Listy
Jan Bang, Arve Henriksen, Eric Honoré
fot. Edgar de Poray

Burza wokół Henriksena

Monika Okrój, Natalia Adamczyk, JF


W numerze JF 10-11/2010 opublikowaliśmy recenzję Moniki Okrój z koncertu norweskiego tria Arve Henriksen, Jan Bang & Jono El Grande, jaki miał miejsce w ramach wrocławskiego festiwalu Avant Art Festival 2010. Recenzja ta wzbudziła zainteresowanie, ale i krytyczne uwagi ze strony jednej z naszych Czytelniczek, Natalii Adamczak, która nadesłała do redakcji list.

Poniżej zamieszczamy kolejno: oryginalny tekst recenzji Moniki Okrój (JF 10-11/2010, str. 25), list Natalii Adamczak, sprostowanie od Redakcji, oraz odpowiedź Autorki:

ARVE HENRIKSEN, JAN BANG & JONO EL GRANDE
To był koncert idealnie wpisujący się w czasoprzestrzeń wrocławskiego Avant Art Festival – Norwegia. Arve Henriksen wystąpił w drugim dniu festiwalu, 26 września, pośród artystów reprezentujących wszelkie niekonwencjonalne nurty w muzyce i sztuce na gruncie spektakli teatralnych, tanecznych, instalacji, performance’ów  oraz koncertów. Wspólnym mianownikiem podczas trzeciej edycji festiwalu była Norwegia, skąd pochodziła większość występujących artystów, a także nieograniczoność środków wykonawczych, dzięki czemu granice w muzyce się zacierają.

Czy muzyka Arve Henriksena jest awangardowa? Próbowałam dotrzeć do tego w maksymalnym skupieniu wybierając miejsce tuż za akustykiem w sali CS Impart. Trzech mężczyzn, trąbka, elektronika i światło. Jan Bang, Jono El Grande, a pośrodku nich, nieco przykucnięty Arve Henriksen. Każdy  przynajmniej po jednym świecącym „jabłuszku” podłączonym zwojem kabli do wszystkiego, co tylko zbiera i przetwarza dźwięk. Pora koncertu dość późna, ludzie długo się kręcili i gdzieś tam z tyłu słyszałam szepczące głosy, a nawet otwieranie puszki. Wreszcie się udało odciąć od świata autentycznego i ponieść muzyce nawet bez zamykania oczu, trochę dzięki temu, że muzycy zagrali wszystko longiem.

Arve Henriksen wprawdzie nie gra wiele, skala czasem ogranicza się do małego interwału i powtarzania dźwięków. To, co u niego „gra”, to barwa i niesamowicie miękkie zadęcie imitujące sposób gry na flecie, czasem oboju. Po długim wprowadzeniu w nastrój, do głosu dochodzą DJ-e i bardzo, bardzo dyskretnie nakładają kolejne warstwy dźwięków. Nie słychać wyraźnego rytmu, a sporadycznie pojawia jakiś wewnętrzny puls. Jest natomiast konsekwencja i fraza, które muzycy budują w intuicyjnym porozumieniu i słuchacz za tym podąża. Pojawia się beat-box Henriksena wykonany na ustniku jednej z dwóch jego trąbek. Wspaniały efekt zbliżającego się i oddalającego pociągu po mistrzowsku opracowany przez jednego z DJ-ów.

Gdzieś pomiędzy planami przestrzennych i nastrojowych dźwięków słyszę jednoznaczną groteskę, jakby imitację pokracznych ruchów marionetki wyrażoną samplami nierównych uderzeń wibrafonu, a potem niewystrojone dzwonki, których dźwięk wybrzmiewa długo i nieznośnie. Rytm, owszem, pojawił się znacząco i od razu nasunęło mi się skojarzenie z afrykańskimi bębnami, a potem ewoluując zahaczył o tradycje reggae, aż w końcu całkowicie przypominał podkład do utworu Karmacoma Massive Attack. Bardzo cienka granica utworzyła się między dźwiękami naturalnymi a syntetycznymi, wszystkie bowiem tworzyły jedno spoiwo. Było natomiast coś, co rozrywało ten organizm i stało ponad. Śpiew Arve Henriksena – smutny, głęboki, rozdzierający, w tradycji świata tego bliskiego i dalszego, wielokolorowego Wschodu. Skupienie było ogromne, cisza na sali do wybrzmienia ostatnich dźwięków i jeszcze dłużej.

Awangarda? Norweski trębacz „inspirujący się brzmieniem japońskiego fletu shakuhachi”? Gra z DJ-ami? Maluje pejzaże dźwiękiem? Eksperymentuje z brzmieniem? Nie gra jazzu tradycyjnego? Śpiewa falsetem? Choćby nie wiem co, pozostawię ten koncert bez kategorii, poza szufladami z etykietką. Tak jak wszystkie pozostałe wydarzenia Avant Art Festival 2010.

Monika Okrój


 

Szanowna Redakcjo,


Z wielką radością rozpoczynałam czytanie recenzji z koncertu Arve Henriksena i Jana Banga (JF 10-11/2010), jaki miał miejsce we Wrocławiu podczas norweskiej edycji Avant Art Festival, gdyż sama miałam okazję być świadkiem tego wspaniałego występu.

Niestety nie piszę tego listu z wdzięczności za opublikowany tekst. Bardzo szybko, bo już po pierwszym zdaniu, moja radość zamieniła się w wielkie zdziwienie, a następnie rozczarowanie recenzją autorstwa p. Moniki Okrój.

Nie wiem, czy organizatorzy festiwalu dotarli do tej publikacji i czy ją skorygowali. Nawet jeśli tak, chciałam się jako czytelnik Jazz Forum, fan Arve Henriksena i życzliwy obserwator poczynań Avant Art Festivalu upomnieć się o rzetelność dziennikarską i poziom tekstów publikowanych na łamach opiniotwórczego miesięcznika i prosić o oficjalne sprostowanie poważnych błędów, jakie zawiera wspomniana recenzja (mając cichą nadzieję, że nie jestem odosobnionym głosem w tej sprawie i że już ktoś się odezwał z podobnymi refleksjami).

Z przykrością bowiem muszę zauważyć, że tekst ten można stanowi niezłą „gafę” dziennikarską oraz świadectwo ignorancji autorki wobec artystów oraz – po części - festiwalu. To, co w nim napisała, świadczy głównie o tym, że w koncercie (a raczej koncertach – o tym jeszcze niżej) uczestniczyła połowicznie i dość powierzchownie. Do samego tekstu zaś siadła bez jakiejkolwiek lektury programu czy zweryfikowania podstawowych informacji o artystach, choćby w Internecie.

Nie chodzi tu oczywiście o takie szczegóły, jak słaba znajomość muzyki Henriksena – nie czepiam się tego, że nie ma tu słowa o tym jaki materiał zabrzmiał podczas koncertu. Nie wszyscy przecież muszą znać tytuły płyt i poszczególne utwory na pamięć, a recenzja może przecież być pisana z perspektywy „pierwszego kontaktu” i takie teksty bywają niekiedy cenniejsze, niż te pisane z rozległą wiedzą o dyskografii i biografii danego artysty. Chodzi tu raczej o jakąś przyzwoitość – o podstawy dziennikarskiej rzetelności i warsztatu..

W tekście bowiem czytamy o tym, że Henriksen wystąpił z Janem Bangiem i Jono El Grande, co jest kompletną bzdurą!! Na dodatek nad tekstem zamieszczono zdjęcie (bez autora!), na którym ewidentnie widać, że Jono El Grande tam nie ma!

W zapowiedziach i w programie faktycznie widniał tylko duet Arve Henriksen & Jan Bang, więc pojawienie się na scenie trzech artystów mogło nieco zdezorientować,  zwłaszcza, że w materiałach promocyjnych nie było o „tym trzecim” informacji. Prawdą jest też to, że koncert Henriksena wymagał skupienia i przenosił w inny wymiar, tak że można było zapomnieć o wielu rzeczach. Jednak mimo wszystko, będąc na koncercie nie tylko jako słuchacz, ale i recenzent, warto byłoby zapamiętać/zanotować nazwiska muzyków, zwłaszcza, że Arve Henriksen przedstawił wszystkich na koniec.

Gdyby był to jedyny koncert tego wieczoru, nic wielkiego by się nawet nie stało – ot, zwykła pomyłka w nazwisku, zamiast Erica Honoré – Jono El Grande. Zdarza się najlepszym... Jednak w tym przypadku jednak pomyłka jest to straszna, ponieważ sylwetkę Jono El Grande  można było znaleźć bez problemu w programie Avant Art, a z niego zaś jasno wynikało, że po pierwsze Jono reprezentuje ZUPEŁNIE INNĄ propozycję artystyczną, niż Henriksen, a po drugie (i to już widniało na WSZYSTKICH informacjach: na biletach, w programie i na stronie www organizatora) – Jono El Grande wraz ze swym  ze swym zespołem dał OSOBNY koncert, PRZED Arve Henriksenem. Nawiasem mówiąc, był to niezły zgrzyt stylistyczny, mam nadzieję, że świadomie i przewrotnie zaplanowany przez organizatorów.

Efekt kontrastu muzyki Jono El Grande, którego głośny i groteskowy występ oscylował pomiędzy rockiem, jazzem, metalem, muzyką poważną i happeningiem, a bardzo skupioną, introwertyczną i wymagającą wiele od słuchacza muzyką Henriksena, był wręcz porażający, ale w sumie stanowił ciekawe (choć dość szokujące) doświadczenie.
  
Tak mocne uderzenie na początek umieszcza następujący po nim koncert w zupełnie innym kontekście i ten zabieg żadnemu rzeczywiście obecnemu na obu koncertach recenzentowi nie umknąłby za nic w świecie. Nie mówiąc już o pomyleniu bardzo mocnej i oryginalnej osobowości Jono El Grande z kim innym... Stąd moje domniemania o wątpliwym uczestnictwie autorki tekstu w koncertach, zaplanowanych przez Avant Art jako jedno spójne wydarzenie (przy całej swej cudownej niespójności).

Ta fatalna pomyłka niestety odkrywa bezlitośnie, że autorka przed napisaniem tekstu nie przejrzała nawet materiałów festiwalowych, dotyczących każdego z artystów, dziecinnie prostych do znalezienia w sieci czy na ulotkach dostępnych przed i po koncercie. Na stronie festiwalowej każdy z muzyków, także Jono El Grande oraz duet Henriksen & Bang, ma osobną zakładkę z opisem i próbkami muzycznymi. Jedynym utrudnieniem było odgadnięcie godności ERICA HONORÉ – drugiego „laptopowca” z koncertu Henriksena. Faktycznie nie widnieje on w materiałach promocyjnych, ale został on przedstawiony na koniec występu, poza tym jest też integralnym twórcą brzmienia np. Cartography, ostatniej płyty Henriksena i można do niego dojść tym tropem, przy odrobinie wysiłku i chęci.
Nie wspomnę też o tym, że w sieci dostępne są także rejestracje video obu koncertów, na podstawie których można było uzupełnić pewne braki, czy odświeżyć wrażenia….

Pozwolę sobie wyrazić też przy okazji lekkie rozczarowanie dość powierzchowną interpretacją muzyki norweskiego duetu (tria). Szkoda, że tak się stało, ponieważ była to dobra okazja do rozważań na temat tego, w którą stronę jazz może poprowadzić w przyszłości, czym staje się elektronika, jak ma się to do zagadnienia improwizacji, itd.

Autorka zaznacza, że „pozostawia koncert bez kategorii”, i w sumie, w ostatecznym rozrachunku czytelnik odnosi wrażenie, że chyba nie do końca jest to dobre. Najwidoczniej kategoria i etykietka ma tu nadrzędne znaczenie i bez tego nie można koncertu zaliczyć do fajnych i udanych. Czy rzeczywiście to, co nowe i tym samym trudniej opisywalne (bo nie ma tu jeszcze żadnego wypracowanego „paradygmatu”), należy w  niesprawiedliwy sposób spychać na boczny tor, jako ciekawostkę, w rejony „dla koneserów” i nie przyłożyć się do ich opisu, by przybliżyć nieco czy zachęcić do ich poznania? Nie do końca się z tym zgadzam.

Poza tym wielka szkoda, że recenzja skupiła się na trębaczu, opisując szczegółowo jego specyficzne zadęcie i to, że „nie gra wiele, skalę czasem ogranicza do małego interwału”, nie dodając w tym miejscu, że robi to specjalnie, po to by naśladować brzmienie japońskiego fletu shakhuhachi, który właśnie do małego interwału się ogranicza. Skale, po których się porusza Henriksen są bardzo konkretne i świadomie wybrane właśnie z tego powodu. Czytelnik, który o tym nie wie i Henriksena nie zna, mógłby sobie bez takiej informacji pomyśleć, że to po prostu słaby trębacz, co prawdą nie jest. Poza tym, o koncercie można napisać by wiele, ale na pewno nie to, że zapowiadał się na popis wirtuoza trąbki, który zaprezentuje wielce oryginalne interpretacje standardów jazzowych i wielominutowe solówki, zatem opisywanie jego techniki gry nie do końca wyczerpuje temat fenomenu norweskiego trębacza.

Zabrakło też informacji, że muzyka Jana Banga nie była jedynie tłem, syntetycznym powielaniem brzmień trąbki, „pejzażem muzycznym”. Nie ma tu ani jednego zdania o tym, jak znakomicie Bang wykorzystał swoje „świecące jabłuszka” i „zwoje kabli” do stworzenia muzyki improwizowanej na najwyższym poziomie, poza docenieniem efektu oddalającego się pociągu w kompozycji Sorrow and Its Opposite. A szkoda, ponieważ Bang miał momenty, które można by określić wspaniałymi partiami solowymi. Bang był też prostszy do opisania, bo w pełni „szufladkowalny” – zaprezentował po prostu muzykę elektroniczną na bardzo wysokim poziomie i zadziwiająco „jazzową”.

Na koniec dodam, że przykro mi, iż propozycje Avant Artu docenić może tylko część publiczności, i że opublikowana w JF recenzja tylko tę smutną prawdę potwierdza. Festiwalowi należą się nie tylko przeprosiny za omyłkowy tekst, ale i wielkie podziękowanie za to, że ma odwagę trzymać rękę na pulsie i idąc tropem pierwotnego znaczenia słowa „awangarda”, prezentuje różne odmiany muzyki nowoczesnej, wyprowadzając tym bez litości i kompromisów polskiego słuchacza z muzycznego zaścianka. Inna sprawa, że spotyka się to ze zróżnicowanym odbiorem, ale może to kwestia czasu – myślę, że Avant Art wychowa sobie po prostu  swoją publikę.

Póki co – pospolitość skrzeczy, bowiem „cisza na sali do wybrzmienia ostatnich dźwięków a nawet dłużej”, jak czytamy w recenzji, wcale nie była ciszą absolutną i pełną skupienia. Doświadczyłam tego osobiście, musząc podczas koncertu wraz z innymi słuchaczami wielokrotnie upominać pewną panią w wieku dojrzałym (podkreślam to, bo zazwyczaj zachowują się tak gimnazjaliści), która nie mogła powstrzymać swojego rozbawienia i dosłownie wyła ze śmiechu…. Najwidoczniej pani ta nie była w stanie skupić się na koncercie, muzyce oraz przyjąć inaczej, niż z prostackim rechotem, ekspresji Jana Banga (także tej ruchowej), czy też falsetu Henriksena. Wychodząc z koncertu i odganiając od siebie wrażenie nieprzyjemnego zgrzytu, przekonana byłam, że na jednej małej „wtopie” ze strony festiwalowej publiki się zakończy... Z przykrością stwierdzam, że się myliłam.

Z pozdrowieniami,
Natalia Adamczyk



SPROSTOWANIE
W recenzji koncertu Arve Henriksen i Jana Banga podczas Avant Art Festival (JF 10-11/2010) zaszła pomyłka – w triu z norweskim trębaczem nie zagrał Jono El Grande, lecz Erik Honoré. Ponadto autorem zdjęcia jest Edgar de Poray – za nieumieszczenie tej informacji bardzo przepraszamy.
Redakcja



ODPOWIEDŹ AUTORKI

Szanowna Pani,
Bardzo dziękuję za zwrócenie uwagi na istotny błąd rzeczowy, jakiego się dopuściłam. Wyszło zabawnie, jeśli czytelnik-znawca zestawi ze sobą nazwiska Arve Henriksena i Jono El Grande, i wyobrazi sobie ostateczny efekt brzmieniowy tej kompilacji. Czytając jednak dalej, podążając za moją narracją, trudno nawet pomyśleć, że przejrzysta muzyka  norweskiego trębacza mogłaby być kontrapunktowana przy pomocy owych mocnych uderzeń.

Pisząc relacje nie oczekuję od nikogo wdzięczności, a znając różnorodność muzycznej percepcji ogółu słuchaczy, zdaję sobie sprawę, że każdy będzie interpretował po swojemu, przez pryzmat własnego doświadczenia i jakiś indywidualny filtr.

Moje pośrednictwo też jest już pewnym subiektywnym przekazem, którym dzielę się z Czytelnikiem JAZZ FORUM. Czytelnik naszego magazynu jest jednak na tyle inteligentny, że „ograniczanie gry trębacza do małego interwału” nie odczyta jako ewidentny brak warsztatowy, natomiast skojarzenie jego stylu gry z nawiązaniem do muzyki Wschodu jest dziecinnie proste, kiedy przeczyta się tekst  całościowo, z uwzględnieniem konkluzji. Proszę także zważyć na to, iż jazz już od dziesięcioleci rozwija się wielotorowo, a oczekiwanie od każdego zespołu zahaczającego o jazz „popisowych interpretacji standardów jazzowych” jest nonsensem.

Cała ta sytuacja i zarzuty mi postawione wynikają z niezrozumienia zamysłu krótkiej relacji i  doszukiwania się w niej indywidualnych wrażeń. Mój tekst to osobista impresja z koncertu i jest w pełni skończona. Potwierdza się natomiast przeświadczenie, że punkt widzenia – w tym przypadku słyszenia – zależy od punktu siedzenia i nie tylko chodzi mi tu o owe zakłócenia, których na szczęście nie byłam odbiorcą. Normatywne podejście do przekazywania „danych” z koncertu nie jest po prostu w moim stylu, a „omyłkowe” prostowanie mojej relacji traktuję jako racjonalizującą „wtopę” w sprawie delikatnej i subiektywnej esencji muzycznej.

A wszystko to niewidzialna ręka, która przestroiła struny, aby zabrzmiał głos świata.

Monika Okrój


 


Zobacz również

Potrójny błąd

Inny reżyser, inny kompozytor, inny film Więcej >>>

Sprostowanie

Wkradły się błędy do Jazz Forum 12/2018 oraz 1-2/2019 Więcej >>>

Sprostowanie

Do wywiadu z Branfordem Marsalisem wkradły się błędy (12/2015 Jazz Forum). Więcej >>>

To już 50 lat

Mój Boże. To już 50 lat. Sam jestem czytelnikiem JAZZ FORUM od ponad 40… Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu