Wywiady

fot. Jarek Rerych

Brian Blade

Paweł Urbaniec


Brian Blade to jeden z najważniejszych i najbardziej wszechstronnych perkusistów naszych czasów, kojarzony przede wszystkim z Kwartetem Wayne’a Shortera, w którym gra nieprzerwanie od 15 lat, ale mający także znaczące dokonania z własnym zespołem Fellowship. Tam pełni również rolę kompozytora, gitarzysty i piosenkarza. Współpracował z wieloma wybitnymi artystami z różnych muzycznych światów. W jego biografii możemy odszukać takie nazwiska jak Bob Dylan czy Joni Mitchell.

Urodził się 25 lipca 1970 roku w Shreveport w Luizjanie, gdzie dorastał otoczony muzyką gospel. Za pośrednictwem starszego brata i ojca pastora trafił do kościelnego zespołu, który okazał się pierwszym przystankiem na drodze do wielkiej kariery.

W szkole zetknął się z muzyką jazzową. Jego pierwsze fascynacje to m.in. John Coltrane, Charlie Parker, Miles Davis, Art Blakey, Thelonious MonkElvin Jones. W wieku 18 lat wyjechał do Nowego Orleanu na studia w Loyola Univeristy. Tam poznał pianistę Jona Cowherda, z którym razem w 1997 założył Fellowship. Z tym zespołem nagrał już cztery albumy: „Brian Blade Fellowship” (1998), „Perceptual” (2000), „Season Of Changes” (2008) i najnowszy „Landmarks” (2014). Wydał też jeden album pod własnym nazwiskiem jako wokalista pt. „Mama Rose” (2009). Nagrywał też w roli sidemana płyty z takimi artystami jak Ellis Marsalis, Billy Childs, czy Herbie Hancock.

Koncerty z jego udziałem są wyjątkowe, nie tylko ze względu na jego wyobraźnię i wrażliwość muzyczną, ale też energię, ruch sceniczny, grymasy twarzy, sposób przeżywania muzyki.

Nasza rozmowa miała miejsce w Katowicach podczas 17. Bielskiej Zadymki Jazzowej, gdzie Brian Blade wystąpił z Kwartetem Shortera.

JAZZ FORUM: W przeszłości fascynowałeś się muzyką gospel. Czy w dalszym ciągu ten styl jest dla Ciebie źródłem inspiracji?

BRIAN BLADE: Pierwszym brzmieniem, jakie usłyszałem, były pieśni gospel. Miało to miejsce w kościele znajdującym się w mojej rodzinnej miejscowości.

Ojciec był pastorem przez 52 lata. To świetny nauczyciel, ale także wspaniały wokalista. Jego głos towarzyszył mi od początku i mocno utkwił w pamięci. Mój brat Brady Blade Jr., który jest ode mnie starszy o pół dekady, mając dziesięć lub jedenaście lat zaczął grać na perkusji w tym kościele. Występował tam nawet, gdy uczęszczał do liceum, aż do momentu wyjazdu do college’u. Moja przygoda z perkusją rozpoczęła się, kiedy miałem 14 lat, również grałem w kościele. Pomogło mi to stworzyć silny fundament, na którym mogłem budować kolejne muzyczne doświadczenia. Jestem wdzięczny za taką możliwość. Gdy wracam do domu, w środy czy niedziele, zawsze wspólnie muzykujemy. Cieszę się, że ta tradycja nigdy nie została zapomniana i w dalszym ciągu pozostaje nieodłączną częścią mojego życia.

JF: Czy uczyłeś się grać jednocześnie na gitarze oraz na perkusji?

BB: Na gitarze zacząłem grać dużo później, w 1995 roku, dwa lata po spotkaniu Daniela Lanoisa. Poznałem go, gdy przebywałem w Nowym Orleanie. To wielkie szczęście, że mogłem stać się częścią jego życia. Sposób, w jaki tworzył swoją muzykę, bardzo mnie inspirował. Spędzałem z nim czas w otoczeniu jego instrumentów. Wtedy zainteresowałem się gitarą, odkryłem naturalne powiązanie z nią.

Mój pierwszy kontakt z tym instrumentem miał miejsce w szkole podstawowej, więc był to taki swoisty powrót do źródeł po ponad dwudziestu latach. W 1988 roku przeprowadziłem się do Nowego Orleanu, gdzie zapoznałem się z Jonem Cowherdem, który już od jakiegoś czasu zajmował się muzyką. Wyznaczył mi cel i stał się moim powiernikiem, któremu zwierzałem się z każdego problemu. Zyskałem więc nie tylko osobę, z którą mogłem wspólnie tworzyć, ale także przyjaciela.

JF: Podobnie było ze śpiewaniem?

BB: Przez lata śpiewałem w chórze, w którym oddzielało się dzieci od dorosłych. Śpiewaliśmy przede wszystkim w kościele. Później w zespole zaszło kilka zmian. Przybrał nazwę The Zion Baptist Mass Choir. To doświadczenie także odegrało dużą rolę w kształtowaniu mojej muzycznej świadomości.

JF: Można powiedzieć, że jesteś głównie perkusistą, który gra na gitarze i od czasu do czasu śpiewa.

BB: Koncentruję się przede wszystkim na perkusji. Gram na niej, od kiedy byłem nastolatkiem, aż do chwili obecnej. Robię to nieustannie. Na gitarze zacząłem grać dość późno. Jednak staram się traktować grę na instrumentach oraz śpiew na równi.

Płyta „Mama Rosa” łączy w sobie wszystkie te elementy. Znajdują się na niej przede wszystkim utwory zawierające tekst. Kiedy tworzę nową piosenkę, na początku tego procesu nigdy nie wiem, jak będzie on przebiegał. Nie mam pojęcia, czy będzie to przebój całkowicie instrumentalny, w stylu tych z albumu „Fellowship”, czy może będzie zawierał bardziej rozbudowaną lirycznie fabułę. Tak jak miało to miejsce w przypadku utworów z płyty „Mama Rosa”. Bazuję na ulotnej inspiracji. Nigdy w trakcie tworzenia nie jestem w stanie przewidzieć, do jakiej formy piosenka ewoluuje i jaka będzie jej ostateczna wersja.

JF: Czy pamiętasz moment, w którym zająłeś się pisaniem tekstów?

PU: Oczywiście, że pamiętam. Przez te wszystkie lata inspirowałem się wieloma różnymi artystami, między innymi Allem Greenem, Joni Mitchell, a nieco później Wayne’em Shorterem oraz Johnem Coltrane’em. Ta muzyka stała się częścią mnie. Sądzę, że w pewien sposób można usłyszeć to w moich tekstach. Jednym z pierwszych utworów, które stworzyłem, był After the
Revival
rozpoczynający płytę „Mama Rosa”. Ta piosenka zawiera wiele elementów biograficznych. Opowiada o czasach, zanim jeszcze się narodziłem, o rodzinie. Pisanie jej przypominało mi nieco wymyślanie scenariusza. (śmiech)

Większość kompozytorów ma ustalone zasady, według których pracuje. Niektórzy mają przewidziany ostateczny termin ukończenia projektu. Inni każdego dnia poświęcają dokładnie sześć godzin na tworzenie. Myślę, że jestem gdzieś pośrodku. Przy pisaniu zawsze muszę czuć inspirację, być w stanie w pełni docenić tę chwilę oraz bez przeszkód rozmyślać nad pomysłami.

JF: Czyli nastrój Twoich piosenek odpowiada rzeczywistemu stanowi Twojej duszy.

BB: Zgadza się. Moje utwory odsłaniają cechy mojej osobowości. Są twórcy, którzy piszą o fikcyjnych zdarzeniach, niemających żadnych osobistych odwołań. Ja tak nie potrafię. Moja muzyka ma zatem bardzo indywidualny charakter. Staram się tworzyć na podstawie własnych doświadczeń lub przeżyć ludzi, którzy mnie inspirują. Wyrażam w ten sposób swoje emocje i odczucia dotyczące życia. To takie moje próby spowolnienia uciekającego czasu.

JF: Twój debiut jako kompozytora i wokalisty to album „Mama Rosa” z 2009 roku. Z kolei „Fellowship” jest projektem głównie instrumentalnym. Możesz realizować te wszystkie nagrania z tymi sa­mymi muzykami, czy musisz od czasu do czasu zmieniać osoby, z którymi współpracujesz?

BB: Jak już wspomniałem, „Fellowship” i „Mama Rosa” to dwie różne drogi, którymi podąża tworzona przeze mnie muzyka. Uważam, że składy zespołów, z którymi nagrywałem te albumy, były idealne do piosenek na nich proponowanych. Lubię myśleć w ten sposób. Mimo tego, że ta muzyka płynie z mojej inspiracji, cały czas jestem zmuszony przesuwać granicę wrażliwości. Czasem siadam na krześle z gitarą i śpiewam, a nie tylko gram na perkusji. Dla mnie to dwie całkowicie różne sprawy, które staram się ze sobą łączyć.

JF: Myślę, że to duży dyskomfort, gdy grasz na gitarze i śpiewasz, a jednocześnie słyszysz, że perkusista nie jest najlepszy. (śmiech)

BB: Nie, to nie tak. (śmiech) W Mama Rosa Band na perkusji grał niesamowity Steven Nistor. Jest doskonały, więc tutaj nie ma takiego problemu. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że cały czas jesteś częścią zespołu, niezależnie od tego, jaką pełnisz w nim rolę.

JF: Jednak będąc na scenie, słyszysz, kiedy perkusista gra nierówno.

BB: Tak, czasem wolałbym tego nie zauważać. (śmiech) Bardzo miłe są dla mnie sytuacje, kiedy jestem w trasie z Mama Rosa Band i ludzie nie mają zielonego pojęcia, że potrafię grać również na perkusji. Przyjmują to, co słyszą w danym momencie. Dlatego kocham jazz. Pozwala mi pokazać różne oblicza. Lubię podejmować wyzwania, niczego wcześniej nie planując.

JF: W jaki sposób nagrywaliście płytę „Fellowship”? Jak zazwyczaj tworzycie swoje kompozycje? Pomysły rodzą się naturalnie podczas jam session, czy wspólnie siadacie nad materiałem i wymieniacie się sugestiami?

BB:Koncepcja powstawała już od pewnego czasu. Jon nieustannie pisał i co jakiś czas przynosił fragmenty jego zdaniem odpowiednie dla Fellowship Band. Ja robiłem dokładnie tak samo. Ze względu na długą przyjaźń nasza muzyka w pewien osobliwy sposób łączy się ze sobą. W procesie nagrywania wybraliśmy 12 czy 13 piosenek, które były czymś nowym. Następnie rozpoczęliśmy żmudny proces rzeźbienia tego albumu z wielkiego kawałka głazu. To piękne chwile. Sprawiają mi wielką przyjemność, ponieważ są pełne niespodzianek i nieznanych dotąd elementów, które czekają na to, by się ujawnić.

Nie jest tak, że nie mam żadnego zamysłu, gdy rozpoczynam nagrywanie, ale najważniejszym jest pozwolić, aby ten schemat w trakcie mógł się zmienić. W każdym momencie trzeba się przygotować na zburzenie swoich wcześniejszych założeń czy wprowadzenie korekt. To moim zdaniem jest najbardziej ekscytująca część tworzenia.

JF: Kiedy jest się liderem, trzeba być odpowiedzialnym za dużo rozmaitych spraw, także tych pozamuzycznych. Jak sobie z nimi radzisz?

BB: Z praktycznymi czynnościami: organizacją, logistyką, przynoszeniem piwa i rozśmieszaniem innych nie mam problemów. (śmiech) Jeśli chodzi o twórczość, jestem otwarty na opinie wszystkich członków zespołu, przede wszystkim zaś Jona. Analizujemy to, co gramy obecnie, myślimy, co moglibyśmy jeszcze stworzyć. Zawsze wspólnie rozważamy tego typu kwestie. Pod względem artystycznym jesteśmy kolektywem. W przypadku spraw muzycznych decyzje podejmujemy wspólnie, jako zespół. Jak wspomniałem, ja i Jon zajmujemy się pisaniem, ale robimy to dla wszystkich: dla Myrona Waldena, Melvina Butlera, Chrisa Thomasa. Lubię słuchać tego, co mają do powiedzenia moi muzycy. Ich wkład i, być może zabrzmi to staromodnie, ich duch, którego wprowadzają do muzyki, sprawiają, że staje się ona prawdziwsza. Z tego, co powiedziałem, może wynikać, że jestem tylko
perkusistą w grupie. (śmiech) Są jednak
de­­cyzje, które lider musi podejmować sa­modzielnie.

JF: Czy pełniąc tę funkcję podpatrujesz wielkiego lidera, jakim niewątpliwie jest Wayne Shorter?

BB: Wayne pomógł mi być dobrym liderem. Podążanie jego przykładem pomogło mi także dorosnąć i stać się lepszym człowiekiem. Stało się to za sprawą jego dobrego serca i umiejętności współczucia oraz dostrzegania ludzkich problemów na scenie i poza nią. Pokazał mi, w jaki sposób podejmować decyzje, będąc liderem, jak robić to z wdziękiem. Wayne to potrafi. Dodatkowo umie okrasić wszystko wspaniałym humorem i miłością. Wielkim zaszczytem była dla mnie praca z nim. Jest moim bohaterem. Słuchałem jego muzyki dużo wcześniej, zanim go poznałem. Później stałem się częścią jego życia. Tworzymy razem niemal od piętnastu lat. To wielkie błogosławieństwo i coś, czego nigdy nie byłbym w stanie przewidzieć.

JF: Czy w trakcie występów lub nagrywania z Shorterem pojawia się jeszcze element zaskoczenia?

BB: Za każdym razem. (śmiech) Mówię to z pełną świadomością. Wayne ma wspaniałą wyobraźnię. Nigdy nie spoczywa na laurach i nie zadowala się tym, co było wczoraj. Zawsze szuka czegoś nowego, dotąd nieodkrytego. Bez przerwy stawia wyzwania nie tylko sobie, ale także swoim współpracownikom i słuchaczom. Wie, jak robić to równocześnie. Podsumowując, za każdym razem potrafi wyskoczyć z nowym, zaskakującym pomysłem. To niewiarygodne.

JF: Lubię słuchać waszych utworów z płyt, ale uwielbiam też obserwować was jak gracie podczas koncertów. To równie interesujące! Za każdym razem jesteście skoncentrowani i wpatrzeni w siebie. Widać, że tworzycie zgrany zespół.

BB: W kwartecie z Johnem Patituccim, Danilo Pérezem i Wayne’em najważniejsze jest zaufanie, jakie zdążyliśmy zbudować przez te wszystkie lata. Ono istniało od samego początku, jednak przez ten czas znacznie się pogłębiło. Czasem, żeby coś przekazać, nie trzeba mówić wszystkiego, wystarczy, że jest się razem. To największe szczęście, jakie spotkało mnie w życiu. To nie ja uczyniłem Wayne’a wspaniałym. Stanowimy kolektyw. Oczywiście mamy tu do czynienia z ogromnym potencjałem indywidualnym. Jednak jestem zdania, że ta jedność stanowi o naszej sile. Kiedy czuję się wypalony, spoglądam na któregoś z nich i to daje mi nową energię, całkowicie zmienia moje nastawienie.

JF: W Polsce graliście z wielką orkiestrą symfoniczną. Czy dla profesjonalnego muzyka jest to dodatkowe wyzwanie, kiedy musi zgrać się nie z trzema osobami, lecz prawie z setką muzyków?

BB: Zwykle jest tak, że gdy zbierze się wiele osób starających się przekazać jeden utwór, pojawia się duże prawdopodobieństwo powstania chaosu i w rezultacie porażki. Dochodzi do niej, kiedy nie każdy potrafi współpracować z resztą dla dobra ogółu. Ta wspaniała katowicka orkiestra chciała pokazać nie tylko swój talent, bo przecież wszyscy z nich są wspaniałymi muzykami, ale pragnęła stać się jednym wielkim głosem. Dali z siebie wszystko, co mogli. Nie było wśród nich złego nastawienia. Bardzo się starali. Po prostu brali muzykę taką, jaka jest i wykonywali ją prosto z serca. Jeśli wszyscy muzycy mają dobre chęci, kwartet bez najmniejszych trudności zgra się z całą orkiestrą.

JF: Występowaliście we wspaniałym miejscu.

BB: Tak. Świetnie, że ktoś zaprojektował budynek w nowoczesnym stylu, w którym dźwięk odbiera się tak, jak w starych, klasycznych teatrach. Chciałbym tam kiedyś wrócić.

JF: Czy uważasz, że jazz powinien być grany w niewielkich klubach, tak jak to miało miejsce w Nowym Jorku w latach 60. i 70., czy w dużych teatrach, jak choćby ten w Katowicach?

BB: Musiałem nauczyć się grać w większych halach. Myślę, że nadal można utrzymać kontakt z publicznością, mimo tego, że istnieje dość duża przestrzeń pomiędzy samymi muzykami oraz widownią. Uwielbiam grać w mniejszych miejscach, gdzie wszyscy są bardzo blisko siebie, to generuje dodatkową energię. Jazz pragnie zażyłości pomiędzy ludźmi. Na tym właśnie polega duch tej muzyki, by cały czas być ze sobą blisko.

Jednak ta bliskość może zaistnieć także w największej hali. Warunek jest jeden – ludzie muszą chcieć coś otrzymać. Jeśli tak będzie, to gwarantuję, że powstanie coś wyjątkowego, niezależnie od miejsca, w którym się odbywa. Prawdę mówiąc, dalece ważniejsze jest nastawienie naszych umysłów, ponieważ pozwala nam przeżywać takie same emocje bez względu na wielkość pomieszczenia, w którym koncert ma miejsce. Jest to część wyzwania.

JF: Jak to się stało, że rozpocząłeś współpracę z Bobem Dylanem? Czy to dzięki Danielowi Lanoisowi?

BB: Tak, to jego zasługa. W tamtym czasie Daniel miał teatr w południowej Kalifornii, w którym znajdowało się studio i warsztat. Pracował z Bobem kilka lat wcześniej nad płytą „Oh Mercy”. Po latach odnowił z nim współpracę podczas nagrywania „Time Out Of Mind”. Bob zdecydował, że będzie ona rejestrowana na Florydzie. Jestem niezwykle wdzięczny mojemu przyjacielowi, że umożliwił mi wzięcie udziału w tym przedsięwzięciu. Daniel przez pewien czas obserwował moją grę i nabrał zaufania do moich umiejętności. Zyskał pewność, że sobie poradzę i wniosę coś nowego w proces tworzenia tej płyty. Był to dla mnie wielki honor, że mogłem przebywać w jego towarzystwie, a do tego obok grał genialny Bob Dylan. Byłem częścią projektu wspaniałego muzyka, który przez wiele lat skomponował mnóstwo znakomitych utworów.

JF: Jaką osobą jest Bob Dylan?

BB: To prawdziwy artysta w każdym znaczeniu tego słowa. Miał tak wiele świetnych pomysłów i potrafił nas nimi zarazić. Cały czas jest otwarty na odkrywanie kolejnych tajemnic i docieranie do ich istoty. Doskonale słuchało się jego słów. Interesowało go także zdanie innych. Nieustannie starał się poznawać nasze myśli i odczucia. To właśnie czyni go wielkim.

JF: O to samo chciałbym zapytać w odniesieniu do Joni Mitchell? Powiedziałeś kiedyś, że najpierw byłeś fanem jej twórczości, a potem kolegą z zespołu. To prawda?

BB: Tak. Podobnie zresztą było z Wayne’em Shorterem. Pierwszą płytą, jaką dostałem w wieku siedemnastu lat, była „Hejira”, a drugą „Mingus”. Pamiętam, że otrzymałem je od przyjaciela. Słuchaliśmy ich w drodze do szkoły i kiedy jeździliśmy dookoła samochodem bez celu. Błyskawicznie stałem się jej fanem. Wiele lat później, ponownie dzięki pomocy mojego przyjaciela Daniela, poznałem Joni. Byliśmy wtedy w trasie w Los Angeles. Miałem wówczas okazję, by podziękować jej za wszystko, co zyskałem dzięki jej muzyce. Zaprosiła mnie do wspólnych nagrań. To kolejne wyróżnienie, jakie mnie spotkało. Ten muzyczny związek nie zaczął się jednak bezpośrednio przez muzykę. Po prostu Joni poczuła, że będę w stanie wnieść coś nowego do jej życia. To niezwykła kobieta i wspaniała artystka.

JF: Te dwie postaci są wielkim skarbem amerykańskiej muzyki. Nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, ale dostrzegam w nich wspólne cechy.

BB: Oboje mają bardzo przejrzystą wizję twórczości. To ich łączy i czyni wielkimi. Ponadto posiadają niewyczerpane zapasy nowych, świetnych pomysłów. Możliwość współpracy z nimi jest dla mnie wielkim zaszczytem i losem wygranym na loterii. Zaprosili mnie do swojego życia i pokazali mi tę magię. Uczyniło mnie to szczęśliwym człowiekiem. Poza tym są otwarci na tworzenie sztuki. Nigdy nie zaprzestali muzycznych poszukiwań, a odkrywanie sprawia im ogromną przyjemność.

JF: Czy cały czas utrzymujecie ze sobą kontakt?

BB: Oczywiście. Zresztą latem tego roku mamy zaplanowanych kilka koncertów składających hołd muzyce Joni Mitchell. Na pewno pojawi się na nich osobiście i być może nawet z nami zaśpiewa, ale to zależy już tylko od niej.

Rozmawiał:

Paweł Urbaniec


Zobacz również

Eryk Kulm

Jeden z naszych czołowych perkusistów jazzowych zmarł 3 listopada 2019 roku. Więcej >>>

Tadeusz Federowski – archiwalny wywiad

Z legendarnym perkusistą rozmawia Jerzy Bojanowski, Jazz Forum 2/1993 Więcej >>>

Grzegorz Grzyb atomowy

Archiwalny wywiad z perkusistą, który zginął tragicznie 23 lipca 2018 w wypadku na ulicy… Więcej >>>

Eryk, syn Eryka

Z wybitnym perkusistą Erykiem Kulmem rozmawia Marek Gaszyński. Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu