Wywiady

Freddy Cole: na szczycie

Marta Sowa-Ławorowska


Freddy Cole 15 października br. skończył 85 lat. Amerykański pianista i wokalista przyjedzie do Polski w listopadzie w ramach trasy 85th Year Of Celebration, świętując swoje urodziny oraz wydanie nowego albumu „He Was The King” – dedykowanego pamięci brata Nata Kinga Cole’a. W czerwcu miałam przyjemność zobaczyć go na kilku koncertach w legendarnym nowojorskim klubie Birdland. Przez pięć dni Freddy Cole Quintet w składzie Elias Bailey - bas, Randy Napoleon - gitara, Quentin Baxter - perkusja i gościnnie Huston Person - saksofon uwodził publiczność swoimi interpretacjami najpiękniejszych jazzowych i bluesowych piosenek. Najbardziej zachwyca mnie radość z jaką koncertują, prawdę powiedziawszy niewielu potrafi bawić się na scenie tak jak oni. Kilka lat temu Freddy Cole zdradził mi: „Nie chodzi o to, żeby wyjść na scenę i zagrać idealnie, bezbłędnie, perfekcyjnie. Chodzi o to, żeby wyjść na scenę i czerpać z tego przyjemność”.


JAZZ FORUM: Kiedy Ty skupiałeś się na sporcie, Twój brat Nat był już uznanym piosenkarzem, znaną osobistością. Jak jego kariera i popularność wyglądały z Twojego punktu widzenia?

FREDDY COLE: Nie zastanawiałem się nad tym. Skupiałem się na swoim życiu, szkole, tym, co robią młodzi ludzie, kiedy są nastolatkami. Interesowałem się grą w piłkę w każdej postaci: football, koszykówka, piłka nożna, baseball… Wciąż lubię oglądać mecze i staram się żyć dniem dzisiejszym, wtedy robiłem dokładnie to samo.

JF: Interesowałeś się sportem, ale zakładam, że w domu, gdzie tyle się muzykuje, również i Ty musiałeś uczyć się grać na fortepianie?

FC: Tak, to było dla mnie czymś naturalnym.

JF: Czy rodzice musieli zmuszać małego sportowca do nauki gry na fortepianie?

FC: Musieli mnie zmuszać, żebym pilnie ćwiczył, gdybym wrócił do domu, zrzucił szkolny mundurek i wyszedł, to niczego bym się nie nauczył. (śmiech) Spędzałbym całe dnie na zabawie z kolegami.

JF: Nabawiłeś się kontuzji, która przekreśliła Twoją karierę sportowca. Pos­ta­nowiłeś zostać muzykiem i dzisiaj trzy­mam w ręku Twój nowy album dedykowany pamięci brata, z jego piosenkami.

FC: Słyszałem wielu muzyków wykonujących te piosenki, aż w końcu przyszedł czas, kiedy powiedziałem sobie: „W porządku, skoro oni potrafią to robić, to zobaczmy, co ja jestem w stanie wyciągnąć z tego materiału”. Nie chodzi o to, czy moje wykonanie będzie lepsze czy gorsze. Chciałem po prostu zaprezentować swoje podejście do tej muzyki.

JF: W tym tygodniu Houston Person występuje razem z Tobą i Twoimi muzykami w Birdland, był również jednym z gości zaproszonych do nagrywania albumu „He Was The King”. Od jak dawna się znacie?

FC: Przyjaźnimy się tak długo, że sam nie pamiętam, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. To dzięki niemu podpisałem kontrakt z wytwórnią, dla której teraz wydaję (HighNote Records). Parę lat temu powiedział, żebym wpadł do nich, a on zobaczy czy uda mu się ustawić dla mnie randkę z wydawcą. Od słowa do słowa i zacząłem nagrywać dla Muse Records (Muse Records zostało założone przez Joe Fieldsa, którzy później został również współzałożycielem HighNote Records. Wielu artystów, zaczynających nagrywać dla Muse, przeszło później pod skrzydła wytwórni HighNote). Ja i Hou­ston jesteśmy dobrymi kumplami, on potrafi grać!

JF: W Birdland towarzyszą Ci muzycy współpracujący z Tobą na stałe – Elias Bai­ley, Quentin Baxter i Randy Napoleon, oni także brali udział w nagraniach do nowego albumu. Kiedy widzę Was razem na scenie, podoba mi się energia, jaka krąży między Wami. Widać, że to co robicie sprawia Wam wielką przyjemność. Czy udało Wam się zabrać tę energię do studia?

FC: Oczywiście, zawsze jest lepiej grać z muzykami, których się zna, choć do studia zaprosiliśmy jeszcze kilku innych gości. My po prostu staraliśmy się dobrze bawić i grać muzykę. Jeżeli ktoś miał sugestie, braliśmy je pod uwagę. Jak dotąd taki układ sprawdza się najlepiej.

JF: Jak dobierasz sobie muzyków? Wiem, że z Eliasem grasz od dość dawna. Czy to Ty ich wybrałeś, czy sami do Ciebie przyszli?

FC: Eliasa usłyszałem kilka lat temu, kiedy grał z Rene Marie. Ona jest fantastyczną wokalistką i moją dobrą przyjaciółką. Usłyszałem go podczas ich występu, podszedłem, żeby się przywitać i zrobiliśmy to, co zwykle robią muzycy, wymieniliśmy się wizytówkami, numerami telefonów i tak się zaczęło. Z Randym było podobnie, spotkaliśmy się właściwie za rogiem, podczas jednego z letnich jazzowych koncertów w Nowym Jorku. Usłyszałem jak gra, a potem, któryś z muzyków nie mógł ze mną zagrać, Randy go zastąpił i tak zaczęliśmy koncertować razem.

JF: Quentin dołączył do Was około dwa lata temu, ale wygląda na to, że świetnie wpasował się w towarzystwo.

FC: Tak, całkiem dobrze się dobraliśmy.

JF: Wracając do Rene Marie. Wiem, że macie swój wspólny projekt „He Said – She Said”. Na czym polega Wasze wspólne koncertowanie? Jaki materiał wzięliście na warsztat? Czy to nowe utwory? Piosenki z American Songbook?

FC: Śpiewamy wszystko! Czasami w duecie, potem ona śpiewa swoje utwory, a ja swoje. Świetnie się przy tym bawimy.

JF: Myśleliście o tym, żeby wspólnie nagrać album?

FC: Nie, tak daleko nie dotarliśmy.

JF: Myślę, że zupełnie naturalną rzeczą jest, że na początku swojej kariery byłeś porównywany do brata. Dzisiaj masz wielu fanów na całym świecie i brzmisz jak Freddy Cole, nie ma sensu porównywać Cię do Nata. Miałeś kiedykolwiek potrzebę konkurowania z nim, udowadniania sobie i innym, że jesteś równie dobry?

FC: Nie, nigdy nie czułem takiej potrzeby. Wszyscy, którzy postarają się spojrzeć na naszą muzykę obiektywnie dostrzegą, że mam swój własny styl, a Nat miał swój. Mój tata zawsze mawiał, że każdy szczyt ma swoją podstawę: „Ty siedzisz na swoim szczycie, Nat ma swój i ja też siedzę na swoim”. Kiedy byłem młodszy, te stałe porównania mnie trochę denerwowały, dziś wiem, że niektórzy ludzie tego nie rozumieją, mają jakieś swoje zafiksowania. Nie wdaję się w dyskusję na ten temat, po prostu przyznaję im rację i idę dalej swoją drogą.

JF: Nawet, jeżeli ktoś przychodzi na Twój koncert ze względu na fakt, że jesteś bratem Nata Kinga Cole’a, to i tak uważam to za plus. Taki słuchacz ma szansę przekonać się na własne uszy o Twojej wyjątkowości i zakładam, że wyjdzie z koncertu zachwycony Freddy’m Colem…

FC: Bo to jest najważniejsza rzecz! Taka osoba przyjdzie na koncert i będzie się dobrze bawiła. O to w tym wszystkim chodzi.

JF: Słuchałam Twojego koncertu i uzmysłowiłam sobie, że opowiadasz nam historie, jak rodzic opowiada bajki dziecku przed zaśnięciem. Czasem musiało minąć trochę czasu, zanim zrozumiałam, że znam te piosenki, ale Ty wykonujesz je na swój własny sposób i często brzmią zupełnie inaczej niż oryginał.

FC: Tak, każdy ma swoje podejście do tematu, ja tylko prezentuję to, jak ja czuję się w danym tekście i melodii. Filtruję go przez swoje emocje. Nie chodzi o to, jak dobrze brzmisz, ale o to, w jaki sposób dostarczysz to, o czym śpiewasz.

JF: Wiem, że nigdy nie przygotowujesz set listy. Widziałam w tym tygodniu już cztery Twoje koncerty i każdy był inny.

FC: Poczucie humoru trzeba mieć również grając muzykę. Wczoraj podeszło do mnie kilka osób, mówiąc o How Do You Say Auf Wiedersehn? Ta piosenka kompletnie ich zaskoczyła. Historia w niej zawarta jest nadal aktualna, takie rzeczy przytrafiają się ludziom.

JF: To są historie z naszego życia. I nie chodzi tylko o miłość, ale o życie w ogóle…

FC: Właśnie o to w tym chodzi! Na śpiewanie bardzo sentymentalnych piosenek musi być nastrój, odpowiednia atmosfera. Nie można ich wykonywać tylko dlatego, że ma się je w set liście. Trzeba się nauczyć, jak wyjść na scenę i śpiewać właściwe piosenki w odpowiednim dla nich czasie.

Niektórzy muzycy są zaskoczeni ile melodii potrafimy zagrać. Zapominają, że pracujemy w biznesie, który nazywa się rozrywką, a to zobowiązuje. Wychodzimy na scenę nie tylko po to, żeby grać dla samych siebie.



Zobacz również

Kuba Więcek: another raindrop

Urodzony w Rybniku 21 października 1994 roku saksofonista i kompozytor Kuba Więcek jest chyba… Więcej >>>

Wacław Zimpel: Wystarczy mi samo free, nie muszę…

Artysta nietuzinkowy o wielu twarzach muzycznych, uwielbia eksperymentować, odkrywać, kreować. Więcej >>>

Joachim Kuhn: ucieczka do wolności

Niemiecki wirtuoz fortepianu jest legendą jazzu europejskiego, jednym z pierwszych muzyków, którzy w tej części świata… Więcej >>>

Piotr Lemańczyk: otwieranie drzwi

Głównym powodem naszego spotkania i rozmowy jest wydanie – i to zarówno w formacie CD, jak i w wersji… Więcej >>>

JAZZ FORUM 12/2017

Aktualnie w sprzedaży
Więcej >>>

Parallax Error

Leszek HeFi Wiśniowsk

Płyta miesiąca

Leszek Możdżer & Holland Baroque

Earth Particles

  • Ocena - 5
Linki
Z galerii

Artur Turalski - Sextet in Black

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu