.

Nie trzeba być szczególnie wytrawnym fanem, by w kompozycjach albumu dostrzec dwa główne elementy: dyscyplinę formalną i ogromną ilość środków muzycznych wprzęgniętych w jej powstanie – niebywale pokrętna, quasi-etniczna melodyka, skomplikowana metrorytmika, harmonia (z przenikaniem się rozszerzonego dur-moll z modalizmami) i raptowne zmiany agogiczne, to tylko niektóre z nich. Osobną sprawą jest interpretacja utworów. Do tego potrzebny jest niezwykły zespół, potrafiący dokładnie zrealizować idee lidera. Namysłowski ma taki zespół – skład, który zagrał w Klimacie, wykonał plan z nadwyżką.

Trudno po kolei omawiać rolę poszczególnych muzyków, bo Kwintet to jednorodny organizm, zintegrowana, pracująca perfekcyjnie maszynka. Na pewno obok lidera, pozostającego niezmiennie w topowej formie, na uwagę zasługiwał jego syn Jacek, znakomity puzonista, świetny technik, wytrawny improwizator. Podobał mi się też Sławek Jaskułke, indywidualista, potrafiący się jednak dopasować do przyjętej formuły. Jego granie wprowadzało element młodzieńczego rozwichrzenia, które dobrze służyło tej precyzyjnie poskładanej muzyce. Wspaniały,
entuzjastycznie przyjęty koncert.


fot. Jarek Rerych

TERENCE BLANCHARD

Tego samego dnia w Katowicach odbył się wieki koncert trębacza Terence’a BlanchardaNarodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia.

To była druga muzyczna inicjatywa zrealizowana wspólnie przez organizatorów Zadymki i NOSPR-u; w ubiegłym roku w tej samej pięknej sali zagrał Kwartet Wayne’a Shortera z Esperanzą Spalding i katowicką orkiestrą – w ankiecie Jazz Top czytelnicy JAZZ FORUM uznali ten koncert za największe wydarzenie jazzowe 2015. Pamiątkowy dyplom zwycięzcy w tej kategorii odebrał (z rąk redaktora Pawła Brodowskiego) Jerzy Batycki.

Następnie odbyła się ceremonia wręczania Aniołów Jazzowych. Pierwszego otrzymała Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia „za współorganizację Jazzowego Koncertu Roku 2015”; nagrodę w imieniu zespołu przyjęła dyrektor NOSPR-u Joanna Wnuk-Nazarowa. Druga statuetka powędrowała do Terence’a Blancharda – laudację odczytano po polsku (Jerzy Batycki) i angielsku (Paweł Brodowski). W uroczystości wzięli też udział: Paweł Olechnowicz – prezes Grupy Lotos, głównego sponsora Zadymki oraz prezydent Bielska Jacek Krywult. Ostatnie słowo należało do Jana Ptaszyna Wróblewskiego, który przedstawił wykonawców i zaprosił publiczność do wysłuchania „The Movie Music of Spike Lee & Terence Blanchard”.

Gdy do lidera dołączyli członkowie jego Kwintetu, przygasło światło, a dyrygent Alexander Humala ujął w dłoń batutę, rozpoczął się magiczny spektakl wypełniony dźwiękiem i obrazami – od pierwszych taktów orkiestry na wielkim ekranie zaczęły się ukazywać zdjęcia i plakaty z filmów Spike’a Lee, co w połączeniu z muzyką wytworzyło niezwykły, oniryczny klimat. Od razu dało się też dostrzec idealny balans dynamiczny pomiędzy solistą, zespołem i orkiestrą. Było to po części zasługą realizatorów, dyrygenta, lecz przede wszystkim wyjątkowych warunków akustycznych sali. W efekcie powstała niespotykana stopliwość brzmienia – przeróżne barwy połączyły się w jedną, miłą uchu harmonię.

Podczas dwugodzinnego koncertu słuchaliśmy ścieżek dźwiękowych (w formie opracowań głównych tematów, kilkuczęściowych suit lub songów) pochodzących z takich filmów, jak: „Bamboozled”, „Inside Man” „Clockers”, „Malcom X”, „Mo’ Better Blues”, „25th Hour”, „Jungle Fever”, „When the Levees Broke: A Requiem in Four Acts” – muzyki bardzo zróżnicowanej, w której przenikały się elementy dramatyzmu, patosu, liryzmu, ale też pastiszu i humoru. Cechą wspólną wszystkich kompozycji Blancharda jest komunikatywność. Kompozytor, stosując tradycyjne środki, eksponuje przede wszystkim element melodyczny, ma wyjątkowy dar tworzenia chwytliwych tematów, które wspaniale zaaranżowane i nasycone brzmieniem orkiestry nawet bez warstwy wizualnej działają na wyobraźnię – zdolność tej muzyki do funkcjonowania poza kadrem jest jednym z jej wielu walorów.

Blanchard przez cały czas pozostawał na pierwszym planie – prawdziwy mistrz ceremonii. Wprowadzał i dublował tematy grane przez orkiestrę, lub tworzył do nich ciekawe kontrapunkty, zaś jego sola, zawsze zwarte i wyważone, były nasycone spokojem, nostalgią i bluesem, choć nie brakowało w nich także bardziej ekspresyjnych momentów.

Rola i zachowanie lidera zmieniały się diametralnie, gdy na scenę wkraczały wokalistki: Dee Dee Bridgewater, China Moses Becca Stevens. Wtedy to one przejmowały inicjatywę, śpiewając i jednocześnie nawiązując z trębaczem muzyczne dialogi i flirty. Była też okazja posłuchania Kwintetu Blancharda (Fabian Almazan - fortepian, Khari Alen Lee - saksofony, Tabari Lake - kontrabas, gitara basowa, Justin Faulkner - perkusja) bez udziału orkiestry; w pamięci utkwiła mi interpretacja tematu wiodącego z filmu „Mo’ Better Blues” – wspaniałe, klasyczne granie, dystyngowana postawa muzyków.

Całość miała zaskakujący finał – filharmonicy z jazzmanami zeszli ze sceny (została tylko sekcja) i utworzyli coś w rodzaju parady nowoorleańskiej, która grając i śpiewając temat Ghost of Congo Square (segment z płyty Blancharda „A Tale Of God’s Will – A Requiem for Katrina”) pomaszerowała między rzędami widowni, „bratając się” z publicznością.

Koncert zrobił na słuchaczach piorunujące wrażenie; intuicja podpowiada mi, że ma on duże szanse stać się największym wydarzeniem jazzowym 2016.

Bogdan Chmura


Zobacz również

Jazz & Literatura 2017

Trzecia edycja śląskiego festiwalu odbyła się w dn. 6 - 15 października. Więcej >>>

Ad Libitum 2016

11. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej odbyła się w Warszawie w dn. 19… Więcej >>>

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

Jamie Cullum: Finał Zadymki

Finał Zadymki miał miejsce w sali koncertowej NOSPR w Katowicach.  Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu