Wywiady

Grzech Piotrowski: One World

Adam Dobrzyński


Dzięki współczesnym wynalazkom, potędze Internetu i łatwości w podróżowaniu po świecie staliśmy się wielkim multikulturowym organizmem, w którym wszystko się wzajemnie przenika, wpływa na siebie i potęguje zmiany. Grzech Piotrowski, absolwent Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach, to z jednej strony muzyk, z drugiej producent, aranżer, lecz także – co jest znakiem współczesności – wydawca płyt. Stworzył projekt będący muzyczną podróżą pełną przestrzeni, subtelnych emocji i magii, w obrębie którego odbywa się spójna współpraca bogatych osobowości i muzycznych temperamentów. Teraz przyszła kolej na jego nową odsłonę.

JAZZ FORUM: Żeby zrozumieć to, co niesie Twoja muzyka musimy najpierw wrócić do Twoich początków.

GRZECH PIOTROWSKI: To był impuls. Miałem szesnaście lat, była niedziela, przechodziłem przez salon w domu rodzinnym w Olsztynie, w telewizji zobaczyłem kogoś grającego na saksie i zwariowałem. Po tygodniu miałem saksofon, Weltklang, straszny. (śmiech) Grałem cały czas. Od rana do nocy. Pierwszą moją inspiracją był Garbarek, później Garrett, Brecker, Webster, Parker, Young, Muzyka Świata i projekty, które łączą improwizację z roots i etno.

JF: Saksofon był od razu bliskim Tobie instrumentem?

GP: Zaczynałem od skrzypiec, później był obój. Saksofon pojawił się dopiero od liceum.

JF: Mało już kto pamięta, ale Twój pierwszy zespół Alchemik, założony w 1997 roku, miał w swoim składzie braci Łukasza i Pawła Golców.

GP: Alchemik to na początku byli Marcin Murawski, Robert Luty i ja. Poznaliśmy się na Bednarskiej w Warszawie. Byłem na trzecim roku i równolegle rozpocząłem studia w Katowicach na wydziale dziennym. Zahaczyłem Golców na korytarzu akademika w Katowicach pytaniem, czy pojadą z nami na kilka konkursów. Zgodzili się od razu. W owym czasie buszował po warszawskich jamach czternastoletni Marcin Masecki. Przeprowadziłem rozmowę z nim i jego rodzicami. To był najzdolniejszy młody pianista tamtych lat. Dołączył do nas po krótkim czasie.

Kolejny rok – to zabrzmi śmiesznie – to było pasmo nieustających sukcesów. Nasza synteza polskiego folkloru i jazzu okazała się być najciekawsza ze wszystkich ówczesnych propozycji i wygraliśmy właściwie wszystkie konkursy w Polsce i jeden za granicą. Mieliśmy odrobinę inne zdania w zespole, bo Masecki, Murawski i Luty chcieli grać mainstream, natomiast ja – polski folklor na jaz­zowo. Łatwo przekonałem Golców, reszta przystała. Od samego początku, od pierwszego zespołu, chciałem grać muzykę inspirowaną naszą kulturą. Ta melodyka, zasłyszana z dzieciństwa, z babcinych przyśpiewek, programu „Z malowanej szafy”, utworów Chopina, Lutosławskiego, czy Karłowicza, drzemie we mnie jak ojczysty język.

JF: Zdobyliście wiele wyróżnień, zarówno na festiwalu Jazz nad Odrą czy w Belgii na Jazz Hoeilaart. Co dają muzykowi takie festiwalowe „przetarcia”?

GP: Wiarę w siebie. Jest to pierwsza nagroda za lata ćwiczeń i poświęceń. Pierwszy namacalny dowód, że to, co robisz, ma jakiś sens. Później życie i tak weryfikuje wszystko i wejście w profesjonalny świat muzyczny jest dla wielu muzyków poważnym szokiem. Film „Whiplash” dobrze obrazuje, ile trzeba poświęcić, aby dojść do profesjonalnego etapu. A przecież to dopiero początek. Każdy z nas, którzy teraz jeżdżą po świecie, odnajduje w tym filmie podobieństwa i analogie do swojej muzycznej drogi.

JF: Była też grupa Oxen.

GP: Oxen to arcyciekawy czas. Pojawił się w latach 90. ubiegłego wieku nowy kierunek w jazzie – M-Base z takimi przedstawicielami, jak Steve Coleman, Gary Thomas, Greg Osby. W Warszawie natomiast
objawili się dwaj fantastyczni muzycy,
gitarzysta Darek Krupa i basista Piotr Żaczek. Słyszałem, że grają w trio z Grześkiem Grzybem. Zaprosili mnie na próbę. Zapaliło od razu. Pierwszy koncert zagraliśmy w kwartecie w Akwarium. To był taki ogień, że piszczy mi do dziś w uszach. Szybko dołączył Masecki na analogach. Kolejne koncerty rozwinęły formułę do sekstetu z Łukaszem Poprawskim. Na naszej jedynej płycie „Nexo” pojawił się Michał Dąbrówka i Paweł „Bzim” Zarecki.

JF: Co jest bardziej wymagające – praca w zespole czy jako solista?

GP: W mojej ponad dwudziestoletniej karierze byłem wielokrotnie po obu stronach. Praca solisty wymaga ekstremalnej formy i to zawsze, bo jeden zły koncert może zakończyć nawet wieloletnią współpracę z promotorami. Z kolei praca w zespole wymaga również najwyższej formy, gdyż jeden zły koncert w roli sidemana może doprowadzić do zakończenia współpracy z kimś, kto nas zatrudnia. Jeśli chcesz spędzić życie jako profesjonalista, musisz zawsze grać na najwyższym poziomie. Co do satysfakcji – ja czerpię ją z dobrej muzyki, która jest wynikiem pełnej zrozumienia współpracy pomiędzy solistą a zespołem.

JF: World Orchestra to wiele lat przygotowań, pracy i logistycznych biznes planów. Naprawdę trwało to osiemnaście lat?

GP: Teraz już więcej. To zdanie napisałem, jak zaczynaliśmy pięć lat temu.
World Orchestra to moja droga od samego początku grania na saksofonie. Najpierw szukałem takiego zespołu, bo wydawało mi się, że gdzieś tam istnieje. Zbierałem kontakty przez lata. Pamiętam moją pierwszą rozmowę dotyczącą współpracy z Theodosii Spassovem, a było to w Sofii w roku 1999. Z biegiem czasu, przesłuchując tysiące nagrań uświadomiłem sobie, że chyba nie ma takiego projektu jak WO w tym sensie, jak ja ją postrzegam. Oczywiście są setki formacji, nagrań gdzie mieszają się kultury i style. Jest np. The World Orchestra – ale to jest zwykła orkiestra grająca dzieła mistrzów klasyki, z tą różnicą, że wszyscy muszą być z innych krajów. Nikt nic nie tworzy, nie zostawia nowej muzyki wynikającej z tego spotkania, oprócz rzecz jasna na pewno dobrego jakościowo wykonania znanych wszystkim dzieł.

Chodzi o „spotkanie na szczycie”, akt współtworzenia, wyzwanie, jakim jest zebranie tylu osobowości na jednej scenie nie w celu ponownego odtwarzania ich muzyki – tyle że w innym składzie, tylko w celu współtworzenia nowej muzyki będącej efektem tego magicznego spotkania. O logistyce WO i biznes planie mógłbym opowiadać godzinami. Wszystko zależy od tego, jak wielki koncert gramy i gdzie. Jeśli zachodzi taka potrzeba, to przy jednym koncercie współpracuje z nami nawet kilkadziesiąt osób. Chciałbym tu jednak podkreślić niesamowitą rolę mojej cudnej żony Pauliny, która odpowiada m.in. za booking, umowy, część promocji, warstwę estetyczną WO, a teraz przygotowuje wzornictwo do naszej Alchemik Manufaktury.

JF: Międzykulturowa muzyczna mieszanka, muzyka źródeł, ale i silne odwołanie do korzeni, to misterna i trudna praca. Jak się do niej przygotowywałeś?

GP: To proste i wynika z mojego zamiłowania do poznawania nowej muzyki. Czasem nowa oznacza Nu Jazz czy Ice Music, a czasem pieśni sefardyjskie, muzykę poławiaczy pereł, niesamowite instrumenty, jak np. Sheng (Chiny, ponad 4000 lat tradycji) czy duduk (Armenia, około 3000 lat tradycji). Poza tym, zanim zaproszę jakiegoś muzyka do WO, staram się poznać jego możliwości, kupuję niemalże wszystko, co wydał lub co jest dostępne, uczę się go. Dopiero wtedy jestem gotowy, aby poprosić go o dokładnie taki element z jego sztuki, jaki będzie współgrał z innymi artystami World Orchestry.

JF: Ta muzyka to również podróże po świecie.

GP: To przede wszystkim podróże. W tym roku będziemy w ponad dwudziestu krajach na pięciu kontynentach. Lubię poczuć lokalny klimat, skosztować kuchni, pomieszkać chwilę w nowym miejscu, przychodzić co dzień do tego samego sklepiku, w którym sprzedawca zapamiętuje Cię i przed wyjazdem traktuje jak swojego. Lubię tam wracać, ponownie wchodzić w tę rolę, odwiedzać ulubione miejsca, zobaczyć, co się zmieniło. Świat tętni życiem, inspiruje mnie do pisania muzyki. Pomysły same przychodzą.

JF: Mówi się, że balansujesz na krawędzi jazzu, folkloru, nowego impresjonizmu i muzyki filmowej. Jak Ty sam ją nazywasz?

GP: Ja już przestałem się zastanawiać, jak określić moją muzykę. To nie ma znaczenia. Muzykę można dzielić na dobrą i złą, oraz na dobrze wykonaną i powiedzmy… średnio. Ale i tak to rzecz gustu. Pozostawiam słuchaczom absolutną swobodę w określaniu tego, co gram. Tak czy inaczej Wasza ocena będzie zależała nie od tego, co ja o tym myślę, czy jak bym ją nazwał, tylko od tego, jak Wy osłuchani jesteście z muzyką i z czym Wam się ona kojarzy, bowiem muzyka ma zawsze swój pierwowzór. Ja lubię określenie „muzyka filmowa improwizowana”.

JF: „One World” to zupełnie nowa odsłona Twojej twórczości. Wracasz niejako do wnętrza samego siebie. Wyrażasz intymne emocje, ale posiłkujesz się dźwiękami świata, kolejny raz również licznymi gośćmi. Opowiedz o genezie powstawania tej płyty.

GP: „One World” to alter ego World Orchestry. Moja solowa podróż po świecie w poszukiwaniu źródeł i artystów. To droga powstawania WO. Zasiewanie moich muzycznych ziaren na innych kontynentach i import muzycznych korzeni ze świata. Wyzwaniem było stworzyć filmową przestrzeń tylko saksofonem. Zajęło mi to dwa lata. Kupiłem kilka znakomitych pogłosów, oktawer i looper. Zastanawiałem się, co mogę zagrać sam, aby było interesujące nie tylko dla saksofonisty.

Pierwsze dwa tracki są nagrane w kilkuosobowym składzie, natomiast kolejne to saksofon solo. Najpierw była refleksja z podróży, czasem miałem zanotowany jakiś motyw, który wpadł mi do głowy za kołem podbiegunowym, na Majdanie, w Toskanii, czy na Bałkanach. Nagrałem przez ostatnie dwa lata około 10 godzin muzyki solo, która w dodatku była rejestracją „direct to two”, jeden stereofoniczny track wave 24bit 96 kHz, zawierający zmultiplikowane przestrzenie, szumy, dźwięki klap saksofonu, shakerów, tego wszystkiego, co mogłem sam wykreować. Wszystkie utwory zarejestrowałem za pierwszym podejściem. Nie było powtórek. Dzięki temu muzyka, którą słyszycie, jest „czystą”, pierwszą rejestracją myśli. Gości dograłem później, z wyjątkiem Sainkho Namtchylak, którą nagrałem na setkę z całym bandem u mnie w studiu.

JF: Marek Napiórkowski powiedział mi kiedyś, że trzeba z jednej strony być niezwykle świadomym muzykiem, odważnym, ale i diabelnie sprawnym, by zbudować płytę samodzielnie. Na swój instrument. Takie jest też założenie „One World”. Ale przez Twój instrument, Twoją paletę barw i uczuć rysowanych dźwiękiem, ponownie zabierasz nas w muzyczną podróż po świecie.

GP: Ten mój świat jest refleksyjny, niespieszny, czasem uśmiechnięty, czasem deszczowy. Zadumany, ale i zaciekawiony. Obserwujący ludzi i kraje, malujący dźwięko-obrazy.

Poza setkami dyskusji, które prowadzę podczas moich podróży o sensie życia, równoległych światach, czy jest Bóg, czy może wielu, czy jest niebo, gdzie wędruje dusza, czy są inne cywilizacje, jak się leczyć, co jeść, aby zdrowo żyć, co jest z nami po śmierci itd., to tak dosłownie to, co teraz mogę stwierdzić, to „świat, w którym żyjemy, jest jeden”. Dlatego płytę nazwałem „One World”. Każdy człowiek stanowi centrum swojego wszechświata. Ważne tylko, co kreuje wokół siebie. Jeden zniszczenie, drugi dobro.

Zapominamy, że jedyną walutą, której jest bezpowrotnie mniej i która ma wartość, jest czas. Tu i teraz. Dlatego liczy się każda sekunda, każda mądra rozmowa, ciekawy człowiek, to, co robimy, dokąd zmierzamy, czy mamy jakiś cel, oraz co zostawimy po sobie. Nie oznacza to, że każdy ma być odkrywczy i zrobić coś przełomowego. Ale ważne, żebyśmy działali również dla innych i robili coś, w co wierzymy. Dlatego warto pochylić się nad najprostszym pytaniem – co robić w tym świecie w tak krótkim czasie, jaki mamy? Czasem słyszę, że pędzę, lub że jestem zbyt bezpośredni. A ja po prostu oszczędzam czas swój i innych.

JF: Myślę, że warto byś opowiedział o licznych gościach, których zaprosiłeś do współpracy.

GP: Ruth Wilhelmine Meyer to wokalistka z Norwegii o ponad pięcio-oktawowej skali głosu. To jeden z mocnych filarów World Orchestry. Gramy wspólnie w norweskiej formacji AKKU5, w której naśladujemy głosami i instrumentami dźwięki przyrody, czasem zwierząt. Ruth to nowy głos Skandynawii, świetnie gotuje. Mamy taką drobną tradycję, że jak jestem w Oslo, to przyrządza renifera w ziołach. Pycha.

Sainkho Namtchylak z Tuvy – światowa legenda etno, throat-singing. Nieprzewidywalna, pełna energii, zaskakująca. Kiedyś na próbie pytam: „Sainkho, w jakiej gramy tonacji”, a ona na to: „Tonacje wyszły z mody. Po prostu słuchaj i reaguj”. Fajne. Nauczyła mnie tym zdaniem absolutnej otwartości, tak po prostu, w pięć sekund

Z Sadią Youssouf poznaliśmy się na naszym World Orchestra Festival na Cabo Verde. Ma intrygujący głos, posłuchajcie utworu Siesta. Jej życiorys to istny scenariusz filmowy. Kabowerdyjka, urodzona we Francji, konserwatorium muzyczne w Paryżu w klasie fortepianu, pięć języków, wraca na rodzinne wyspy, uczy muzyki. Łączy w sobie afrykański temperament i zdobycze europejskiej klasyki. Wyjeżdża na krótkie dwumiesięczne stypendium do Berklee w Bostonie, gdzie bardzo szybko otrzymuje pięcioletnie stypendium. Gdzieś po drodze było „One World” i jej pierwsze studyjne nagranie na płytę. Moją!

Liz Rosa z Brazylii – poznaliśmy się podczas kręcenia muzycznego programu dla portugalsko-brazylijskiego formatu TV. Zaimprowizowaliśmy spontanicznie w dwóch utworach tego wieczoru. Bez przygotowań, akcja-reakcja. Wpadliśmy sobie w „ucho” i nie miałem żadnych wątpliwości. Musiałem ją dograć.

Zaprosiłem również dwóch muzyków z WO, Brama Stadhoudersa na gitarze – dwa tracki i Lariona Diakova na altówce.

JF: Są wśród nich również polskie nazwiska.

GP: Od wielu lat przymierzałem się do współpracy z Sebastianem Karpielem Bułecką. To wspaniały głos z gór. Rozmawialiśmy już wcześniej kilkakrotnie. Moc i barwa jego głosu są porażające. Musiałem w studiu ściszyć wszystkie potencjometry do minimum, a i tak było za głośno. Wyobraźcie sobie, że gubicie się gdzieś poza Polską i nagle słyszycie ten głos. Od razu wiadomo gdzie jest Ojczyzna!

Moim odkryciem z ubiegłego roku jest „Ghostman” – Grzegorz Lulek. Poznaliśmy się na Slot Arcie w Lubiążu. Wpadł na moje warsztaty, później zaśpiewał intrygujące solo na moim koncercie. Na tyle, że postanowiłem zaryzykować i zaprosić go na nagranie. Efekt przeszedł moje oczekiwania.

Na „One World” pojawia się Classical Vocal Quartet w składzie: Monika Kuczera, Natalia Halicka, Ewa Wojtowicz, Joanna Rot. Uwielbiam operowe głosy. Tę dbałość o emisję dźwięku, ten niesamowity rezonans, w jaki wpada całe nagranie, któremu towarzyszy klasyczny kwartet.

Z wybitnymi kontrabasistami Michałem Barańskim i Sebastianem Wypychem gra­my wspólnie od lat. Są podstawą wielu znako­mitych międzynarodowych formacji. To zaszczyt dla mnie, że obaj mieli czas na wspólne nagrania. Maciej Kierzkowski (hutsul drum) i Robert Siwak (frame drums) – dodają brzmienie Orientu, czasem wręcz antyku. Szczególną uwagę zwróciłem na częstotliwości podczas nagrania. Na płycie możecie usłyszeć dość solidne doły mruczące w paśmie między 30-60 Hz.

JF: Promocji płyty towarzyszą dwa filmy rejestrowane na Cabo Verde. Które zakątki świata odwiedziłeś przy okazji pracy nad „One World”?

GP: Cabo Verde, północ Norwegii, za kołem podbiegunowym, Brazylia i Tuva – tylko ze słyszenia, czyli przez artystów, których spotkałem. Bałkany, Holandia, Ukraina (Majdan), Rosja, USA, UK, Włochy, Indie, Kuweit i zawsze najważniejsza – Polska.

JF: Czy koncertując z „One World” masz w planach kolejne wielkie plenery, festiwale, czy jednak klubowe, mniejsze przestrzenie?

GP: W tym roku zagram ponad setkę koncertów zaczynając od solowych, kończąc, mam nadzieję, na występie w dwustuosobowym składzie. Większość to będzie „One World”. Czasem jednak wchłonie nas wszystkich World Orchestra.

JF: Żyjemy rzeczywiście w jednym świecie?

GP: Technicznie rzecz biorąc – tak. Ale równolegle każdy ma jednak w sobie odrębny, inny świat i tylko od niego zależy z kim się tym światem podzieli.

rozmawiał: Adam Dobrzyński



Zobacz również

Eryk Kulm

Jeden z naszych czołowych perkusistów jazzowych zmarł 3 listopada 2019 roku. Więcej >>>

Tadeusz Federowski – archiwalny wywiad

Z legendarnym perkusistą rozmawia Jerzy Bojanowski, Jazz Forum 2/1993 Więcej >>>

Grzegorz Grzyb atomowy

Archiwalny wywiad z perkusistą, który zginął tragicznie 23 lipca 2018 w wypadku na ulicy… Więcej >>>

Eryk, syn Eryka

Z wybitnym perkusistą Erykiem Kulmem rozmawia Marek Gaszyński. Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu