Wywiady

fot. Filip Błażejowski

Opublikowany w grudniowym JAZZ FORUM z 2016 roku.

CHARLES LLOYD: pół wieku później

Paweł Brodowski


Sensacyjny koncert Charlesa Lloyda na Jazz Jamboree ’67 był prawdziwym objawieniem, wpisał się jako jedno z największych wydarzeń w historii tego festiwalu. W Kwartecie legendarnego saksofonisty grali Keith Jarrett i Jack DeJohnette, natchnienie, wirtuozeria, jaką prezentowali, stopień zespołowego porozumienia wydawały się niedoścignione. Fani jazzu, ale także i rocka, wyrywali sobie płyty „Dream Weaver” i „Forest Flower”, które królowały na listach bestsellerów. Emocje tamtego koncertu wspominane są do dziś.

Dziwne, że musiało upłynąć prawie pół wieku, by legendarny saksofonista tu powrócił, tym razem jako gość Tria Marcina Wasilewskiego na koncercie w Teatrze Roma (patrz recenzja na str. 18).

Dzień wcześniej odbyła się, z udziałem Lloyda i jego żony, Dorothy Darr, projekcja w kinie Atlantic fascynującego dokumentu o jego życiu i twórczości „Arrows Into Infinity”, a tuż przedtem miała miejsce w hotelu Victoria ta nasza długa rozmowa. Na początku spotkania pokazałem Lloydowi dawny numer miesięcznika „Jazz” z recenzją jego koncertu w 1967 roku. Mistrz był mile zaskoczony.

Oto fragment tej recenzji:

Piątek, 13.X. Sala Kongresowa

I wreszcie – największe chyba wydarzenie festiwalu, występ KWARTETU CHARLESA LLOYDA z fenomenalnymi wprost muzykami: Keithem Jarrettem (p), Ronem McClure (b) i Jackiem DeJohnette’em (dr). Długo będziemy pamiętać wspaniałą grę perkusisty, dysponującego absolutnym chyba poczuciem rytmu; pianisty, który swoją nieludzką niemal wrażliwość na barwy zamienił w najczystszej próby muzykę; basisty, dzięki któremu na nowo odkryliśmy uroki jego instrumentu, oraz samego mistrza, który w grze na flecie altowym i saksofonie tenorowym wzniósł się chyba na najwyższy poziom. (…) W grze Ch. Lloyda stapiają się najlepsze tradycje jazzowe (od Lestera Younga do Rollinsa i Coltrane’a) z osiągnięciami współczesnego języka muzycznego. Filozoficzne przesłanki są źródłem jego zainteresowań muzyką Wschodu, a także folklorem murzyńskim. Lloyd gra free jazz, ale idea absolutnej wolności muzycznej sięga w jego koncertach twórczych tak daleko, że nie można określić prawie nigdy, co będzie grał za chwilę. To, co gra, jest jednak przesączone przez filtr intelektu, dzięki czemu, mimo swej spontaniczności, nosi piętno doskonałego, skończonego dzieła muzycznego. Muzyka zda się być jego filozofią i jedynym posłannictwem, dlatego też robi takie wrażenie na każdej publiczności. Dowodem mogą być entuzjastyczne echa jego występów w Tallinie i Pradze.”

(Janusz Wolski, Jazz, 12/1967)

JAZZ FORUM: Nie da się ukryć, że to Twoja dopiero druga wizyta w naszym mieście. Czekaliśmy prawie 50 lat. Poprzednio grałeś tu na Jazz Jamboree w 1967 roku.

CHARLES LLOYD: Dlaczego nie zapraszaliście mnie? Może nie grałem zbyt dobrze? Pamiętam jak przez mgłę, sytuacja wyglądała z ludzkiego punktu widzenia nader boleśnie, mieliście opresyjny system, ale przyjęcie nam zgotowaliście burzliwe, pamiętam to uczucie.

JF: Miałeś wiele koncertów w Europie, wszystkie są wspominane do dziś, po niektórych pozostały nagrania. Jednym z ważniejszych, a może najważniejszy był koncert w Tallinie, była to przecież pierwsza festiwalowa wizyta amerykańskich muzyków z samego topu, wielokrotnie opisywana, również na naszych łamach.

ChL: Tamtą wizytę pamiętam doskonale. Jeden z tych ludzi zmarł kilka dni temu, Valter Ojakäär, bardzo miły gość. Zapraszano nas tam ponownie kilka razy, wręczono mi medal honorowy Estonii.

JF: 1967 to był bardzo szczególny rok w historii muzyki, zwłaszcza rock and rollowej – „Summer of Love”. Nie miałeś jeszcze 30 lat, byłeś muzykiem jazzowym, który jedną nogą stał w rocku, tzw. muzyce psychodelicznej.

ChL: To były lata burzliwe. Ta cała scena rockandrollowa w San Francisco, te zespoły na Zachodnim Wybrzeżu – Grateful Dead, Jefferson Airplane, Steve Miller Band. Występowaliśmy z nimi na koncertach w Fillmore West i Fillmore East. Czasami grałem gościnnie w pewnych sytuacjach. To byli fani mojej muzyki, tak jak ci chłopcy z Anglii – The Rolling Stones, The Beatles. Słuchali naszej muzyki z Południa.

Kiedy zostałem zaproszony, by zagrać w Fillmore, graliśmy własną muzykę, a oni grali swoją. Graliśmy to, co zawsze graliśmy. Wszystkie te zespoły chciały być na afiszu z nami. To było inne, ale też popularne. Publiczność to uwielbiała. To był czas, gdy linie podziałów się zamazywały, radiostacje FM miały swobodny format, nadawały naszą muzykę i grały muzykę Grateful Dead, Howlin’ Wolfa, tego rodzaju rzeczy. I mogłem być doceniony za to, co robiłem. Kiedy po raz pierwszy graliśmy w Fillmore, Santana był tuż pod sceną i wykrzykiwał „Free the people, Charles! Uwolnij ludzi!” On to pamięta, i zawsze mi przypomina, kiedy się tylko spotkamy.

Wychowałem się na Południu, w Memphis. Grałem z takimi gośćmi jak Howlin’ Wolf, Junior Parker, Johnny Ace, Bobby „Blue” Bland, B.B. King, Rufus Thomas i Willie Mitchell. Ich muzyka nie była mi obca. A kiedy pomyślisz o takich ludziach jak Howlin’ Wolf – on jest źródłem dużej części tej muzyki. Wychowałem się na rhythm and bluesie. Graliśmy na Południu, wyjeżdżaliśmy za miasto, gdzieś na łące stała stara szkoła, zamieniano ją na tancbudę, robili piknik i barbecue, na tyłach uprawiano hazard. Heavy stuff!

Jeden z pierwszych takich jobów miałem w zespole gościa nazwiskiem Roscoe Garden. To było w Arkansaw – Memphis leży na granicy stanów Missisipi i Arkansas. „Możesz spieprzyć każdą piosenkę, ale nie wolno ci spieprzyć Peaches, bo to mój sztandarowy temat!” – ostrzegł mnie. Nie wiedziałem, o czym mówi. Graliśmy przez dwie i pół godziny i nastała przerwa. Schowałem się w samochodzie, bo był to wielki i groźny człowiek. Ale mnie odnalazł, złapał i uściskał. I powiedział: „Zagrałeś Peaches lepiej niż ktokolwiek”. Nie wiedziałem nawet o którym utworze mówił. Byłem tak przerażony. Miałem różne doświadczenia.

Mieliśmy w Memphis geniuszów, jak Phineas Newborn, Jr.; Willie Mitchell. A z mojego pokolenia byli Booker Little, Harold Mabern, Frank Strozier, George Coleman. Graliśmy przez cały czas, ale większość grań to był rhythm and blues. Czasami nagrywaliśmy dla wytwórni Sun Records, która angażowała dęciaki. Willie Mitchell, który później pracował jako producent Ala Greena, był motorem wielu tych zdarzeń. Grałem z nim przez dwa i pół roku, kiedy jeszcze chodziłem do szkoły. Byłem szczęściarzem.

Grałem całe życie, od kiedy miałem 9 czy 10 lat. Grałem we wszystkich tych klubach i spelunkach czarnej muzyki, graliśmy też teatry od rana do północy. Dzisiaj nie można zdobyć takiego doświadczenia. Kiedyś pojechałem na trasę z McCoy Tynerem i McCoy mówi: „Kiedy zaczynaliśmy, musieliśmy piec ciasto, a dzisiaj dzieciaki wypadają z pudełka”. Staliśmy na estradzie co wieczór, graliśmy jazz i bluesa.

JF: Kiedy w połowie lat 50. przeniosłeś się z Memphis do Kalifornii, poznałeś takich muzyków jak Don Cherry i Billy Higgins. Oni też mieli rhythm and bluesowy background.

ChL: Absolutnie, Billy Higgins grał z Jimmym Witherspoonem. Ornette Coleman też grał w zespołach rhythm and bluesowych. Z niektórych zespołów go wyrzucano, zresztą mnie też. W Kalifornii chodziłem do college’u. Jamowaliśmy. Grałem z Donem Cherrym, Billym Higginsem, Scottem LaFaro i wieloma innymi muzykami. Obroniłem dyplom w 1960 roku.

Był tam piękny człowiek, Buddy Colette – wielki saksofonista, klarnecista i flecista. Miał dużo pracy studyjnej i często, gdy nie mógł zagrać koncertu, wysyłał mnie w swoim zastępstwie. To z jego rekomendacji znalazłem się w zespole Chico Hamiltona, gdy od niego odszedł Eric Dolphy. Chico zadzwonił do Buddy’ego i powiedział: „Jesteś mi potrzebny, bo Dolphy przyłączył się do Mingusa”. Buddy odrzekł: „Nie mogę przyjechać, ale mam człowieka, który będzie ci odpowiadał”. Pojechałem na trasę z Chico Hamiltonem i zostałem z nim przez trzy i pół roku.

Potem przez dwa lata grałem z Cannonballem Adderleyem, przyszedłem na miejsce Yusefa Lateefa. Ten sekstet tworzyli: Cannonball, jego brat Nat, Joe Zawinul, Sam Jones i Louis Hayes, Graliśmy Jive Samba, Work Song – tego typu rzeczy, ale Cannonball był także zainteresowany moim materiałem. Joe Zawinul z Wiednia był naprawdę wielkim muzykiem.

JF: Których saksofonistów ceniłeś wtedy najbardziej?

ChL: Ci, których lubiłem szczególnie, to Lester Young, Ben Webster, Charlie Parker, John Coltrane, Sonny Rollins. Ornette był moim przyjacielem. Przyjaźniłem się też z Coltrane’em, nie grałem z nim na scenie, ale razem ćwiczyliśmy, bardzo komplementował moją grę. Ale gdy nabrała rozpędu jego kariera, ja grałem z Cannonballem. Odwiedzaliśmy się czasem. Kiedy przyłączyłem się do Cannonballa w 1964 roku, Coltrane przyszedł na nasz koncert w Filadelfii. Patrzę, a przede mną tuż pod estradą siedzi Coltrane! O rety! Czułem się jak na egzaminie!

JF: Coltrane stał się ważną częścią Twojego brzmienia. Jesteś jednym z jego spadkobierców.

ChL: Musisz zrozumieć, że każdy skądś pochodzi. Kiedy słuchasz Coltrane’a, słyszysz Dextera Gordona. Każdy stoi na barkach swoich poprzedników. Ale mnie szczególnie wzruszał Charlie Parker. Coltrane był geniuszem i pięknym, uduchowionym człowiekiem. Wchłonął całą tradycję, grał w zespołach rhythm and bluesowych, grał w big bandach, ale miał w sobie też wielką duchowość. To właśnie mnie tak fascynowało. Ja też to miałem zawsze w swojej muzyce, tradycję afroamerykańską i rdzennych Amerykanów.

JF: Kiedy Twoja gwiazda zaczęła wschodzić, gwiazda Coltrane’a nagle zgasła. Odszedł, pozostawiając za sobą pustkę, której do dziś chyba nikt nie wypełnił.

ChL: Ogarnął mnie smutek, razem z Ornette’em poszliśmy na jego pogrzeb. Ornette i Albert Ayler grali na tej uroczystości. Coltrane wypalił się szybko niczym kometa, która pojawiła się na niebie i znikła. On był samą muzyką. Miał piękny sound i wspaniałą koncepcję.

JF: Byłeś w samym środku tych wydarzeń, obok Coltrane’a, Adderleya. Miles też był bardzo blisko, przecież muzycy Milesa, m.in. Ron Carter i Tony Williams, grali w Twoim zespole.

ChL: Miles chciał mnie wciągnąć do swojego zespołu. Grał u niego wtedy na saksofonie Sam Rivers i Miles mówi: „Będziemy występować w Birdland, może byś wpadł i zagrał z nami”. Odpowiedziałem: „Sam Rivers jest wielki, a ja właśnie zacząłem grać z Cannonballem, muszę być lojalny”.

Miles miał trudną osobowość. Czasem odwiedzałem go w jego domu, a on przychodził do mnie. Zawsze próbował przejąć moich muzyków. W końcu mu się udało. Pierwszego zabrał Cecila McBee, ale go szybko odesłał, potem poszli do niego Jack DeJohnette i Keith Jarrett.

JF: Miałeś fenomenalny kwartet z młodymi muzykami, których rozpierała energia. Jak Ci się udawało zapanować nad tym żywiołem?

ChL: Ja też byłem wtedy młodym muzykiem, byłem o cztery lata starszy od Jacka, sześć lat od Keitha. Byłem szczęśliwy, że mogli u mnie rozpostrzeć skrzydła, odlatywałem razem z nimi, pomagaliśmy sobie wzajemnie, byliśmy na tej samej fali. Ja też byłem marzycielem. To przecież muzyka wolności i zachwytu. Było to coś specjalnego. Graliśmy ze sobą około trzech lat. Byliśmy ekspansywni, pokryliśmy razem wielkie terytorium. Szybko się rozwijaliśmy. A potem się rozeszliśmy.

Musisz zrozumieć, że graliśmy wtedy wyczerpujące trasy codziennie przez cały rok. Mieliśmy sześć czy siedem długich tras w Europie, występowaliśmy na Dalekim Wschodzie, w USA graliśmy w college’ach, w Fillmore West i Fillmore East. Rok 1969. Nie wytrzymywałem tej intensywności, faszerowałem się różnymi dragami i to uzależnienie zaczęło przeszkadzać mi w mojej pracy.

Kiedy wróciliśmy z Moskwy, Leningradu i Tallina, mieliśmy wystąpić w amerykańskiej telewizji, w Ed Sullivan Show, ale oni powiedzieli: „Nie! Nie puszczajmy go, on jest zbyt polityczny, nie potrafi się zachować, nie jest uległy”. Wtedy pomyślałem: nadszedł czas, żeby się z tego wycofać, więc wycofałem się, by doładować baterie.

Mieszkałem w Nowym Jorku – w Greenwich Village i powróciłem na Zachodnie Wybrzeże – tam, gdzie chodziłem do college’u, i próbowałem odzyskać zdrowie. Stałem się odludkiem, samotnikiem, musiałem odnaleźć drogę powrotu. Ukryłem się w Big Sur. Mieszkałem nad oceanem, moi najbliżsi sąsiedzi byli oddaleni o półtorej mili, z każdej strony.

JF: Pamiętam artykuł Leonarda Feathera, który miał dramatyczny tytuł: „Co się dzieje z Charlesem Lloydem?” Wszyscy o to pytali, wszyscy chcieli wiedzieć. To była nieprawdopodobna historia sama w sobie: oto muzyk, który jest na samym topie, u szczytu sławy, nagle znika i żyje gdzieś na odludziu, w ukryciu.

ChL: Pewnego razu byliśmy w Hong Kongu, graliśmy tam duże festiwale i ktoś tam spytał naszego managera, George’a Avakiana, jakie ma dla mnie plany. A on odpowiedział, że chciałby, by wydano znaczki pocztowe z moim wizerunkiem. Musisz wiedzieć, że aby się znaleźć na znaczkach poczty amerykańskiej, trzeba najpierw umrzeć. Avakian był o 20 lat starszy ode mnie i mówił o mnie jak o kimś martwym! Powiedziałem sobie: muszę stąd spadać! Zaszyłem się w lasach.

Ja jestem z natury muzykiem, a nie produktem, mydłem, czy czymś w tym rodzaju, a moja wytwórnia płytowa chciała mnie traktować jako produkt. Nie na tym ta muzyka polega, Dla mnie jest to muzyka wolności, radości, oczarowania, zachwytu i poszukiwań.

Miałem niepowodzenia i miałem sukcesy, ale te sukcesy nie komponowały się z moim duchem. Jak mogę ci służyć, jeśli nie czuję się dobrze. Wziąłem to do serca. Wycofałem się. Ale przecież jestem tutaj!

JF: Planowałeś swój powrót, czy może powiedziałeś sobie: wycofuję się na dobre.

ChL: Musiałem najpierw odzyskać zdrowie. Nie wiedziałem, ile to potrwa. To tak jak przy zamiataniu podłogi: zamiatasz, a kurz i tak się unosi, najważniejsze jest samo zamiatanie, więc zamiatałem. Narkotyk aplauzu jest bardzo silny, ale w pewnym momencie musisz spojrzeć w lustro swych ułomności, a potem stanąć na nogi. Moje anioły i bóstwa zawsze były w pobliżu.

Pewnego dnia zjawił się ten mały człowiek – Michel Petrucciani z Francji. Miał 18 lat, był jeszcze dzieckiem. Odnalazł moją kryjówkę. Miał wrodzoną chorobę łamliwości kości (glass bone disease). Nie było mnie akurat wtedy w domu. Zadzwoniła do mnie żona i u usłyszałem w tle muzykę, on grał na moim Steinwayu. „Co tam się dzieje?” – spytałem. Jezu, ten mały chłopak tak gra? Wskoczyłem do samochodu, byłem 200 mil od domu, w Santa Barbara, wróciłem do Big Sur. Wyjąłem saksofon i zacząłem grać. Graliśmy przez całą noc i cały dzień. Zdałem sobie sprawę, że starsi ludzie zawsze mi pomagali, więc postanowiłem mu pomóc. Wziąłem go na koncerty na całym świecie przez parę lat, by dać mu start.

A potem znowu wróciłem do swojej kryjówki. Wtedy zachorowałem, miałem krwotok wewnętrzny, wycięto mi moje wnętrzności. Byłem na łożu śmierci. Doktorzy powiedzieli mi, że pozostało mi tylko 11 godzin życia. Ale jakimś cudem zostałem uratowany. Od tamtej pory postanowiłem, że swoją muzykę będę dedykować dziedzictwu, z którego się wywodzę.

JF: Utworzyłeś zespół z muzykami skandynawskimi: Bobo Stensonem, Palle Danielssonem i Jonem Christensenem.

CHL: Przed laty dużo grałem w Skandynawii, oni mieli wtedy po kilkanaście lat i przychodzili na moje koncerty. Zasiałem wtedy ziarno. Bobo zawsze przychodził mnie posłuchać, wiedziałem, jak bardzo chciał ze mną grać. Michelle powiedział mi o Palle Danielssonie, wielkim basiście. Nagraliśmy pierwszą płytę dla ECM, dałem jej tytuł „Fish Out Of Water”. Tak się właśnie czułem, jak ryba bez wody. Jestem na tym świecie, ale nie z tego świata. Politycy rzucają w siebie kamieniami od tysięcy lat. I popatrz, co się teraz dzieje, jest coraz gorzej, ci goście nigdy nie byli moimi bohaterami, moim wzorem.

JF: Na przestrzeni lat nagrałeś dla ECM całą serię płyt. Które są Twoje ulubione?

CHL: One wszystkie są dla mnie szczególne. To moje dzieci. Zacząłem od albumu „Fish Out Of Water”, każda następna była specjalna. Byłem samotnikiem. Wszedłem do studia w Oslo, przy konsolecie siedział Jan Erik Kongshaug, miałem wielkie łzy w oczach po tych wszystkich latach ciszy.

Kolejne płyty to m.in.: „The Water Is Wide”, „Notes From Big Sur”, „The Call”, „Mirror” z kilkoma kompozycjami Theloniousa Monka, który był wielkim architektem muzyki. Na „Hagar’s Song” z Jasonem Moranem gramy Duke’a Ellingtona – to tradycja, z której się wywodzę, gramy też Boba Dylana I Shall Be Released i piosenkę Beach Boysów God Only Knows. Jeśli słuchać będziesz tych płyt jedną po drugiej, możesz zobaczyć rozwój.

JF: Ale niedawno przeszedłeś do Blue Note.

CHL: Przychodzi do mnie gość i mówi, że chciałby, abym nagrywał dla jego wytwórni. Trzy lata zastanawiałem się nad tą decyzją, Manfred Eicher nie dawał nam masterów, a ten gość mówi: „Dostaniesz mastery, możesz mieć wszystko”. Więc się ugiąłem. ECM ma miejsce głęboko w moim sercu. Bardzo cenię Manfreda Eichera. Zobaczymy, on jeszcze jest, ja też jeszcze jestem.

JF: Opowiedz o płycie „Wild Man Dance” z muzyką, którą napisałeś dla wrocławskiego festiwalu Jazztopad.

ChL: „Wild man” to ktoś, kto jest wolny, kto nie jest uwiązany do drzewa, dziki jogin. To ktoś, kto nie ma domu na tym świecie. Jestem na tym świecie, ale nie jestem z tego świata. Jestem trubadurem, wędruję i śpiewam swoją pieśń.

Dostałem zamówienie na napisanie oryginalnej muzyki. Grałem na tym festiwalu kilkanaście lat temu ze swoim kwartetem – Jason Moran, Reuben Rogers, Eric Harland. Po koncercie podchodzi do mnie ten gość, Piotr Turkiewicz, i mówi: że mój koncert był najlepszy ze wszystkich, jakie organizował, a grali tu wszyscy; chce mnie zaprosić ponownie. Więc powróciłem. Zamówił u mnie coś specjalnego. Zabrało mi dużo czasu napisanie tej suity.

Początkowo wszystko było jak we mgle, więc czekałem, aż będą gotowi. Nie spieszę się, chodzę sobie po górach, pływam w morzu, lubię kuchnię wegetariańską, spożywam ryby. Żyję prostym życiem i rozmyślam.

Kiedy żona powiedziała mi, że wszystko jest przygotowane, zrozumiałem, że ten gość jest szczery, zacząłem pisać muzykę. Zajęło mi to dużo czasu, by polecieć nad rzekę Odrę. Jak już wystartowałem, nie mogłem skończyć. Pisałem nawet jeszcze wtedy, gdy już byłem w Polsce, pozostało mi nawet kilka części, których nie wykonałem.

We Wrocławiu miałem dziwne doświadczenie – dali mi najlepszy apartament w tym hotelu, na pierwszym piętrze. Następnego dnia Piotr pyta mnie, jak mi się mieszka w tym apartamencie. „Jest pięknie urządzony, ale całą noc męczyły mnie koszmary”. A on na to: „Pewnie dlatego, że tu mieszkał Hitler i z balkonu wygłaszał swoje przemówienie”. Chryste! Nie wiem, czy mam ochotę tam wracać.

JF: Jesteś wizjonerem, wyprzedzasz swój czas, masz przeczucie. Ostatnią płytę „I Long To See You” zaczynasz pieśnią Masters of War, a Bob Dylan został właśnie uhonorowany Nagrodą Nobla.

ChL: Bob i ja jesteśmy przyjaciółmi jeszcze z czasów Greenwich Village. Był u mnie w domu, ja u niego. Te rzeczy, które on z siebie wyrzucał w młodym wieku, były bogate w obrazy poetyckie, on jest poetą. Pyta w tej pieśni:

„Is your money that good”, że kiedy umrzesz, to kasa zbawi twoją duszę?

I także ten gość Leonard Cohen śpiewał pieśń:

The party’s over
But I’ve landed on my feet
I’ll be standing on this corner
Where there used to be a street
.

Piękną rzeczą w muzyce, z której się wywodzę, jest jej czujność, ona cię budzi.

Wspomniałeś o Leonardzie Featherze, który pytał co się ze mną dzieje. Widziałeś film „Arrows Into Infinity”, który o mnie zrobiła Dorothy Darr? Dizzy Gillespie tam mówi, że czeka mnie przyszłość w muzyce, on pukał do mych drzwi, odwiedzał mnie, zawsze mnie szukał. Dizzy i inni – to wielcy mistrzowie, jestem częścią tej bogatej tradycji, czuję się jej kontynuatorem.

Moi najlepszym przyjacielem w Memphis był Booker Little. Kiedy przyjechałem do Nowego Jorku z Chico Hamiltonem, w 1961 roku, poszedłem do Birdland, Booker tam grał. Zadzwonił do mnie. Mówię: „Booker, jestem tutaj”. Pyta mnie: „Gdzie się zatrzymałeś?” „Po drugiej stronie ulicy od klubu Birldand w Alvin Hotel. Hotel dla prasy i muzyków. „To przygnębiające” Dla mnie nie był przygnębiający. Byłem w Mekce jazzu, w Nowym Jorku. A Booker mówi: „Pakuj się i chodź do mnie, będziesz mieszkał u mnie”. Jestem w Nowym Jorku, wskoczyłem na szybki tor, a on mówi, że to nie oto chodzi, tu chodzi o charakter. Te czasy się już skończyły. Booker zmarł rok później, miał 23 lata, ale był spełnioną duszą. Mieszkałem u niego, obserwowałem go, był uduchowiony. Powiedział mi coś bardzo ważnego. Zasiał ziarno.

W Kalifornii, gdzie teraz mieszkam, studiowałem starożytne teksty buddyjskie, pisma wedyjskie, tybetańskie, Rama Krisna. Poszedłem do księgarni mistycznej, Vedanta Society w Santa Barbara. Spotkałem tam starą zakonnicę. Spytała mnie: „Medytujesz?” Odpowiedziałem: „Tak, robię to od 30, 40, 50 lat”. „Czy zmieniło to twój charakter?” To samo pół wieku wcześniej powiedział, patrząc prosto mi w oczy Booker Little.

JF: Wracając do dnia dzisiejszego…

CHL: Dzisiaj mieliśmy próbę z Marcinem i jego muzykami, ćwiczyliśmy przez kilka godzin. Oni są bardzo utalentowani. Usłyszałem ich, gdy grali ze Stańką. Mieliśmy kilka wspólnych koncertów w San Francisco, w roku 2002 albo 2011. Graliśmy też gdzieś na świecie, czasem razem na wspólnych koncertach. Podobali mi się w Londynie, tam musi być duża polska publiczność, sala była napakowana, to był chyba Royal Festival Hall. Ludzie byli wygłodniali dobrej muzyki, chcieli czegoś głębszego, czegoś, co jest wartościowe.

Kiedy graliśmy dzisiaj na próbie, czułem, że są bardzo wyczuleni na niuanse w mojej muzyce. Przygotowali się. To nie są jacyś goście, którzy liczą na kolejny job. To dla nich część misji życiowej. Mam nadzieję, że jutro na koncercie bogowie będą z nami.

Chciałbym jeszcze dodać, że saksofon, na którym gram, ma ponad 100 lat, jest z innego metalu niż dzisiejsze saksofony. Ten metal lepiej dzwoni, gram na starym Connie, a muzycy dzisiaj grają na Selmerach. Ale na tym saksofonie mogę śpiewać. Zawsze chciałem śpiewać, być wokalistą, ale nie miałem dobrego głosu. A na tym saksofonie próbuję śpiewać całe moje życie.

Całe życie pracuję nad swoim charakterem, dzięki temu moje brzmienie jest lepsze, głębsze, błogosławione, Ci, którzy wiedzą, nie mówią, ci, którzy mówią – nie wiedzą.

Billy Higgins powiedział mi na łożu śmierci w 2001 roku: „Kiedy gramy muzykę, gramy ją dla Stwórcy. Nasza muzyka zmienia cząsteczki w atmosferze. Kiedy ludzie wychodzą z koncertu, wychodzą lepsi niż byli, kiedy przychodzili. To wielkie błogosławieństwo. Jesteśmy na służbie.” Moja służba to śpiewanie pieśni. To pieśń wolności i cudów, ta pieśń budzi ludzi, zachęca ich do tego, by się zmieniali. Służba to moje powołanie. Wierzę w prawdę. Mam teraz 78 lat, czuję się młodszy niż wiosna, kocham muzykę.

Rozmawiał: Paweł Brodowski

*

Dziękuję Sławkowi Wrzaskowi, managerowi Tria Marcina Wasilewskiego, za udostepnienie mi dużej kolekcji płyt Charlesa Lloyda i zaaranżowanie tego spotkania.


Zobacz również

Kuba Więcek: another raindrop

Urodzony w Rybniku 21 października 1994 roku saksofonista i kompozytor Kuba Więcek jest chyba… Więcej >>>

Wacław Zimpel: Wystarczy mi samo free, nie muszę…

Artysta nietuzinkowy o wielu twarzach muzycznych, uwielbia eksperymentować, odkrywać, kreować. Więcej >>>

Joachim Kuhn: ucieczka do wolności

Niemiecki wirtuoz fortepianu jest legendą jazzu europejskiego, jednym z pierwszych muzyków, którzy w tej części świata… Więcej >>>

Piotr Lemańczyk: otwieranie drzwi

Głównym powodem naszego spotkania i rozmowy jest wydanie – i to zarówno w formacie CD, jak i w wersji… Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu