Festiwale

fot. Jacek Michałowski

Opublikowano w JAZZ FORUM 12/2014

Jazz Jantar 2014

Borys Kossakowski


Symbolem gdańskiego festiwalu Jazz Jantar (4, 7-16 listopada) był w tym roku saksofon, a muzycy sięgający po ten instrument zaprezentowali niemal kompletny wachlarz znanych stylistyk. Impreza zaspokoiła potrzeby chyba wszystkich fanów jazzu, prezentując zarówno uznane gwiazdy mainstreamu, jak i reprezentantów awangardy i eksperymentów.Cała impreza miała w tym roku rozmiary muzycznego maratonu (10 dni koncertowych) i tylko najdzielniejsi fani byli w stanie stawić się każdego dnia w klubie Żak oraz Filharmonii Bałtyckiej.


W tej ostatniej zagrało dwóch gigantów amerykańskiego mainstreamu. Dzielnie okupujący od lat Downbeatowe rankingi Branford Marsalis, który wystąpił z kwartetem, zupełnie niespodziewanie przywiózł ze sobą młodziutkiego perkusistę Evana Shermana. Sherman grał dziarsko, wyraziście, niezwykle odważnie idąc czasami (raczej świadomie) nieco pod włos starym wyjadaczom. Marsalis i Eric Revis (kontrabas), niewiele sobie robiąc z obecności widowni, raz po raz zwracali uwagę krewkiemu Shermanowi, elegantowi w garniturze i skarpetach w czerwone grochy. Występ upłynął więc pod znakiem muzycznych „zapasów” tej trójki. Publiczność najlepiej zapamiętała z tego koncertu brawurową grę perkusisty i niezwykle ciepłą pianistykę Joey’a Calderazzo, który potrafił w zadziwiający sposób grać miękko i szybko jednocześnie.

Zamykający festiwal koncert James Carter Organ Trio (Gerard Gibbs - organy Hammonda B3, Leonard King - perkusja) był zaś kwintesencją rozrywkowego, czarnego jazzu, pełnego swingu, wirtuozowskich popisów, pląsów i szerokich jak horyzont uśmiechów goszczących na twarzach muzyków. Carter przywiózł ze sobą trzy instrumenty – sopran, alt, tenor i na każdym z nich zaprezentował kompletny wachlarz technik i stylów grania. Urodzony w Detroit wirtuoz potrafił grać pełne powietrza, nostalgiczne piano i szalone, pełne przedęć fortissimo. Potrafił zagrać powolne słodkie ballady i piorunująco szybkie tematy, w których nikt nie zdołałby policzyć liczby nut, wspierane okrężnym oddechem.

Zespół Cartera zaprezentował program zadedykowany niemal w całości Django Reinhardtowi, usłyszeliśmy m.in. Castle of my DreamsHeavy Artillery (w 2000 roku saksofonista nagrał płytę „Chasin’ The Gypsy” poświęconą belgijskiemu gitarzyście). Publiczność, choć ledwie w połowie tak liczna, jak na koncercie Marsalisa, nagrodziła występ gorącą owacją na stojąco.

Dużo emocji wzbudziły koncerty saksofonistów „okołojazzowych”. Mistrz oddechu okrężnego Colin Stetson na monstrualnym saksofonie basowym oczarował publiczność. Jego instrument wyglądał jak parowa machina, napędzana jakimś niewidzialnym miechem. Wielominutowe kompozycje grane bez przerwy przez Kanadyjczyka łączyły w sobie transowy bas didgeridoo, siłę tsunami, odległy śpiew morskich syren, złowieszczy stukot klap i syntezatorowe arpeggia. Potęga wyrazu Stetsona była tak ogromna, że grający po nim kwartet Rudresha Mahanthappy Gamak (m.in. z Rezem Abbasim na gitarze) nie zdołał unieść ciężaru gatunkowego, narzuconego przez siłacza z Montrealu.

Zrobiła to zupełnie niespodziewanie następnego dnia filigranowa Matana Roberts, szamanka z Chicago. Ona nawet nie próbowała stanąć w szranki ze wspomnieniem z koncertu Stetsona. Zagrała „swoje” – delikatnie, powoli, kołysząc się z zamkniętymi oczami, czarując nas miękkim brzmieniem swojego altu. Zupełną niespodzianką był także inny żeński koncert kwintetu Selvhenter. Puzonistka Maria Bertel i saksofonistka Sonja Marie Henriksen Labianca podłączyły bowiem swoje instrumenty do wielkich pieców basowych i baterii efektów, przez co ich zespół brzmiał momentami jak hardcorowy potwór, a nie jazzowy ensemble. Publiczność słuchała Dunek w skupieniu, z otwartymi ze zdumienia buziami, choć panie hałasowały niemiłosiernie.

Warto wspomnieć, że klub Żak nie zadowala się rolą gospodarza koncertów, ale bierze na siebie też rolę kulturotwórczą. To właśnie z inicjatywy organizatorów na festiwalu zaprezentował się zupełnie nowy, stworzony na zamówienie zespół Macieja Grzywacza PDSN Quartet. Gdański gitarzysta do swojego „Dream Teamu” zaprosił Skandynawów – duńskiego saksofonistę Jakoba Dinesena, szwedzkiego kontrabasistę Daniela Francka oraz norweskiego perkusistę Håkona Mjåset Johansena. Choć był to ich pierwszy koncert, zespół zabrzmiał nad wyraz spójnie, co rokowało dobrze, zwłaszcza, że następnego dnia grupa weszła do studia.

Jednym z bohaterów (i sygnałów, że organizatorzy festiwalu przeszukują intensywnie krainy okołojazzowe) był Robert Glasper Experiment. Producent, który ma na koncie współpracę m.in. z Eryką Badu, zaprezentował dość ekscentryczną mieszankę jazzu, hip-hopu i kwaśnego r’n’b, którego symbolem był frontman Casey Benjamin, grający na saksofonie, śpiewający z użyciem vocodera i noszący na głowie malowniczy czub. Tłumy do klubu waliły jednak nie tylko na gwiazdy z USA. Super grupa Marka Napiórkowskiego Up! zgromadziła liczne grono fanów, a także kwintet Wojtka Mazolewskiego, prezentujący świeżutki album „Polka”.

Nie sposób nie wspomnieć o szorstkim, niemal aroganckim Robie Mazurku, którego Pulsar Quartet zagrał wizjonerskie połączenie free jazzu z post-rockiem. Zapamiętałem też niezwykłą koncentrację grającego bez nagłośnienia, wśród kawiarnianego gwaru, solo na trąbce Tomasza Dąbrowskiego i jakby zespolonego z fortepianem Sławka Jaskułke (również w solowym repertuarze z najnowszej płyty „Sea”).



Zobacz również

Jazz & Literatura 2017

Trzecia edycja śląskiego festiwalu odbyła się w dn. 6 - 15 października. Więcej >>>

Ad Libitum 2016

11. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej odbyła się w Warszawie w dn. 19… Więcej >>>

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

Jamie Cullum: Finał Zadymki

Finał Zadymki miał miejsce w sali koncertowej NOSPR w Katowicach.  Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu