Festiwale
Jamie Cullum
fot. Barbara Adamek

Opublikowano w JAZZ FORUM 4-5/2017


Jamie Cullum: Finał Zadymki

Bogdan Chmura


Finał Zadymki miał miejsce w sali koncertowej NOSPR w Katowicach. To już trzeci rok współpracy festiwalu z tą zacną placówką – dwa lata temu słuchaliśmy tam Wayne’a Shortera z Esperanzą Spalding, rok wstecz Terence’a Blancharda i Dee Dee Bridgewater. Tym razem organizatorzy zdecydowali się na śmiały ruch, zapraszając artystę z pogranicza jazzu i szeroko rozumianej muzyki pop.

37-letni wokalista, pianista i kompozytor Jamie Cullum uchodzi dziś – przynajmniej wg BBC – za jedną z czołowych postaci brytyjskiej sceny muzycznej. Jeśli jego sukces mierzyć ilością sprzedanych płyt – a zbliża się ona do, bagatela, 10 milionów egzemplarzy – trzeba przyznać, że ta lokata jest jak najbardziej zasłużona. Czy znamy Culluma w Polsce? Do 28 lutego sądziłem, że średnio, jednak informacja, iż bilety – wcale nie tanie – na jego katowicki koncert rozeszły się w ciągu 15 minut, szybko wyprowadziła mnie z błędu. Zanim zabrzmiała muzyka, Cullumowi wręczono statuetkę Anioła Jazzowego – tym razem ceremonia przebiegła szybko i bez zbędnego zadęcia.



Jamie Cullum, fot. Barbara Adamek


W pierwszej części koncertu artysta wystąpił ze swoim czteroosobowym zespołem: Rory Simmons - gitara, trąbka, Tom Richards - tenor, klawisze, Loz Garratt - kontrabas, gitara basowa, Brad Webb - perkusja. Był to przyzwoity, choć nie wybitny band, który dobrze się sprawdził jako tło dla lidera. Cullum wystartował od razu z wysokiego pułapu – swoimi interpretacjami, pełnymi żaru i energii, szybko zaskarbił sobie życzliwość 1500 fanów zgromadzonych na widowni. Już od pierwszych numerów pokazał, że jest świetnym wokalistą i pianistą, a jeszcze lepszym showmanem. Kiedy po paru utworach wskoczył na fortepian – akrobacje, ciskanie garderobą i „konwulsje” w pozycji leżącej stanowiły ważny składnik jego występu – dotarło do mnie, co się będzie działo. Pozostając w stanie lekkiej konsternacji, potraktowałem tę część jako czas na przystosowanie się do zaproponowanej przez niego konwencji.



Jamie Cullum, fot. Barbara Adamek


Druga odsłona okazała się znacznie ciekawsza. Głównie za sprawą orkiestry NOSPR (pod batutą Alexandra Humali), której brzmienie dodało produkcjom Culluma szlachetności oraz Big Bandu Instytutu Jazzu AM w Katowicach, formacji przerażająco doskonałej. Każda solówka grana przez jej członków zapierała dech w piersiach, pokazując jednocześnie miejsce w szeregu muzykom Culluma, zaś tutti obu zespołów generowało ścianę dźwięku o nieprawdopodobnym stopniu nasycenia, „wysokiej rozdzielczości” i mocy tornada.

Brytyjski artysta wykonał ogromny repertuar, w którym znalazły się jego własne tematy, covery i standardy. Nie robił przerw, nie potrzebował ani chwili oddechu, jeśli nie liczyć krótkich przekomarzań z publicznością. Większa, w tym szczególnie młoda, cześć słuchaczy dobrze znała te kawałki, często dośpiewując pojedyncze frazy lub nucąc razem z nim. Cullum potrafił to docenić, wchodząc między rzędy widowni i przybijając z fanami „piątkę”. Jako wokalista i pianista nie poruszał się w jednej estetyce – nie pozwalała mu na to jego artystyczna „neuroza”. Mieszał pop z elementami jazzu, swingu, soulu, rhythm & bluesa, zaś w jego śpiewie pobrzmiewały echa Kurta Ellinga, Franka Sinatry, Tony’ego Bennetta, a nawet Cheta Bakera. „Wkładem własnym” okazał się jego głos o rozległej skali, czystej intonacji i charakterystycznej ciepłej barwie. Sposób gry na fortepianie dopasowywał do konkretnego utworu, nawiązując do Arta Tatuma (stride, ornamentyka, biegniki), Jarretta (w balladach zaskoczył pięknym cieniowaniem dynamiki na poziomie pianissimo), Eltona Johna (popowe covery), lub siłowego, nonszalanckiego stylu Jerry’ego Lee Lewisa – tych analogii można było znaleźć znacznie więcej.



Jamie Cullum, fot. Barbara Adamek


Głównym atutem Culluma okazało się mistrzostwo w sterowaniu nastrojami publiczności. Szybkie zmiany charakteru utworów, stylów oraz działanie na skrajnych biegunach ekspresji – od subtelnych westchnień po adrenalinowy szał – wytworzyły falującą dramaturgię, która raz po raz „poniewierała” fanami. W pewnym momencie, przy potężnym wsparciu obu orkiestr, wszedł na taki poziom emocji, iż wydawało się, że to już definitywny finał. Kiedy trwały owacje na stojąco, zwiedzione nieoczekiwaną sytuacją panie z obsługi wystartowały do niego z koszami kwiatów. Ten przyjął je z uśmiechem i… kontynuował występ, który trwał jeszcze ponad pół godziny.

Triumf? Na pewno – z perspektywy niemal dwudziestu lat Zadymki, mogę śmiało stwierdzić, iż chyba żadnemu artyście nie udało się wywołać takiej histerii widowni. Jeśli jego występ zostanie zapamiętany – a pewnie tak się stanie – to także z tego powodu.

Za rok okrągły jubileusz festiwalu, trudno będzie znaleźć wykonawcę, który przebije Culluma pod względem wszechstronności, energii i scenicznego szaleństwa.

Bogdan Chmura



Zobacz również

Ad Libitum 2016

11. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej odbyła się w Warszawie w dn. 19… Więcej >>>

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

Jazz Jantar: edycja wiosenna

Skompletowanie „band of dreams” i nagranie z takim zespołem zaproponowanego przez siebie repertuaru –… Więcej >>>

Jazz Od Nowa Festival 2017

Odbył się po raz siedemnasty (22-25 lutego, trzy pierwsze wieczory w sali koncertowej ACKiS… Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu