Festiwale
Anna Gadt
(fot. Jacek Michałowski)

Artykuł opublikowany w JAZZ FORUM 1-2/2016

Jazz Jantar 2016

Stanisław Danielewicz


Jazz Jantar wyróżnia się nie tylko ilością wykonawców, ale przede wszystkim konsekwentnie realizowaną od kilku lat koncepcją prezentacji swoistych „paneli” repertuarowych. Specyfiką ubiegłorocznej edycji był panel poświęcony muzyce jazzowej Norwegii, zatytułowany Norway. NOW. Wyakcentowane słowo NOW wiele mówi o tym, jakich artystów zaprezentowano, jaka muzyka najczęściej tym samym rozbrzmiewała z estrady.

Inne panele to All That Jazz, Avant Days, Polska Scena Jazzowa, Młoda Scena Jazzowa. Każdy z nich miał, jak się wydaje, odrębną publiczność. Najbardziej zdumiewał poziom determinacji wiernych fanów danego gatunku, którzy skłonni są nagradzać frenetycznymi brawami i wołaniem o bis – występy niezbyt udane, niekoniecznie oryginalne, za to eksponujące cechy konstytutywne czy nawet sceniczne didaskalia określonej formacji stylistycznej.


Anna Gadt (fot. Jacek Michałowski)


Najwięcej – i słusznie, jak się okazało – obiecywałem sobie po prezentacjach panelu All That Jazz. Z podziwu godną precyzją organizatorzy spróbowali zdiagnozować podstawowe nurty światowego jazzu, dobierając odpowiednio reprezentatywne zestawy wykonawców. Już początek był interesujący. Aaron Goldberg Trio (USA) w klasycznym składzie (fortepian, bas, perkusja) grało muzykę, która mocno trzymała się tradycji lat 50. XX wieku, grupując popularne, łatwo rozpoznawalne tematy zarówno z repertuaru jazzowego, jak i muzyki popularnej ubiegłego stulecia. Od piosenki z filmu „Czarny Orfeusz” po parkerowskie kompozycje bopowe, czy Isn’t She Lovely Stevie’ego Wondera. I nie było to bynajmniej szukanie taniego poklasku, lecz zapewne wynik konstatacji, że publiczność tym bardziej doceni kunszt adaptacyjny wykonawców, gdy znajduje prosty punkt odniesienia. Dobrze się słucha takiej muzyki nie tylko dlatego, że proponuje intelektualną zabawę na styku oczekiwania i realizacji dźwiękowej, lecz także z powodu kompetencji, techniki instrumentalnej na wysokim poziomie i wreszcie wzajemnego zrozumienia między muzykami, co skądinąd stanowi o „sile rażenia zespołu”.


Aaron Goldberg Trio (fot. Jacek Michałowski)


Innego rodzaju tradycje i ich twórcze rozwinięcie zaproponował brytyjski kwartet Sons of Kemet. Dwóch perkusistów, tubista (rewelacyjny!) i tenorzysta odwołali się do afrykańskich korzeni jazzu, tyle że pierwotne afrykańskie rytmy są dziś zastępowane znacznie nowocześniejszymi odniesieniami do rytmiki latynoamerykańskiej, salsa, reggae itd. Owszem, bliżej do tradycji afrykańskiej jeśli idzie o wykorzystywane skale (pentatonika, skale rejonu Maghrebu), za to całkiem współczesne pojmowanie dualizmu aranżacji i improwizacji. A więc dokładnie zaprogramowane segmenty muzyki zapisanej, skomponowanej na zmianę ze zmierzającą do atonalności improwizacją dość swobodną, choć cały czas wspieraną perkusyjnymi kaskadami rytmów nakładających się i przeciwstawnych, prostych i wyrafinowanych, zaskakująco różnicowanych.

To w ogóle był dobry wieczór, bo w jego drugiej części zaśpiewała młoda, charyzmatyczna Cécile McLorin Salvant (USA). Towarzyszyło jej równie kompetentne i rzeczywiście akompaniujące, a nie współgwiazdorzące trio: Fred Nardin - p, Paul Sikivie - b, Lawrence Leathers - dr. Przecierałem oczy i uszy ze zdumienia: oto jakby zmartwychwstała Sarah Vaughan, młoda, lecz dysponująca doświadczeniem i techniką przewyższającą niedościgniony wydawałoby się wokalny wzorzec… Repertuar wokalistki wydawał się być prosty, prawie trywialny. Wiadomo jednak, że nie idzie o to, „co”, lecz liczy się przede wszystkim „jak”. Więc aranżacje bez wyjątku niebanalne, czasem wręcz odkrywcze, takich utworów jak m.in. Yesterdays, Lover Come Back to Me, Wives and Lovers (B. Bacharach), Never Will I Marry, John Henry (jedna z najpopularniejszych amerykańskich piosenek folkowych), So in Love, What Little Moonlight Can Do. I kilka własnych utworów, może nie powalających, ale biorąc pod uwagę wiek wokalistki (26 lat), to całkiem udane próby, choć teksty są trochę „przegadane”. Na bis McLorin Salvant zaśpiewała bez zespołu i bez mikrofonu gospel, którego nazwy z wrażenia nie zapisałem – po prostu było to tak piękne, uduchowione i wzruszające, że mógłbym w tym momencie uklęknąć i wyznać wszystkie grzechy, gdyby tylko tego zażądała…

Zespół James Farm (USA) w składzie: Joshua Redman - ts; Aaron Parks - p, Fender Rhodes; Matt Penman - b; Eric Harland - dr zaprezentował najważniejsze elementy z całej historii jazzu ostatnich kilkudziesięciu lat, jakby przefiltrowane i zastosowane z magiczną wręcz precyzją w muzyce. Każdy z muzyków był równoprawnym partnerem w budowie materii dźwiękowej, a ostateczny kształt stylistyczny wynikał zarówno z dobrze połączonych elementów budowy formy, jak i dbałości o każdy dźwięk, zaś skala oryginalnych rozwiązań melodycznych w improwizacjach wydawała się nie mieć końca. Grupa zagrała utwory z płyt „James Farm” i „City Folk” w porywających wersjach.

Kolejne pozycje w ramach segmentu All That Jazz to projekt „Tribute to Jimmy Giuffre” w wykonaniu szwajcarsko-amerykańskiego Samuel Blaser Quartet (przyjęty raczej chłodno, i słusznie) i występ kwartetu tenorzysty Marka Turnera (USA), całkiem interesujący, choć fajerwerków nie było.

Dwa występy połączę klamrą tematyczną. Pierwszy: Mari Kvien Brunvoll (Norway.NOW) w roli wokalistki, obsługującej dodatkowo komputerowo zapisane dźwięki. Drugi: Anna Gadt Silva Rerum (Polska Scena Jazzowa) – również wokalistka, również generująca loopy i muzykę konkretną z komputera, ale w towarzystwie instrumentalistów: Zbigniewa Chojnackiego - acc i Krzysztofa Gradziuka - dr. O ile pierwsza propozycja w najmniejszym stopniu nie nawiązywała do jazzu i była przy tym nudna, nieudolnie próbując prostych efektów wizualnych, to program Anny Gadt, choć w niewielkim stopniu nawiązujący do jakiegokolwiek elementu jazzu (np. wykorzystanie scatu), przynajmniej reprezentował solidny poziom wykonawczy i po stronie śpiewu, i aranżacji warstwy instrumentalnej.

Najgorzej, jak to najczęściej niestety bywa, z jakością muzyki prezentowanej przez tzw. awangardę, tu w panelu Avant Days. Ujawnia się, owszem, pewna tendencja: powiększa się przestrzeń aranżacji, zmniejsza znaczenie totalnej improwizacji zespołowej, a na znaczeniu zyskuje tradycja dodekafonii. Idealnie ową tendencję oddawała prezentacja belgijskiego tria Too Noisy Fish (Peter Vandenberghe - p, Kristof Roseeuw - b, Teun Verbruggen - dr), a muzycy dobrze wiedzieli, jak w atrakcyjny sposób przekazać publiczności z natury rzeczy skomplikowany formalnie program.

Podobnie w wielu fragmentach prezentacji w stronę atonalizmu zmierzała formacja Obara International Quartet feat. Tom Arthurs (PL/N/UK; Polska Scena Jazzowa), w składzie: Maciej Obara - as, Dominik Wania - p, Ole Morten Vågan - b, Gard Nilssen - dr, Tom Arthurs - tp. Nie wypada wyróżniać specjalnie żadnego z muzyków, bo wszyscy kompetentnie realizowali zamierzenia, niemniej można podkreślić, że odmienne temperamenty alcisty i trębacza doskonale się uzupełniały w dialogu; różne stany emocjonalne, zapewne w jakimś stopniu zaplanowane, wynikały ze „spięć” tam, gdzie improwizacja brała górę nad aranżacją.

W ramach Avant Days zagrała brytyjska grupa Polar Bear,budząc wielki entuzjazm kilkunastu osób na widowni, których frenetyczne oklaski spowodowały, że zespół zamiast przynudzać czterdzieści minut, miał okazję dodać kolejne dwadzieścia minut nudy. Umiejętności warsztatowe (nienaganne) muzyków i stopień komplikacji różnych elementów dzieła muzycznego w prezentacji mnie nie przekonują, gdy twórcy konceptu tracą po drodze emocje, a tak było w tym przypadku. Poza tym mogę podziwiać chaos, ale gdy jest zaplanowany!


Girls In Airports (fot. Krzysztof Winciorek)


O duńskim zespole Girls In Airports otrzymałem od studentów Akademii Muzycznej taką opinię:  „Jak daleko rozwinął się jazz, skoro zespół, który równie dobrze mógłby odnaleźć się na wielkich scenach muzyki alternatywnej czy indie jest gościem festiwalu, przynajmniej z nazwy, jazz­owego? I co decyduje o tym, że właśnie do tego worka jest wrzucony? Nie harmonia, z założenia bardzo prosta, ani rytmika, przede wszystkim drum’n’bassowa. Może wybór instrumentów o jazzowym rodowodzie?

Wybór zresztą znakomity, saksofoniści zupełnie nie przejawiali solowego współzawodniczenia, a raczej stapiali się w jeden ciepły sound, wysuwając często na pierwszy plan rytmiczne przydźwięki towarzyszące uderzeniom palców w klapy, czy wydostającemu się z czary powietrzu. Budowali w ten sposób napięcie, gdyż brzmienie było trafnym podkreśleniem emocji, a nie jedynie drażniącym dla uszu hałasem.”

Ale już Marc Ribot & The Young Philadelphians (USA) został pryncypialnie potępiony: „Już samo wejście na scenę basisty w różowym garniturze i gitarzystki z torebką oraz pulpitem z nutami nie zapowiadało niczego dobrego. Pierwszy utwór zaczął się wstępem wątpliwej sekcji smyczkowej, która wraz z gitarą akustyczną bardzo szybko została zagłuszona przez mocne brzmienie lidera-gitarzysty i sekcji rytmicznej. Postawiono koło siebie przypadkowych muzyków, którzy przyszli trochę „pojamować”. Dopiero w którymś utworze z kolei dało się usłyszeć przemyślaną linię melodyczną, ale szybko się okazało, że jej twórcą jest Carlos Santana.”

Nils Peter Molvaer (Norway.NOW) z wielkim wyczuciem do tworzenia niebanalnych linii melodycznych utrzymuje osiągnięty przez siebie status muzyka wielkiego formatu. Mistyczne brzmienie jego trąbki znakomicie dopełnione przez gitarę (Geir Sundstøl), bas (Jo Berger Mykre) i gongowe perkusjonalia (Erland Dahlen) zbudowało koncert estetycznie doskonały.

W inne obszary współczesnego jazzu przeniosła nas kolejna norweska grupa: Atomic (Norway.NOW). Grali: Frederik Ljungkvist - ts, Magnus Broo - tp, Håvard Wiik - p, Ingebrigt Håker Flaten - b, Hans Hulbæmo - dr. Klasyczne podejście do potocznej definicji „awangardy”, ostentacyjne lekceważenie „konwencjonalnej” melodyki, niespodziane zwroty formy, brak centrum tonalnego w większości utworów. Ale gdy mamy na scenie komplet indywidualności, do tego wykorzystujących walking typowy dla jazzu mainstreamowego, odwołujący się do rytmu jako elementu konstytutywnego, to całość prezentacji jawi się jako udana realizacja wspólnego konceptu.

Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden, bardzo pozytywny aspekt festiwalu, konsekwentnie od lat realizowany. To prezentacje debiutantów, muzyków z niewielkim stażem scenicznym, często studentów gdańskiej Akademii Muzycznej. W tym roku taką szansę na debiut w ramach międzynarodowej imprezy otrzymał kwintet HoTS (Młoda Scena Jazzowa) w składzie: Mikołaj Poncyliusz - g, Radosław Nowak - tp, Bartosz Tkacz - ts, Adam Prokopowicz - b, Jakub Kinsner - dr. Cool jazz przeniesiony w XXI wiek, doprawiony elementami stylu Pata Metheny’ego z lat 80., echa poetyki Milesa w grze trębacza, profesjonalnie napisane kompozycje gitarzysty, niebanalnie do tego frazującego w partiach solowych – czy to nie wystarczająca rekomendacja? 



Zobacz również

Jazz & Literatura 2017

Trzecia edycja śląskiego festiwalu odbyła się w dn. 6 - 15 października. Więcej >>>

Ad Libitum 2016

11. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej odbyła się w Warszawie w dn. 19… Więcej >>>

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

Jamie Cullum: Finał Zadymki

Finał Zadymki miał miejsce w sali koncertowej NOSPR w Katowicach.  Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu