Festiwale
Cassandra Wilson
fot. Sławek Przerwa

Artykuł opublikowany
w JAZZ FORUM 6/2013

Jazz nad Odrą 2013

Adam Domagała


Jazz nad Odrą – w 2013 roku odbywający się już po raz 49. – to festiwal mocno wrośnięty w kulturalną tkankę stolicy Dolnego Śląska, jedna z jego najbardziej efektownych wizytówek oraz marka, która chyba nie ma już wymiernej ceny. Trudno sobie wyobrazić, by wypracowany w ostatnich latach model organizacyjny, w którym festiwal jest własnością miasta (w sensie prawnym) mógł się skomercjalizować czy też – jak niegdyś bywało – po prostu sprywatyzować. Na taki skarb wszyscy muszą chuchać i dmuchać i – trzeba przyznać – na razie chuchają i dmuchają.

Magia zbliżającego się wielkimi krokami jubileuszu robi swoje. Tegoroczna edycja jednego z dwóch najstarszych (obok Jazz Jamboree) jazzowego festiwalu w Polsce była pierwszą od wielu lat, do której przygotowania szły niemal bezkolizyjnie. Nie słychać było o kaprysach gwiazd, które już niemal podpisały kontrakt, ale w ostatniej chwili się rozmyśliły; nie słychać było o kłopotach z budżetem (co nie znaczy, że ich nie było, co to, to nie – kasy na tej klasy wydarzenie zawsze jest za mało). Ogłoszony wiele tygodni przed inauguracją program zelektryzował fanów nie tylko we Wrocławiu i na pierwsze ważne koncerty wielu z nich czekało równie niecierpliwie, co nastolatek na swój pierwszy raz.

Czy warto było czekać? Jak najbardziej. 49. JnO był – choć przecież i w latach ubiegłych nie brakowało fajerwerków – imprezą spektakularną, inspirującą i godną zapamiętania na długo. Kilka zaś z tegorocznych wydarzeń już przeszło do festiwalowej legendy. Ale po kolei.


Dzień I: Indywidualności

Wtorek, 9 kwietnia. Rok temu gitarzysta Szymon Mika zdobył Grand Prix konkursu JnO, a jego koledzy z zespołu Organ Spot (organista Kajetan Galas i perkusista Bartek Staromiejski) wyjechali z Wrocławia z nagrodami indywidualnymi. W tym roku wrócili na JnO w przeddzień premiery swojej debiutanckiej płyty – i zrobili to w pięknym stylu, bawiąc i wzruszając mięsistym swingowaniem, pełnym wyrafinowanych niespodzianek aranżacyjnych, chwytliwych melodii i błyskotliwych solówek. Muzycy Organ Spot posiedli też rzadko spotykaną, zwłaszcza wśród jazzmanów ze stosunkowo niedużym doświadczeniem, umiejętność nawiązania bliskiego kontaktu z publicznością, a zadanie mieli, co tu kryć, niełatwe, bo koncert odbywał się w pewnym „zawieszeniu” – po zakończeniu wielogodzinnego maratonu konkursowego, a przed występem jednej z najbardziej oczekiwanych gwiazd festiwalu.

Pianista Robert Glasper, o którym tu mowa, na dobre, jak się wydaje, porzucił jazzowy mainstream i postanowił zająć się tworzeniem muzyki, jaka bez wątpienia zapewni mu dużo lepszy byt i globalną popularność, porównywalną do popularności gwiazd muzyki soul i r’n’b. Jako pianista, kompozytor, aranżer i producent jest istotą międzygatunkową i wszystkożerną. Ostatnią płytę „Black Radio” zrealizował z udziałem współczesnych śpiewających supergwiazd czarnej muzyki popularnej (Erykah Badu, Mef Dos, Lalah Hathaway, Me’shell Ndegeocello, Ledisi i inni).

Robert Glasper Experiment w wersji koncertowej to kwartet, który (obok lidera, grającego na sporym zestawie instrumentów klawiszowych) tworzą basista Burniss Travis, perkusista Mark Colenburg oraz Casey Benjamin, obsługujący saksofon, syntezatory i zdecydowanie nadużywany vocoder, mający zamaskować wokalne niedostatki wykonawcy. Na wielu, zwłaszcza młodszych słuchaczach produkcja tego zespołu robi oszałamiające wrażenie – jest w niej przecież niezachwiany, potężny groove, jest niesamowita siła, jest wciągający trans, jest imponujący luz… I tylko muzyki czasem brakuje, bo niekończąca się, radosna improwizacja – oparta jednak na monotonnych schematach rytmicznych i sprowadzonych do minimum harmoniach – nie ma w sobie nawet części tej finezji, jaką czarował Glasper jeszcze kilka lat temu. Szkoda, że jeden z najzdolniejszych i najbardziej twórczych wirtuozów fortepianu, fortepianu już prawie nie używa.

 

Dzień II: Who loves Miles?
W środę wielkich gwiazd na festiwalu nie było, było za to sporo fajnego muzykowania. Piotr Pawlak Jazztet to zespół utworzony przez studentów (byłych i obecnych) konserwatorium w austriackim Grazu. I jak na grupę o akademickich korzeniach przystało, grają jazz o nieco akademickim zabarwieniu, bez szaleństw formalnych, ale i bez sztampy. Brzmienie tego międzynarodowego bandu zdominowane zostało, co oczywiste, przez wszędobylskie dęciaki (Austriak Gerhard Ornig - trąbka i fluegelhorn, jego rodak Tobias Pustelnik - saksofon, Szwed Karel Eriksson - puzon), ale jak to zwykle bywa, solowe popisy byłyby niczym miedź brzęcząca, gdyby nie zdyscyplinowana sekcja rytmiczna (Ukrainiec Ilya Alabuzhev – kontrabas, lider Piotr Pawlak - perkusja). No i perła w koronie – brzmieniowo i wizualnie – niemiecka pianistka Stephanie Zimmermann.

Późny wieczór należał do efemerycznej formacji We Love Miles. Zespół tworzą doświadczeni (choć zdecydowanie zasługujący na większą rozpoznawalność) artyści, na co dzień grywający różne gatunki muzyki, niekoniecznie jazz. Jazzmanami z krwi i kości są saksofonista i flecista Tomasz Pruchnicki oraz trębacz Grzegorz Grocholski. Gitarzysta Andrzej Szeremet, klawiszowiec Piotr Świętoniowski, basista Jerzy Kwinta i perkusista Bartosz Niebielecki na życie zarabiają grając bluesa, soul, pop i rock. Wspólnie fascynują się głównie „elektrycznym” Milesem, w szczególności okresem jego współpracy z Marcusem Millerem i to właśnie z tej fascynacji urodził się projekt, który łączy w sobie wszelkie zalety jazzu jako sztuki wyższej i muzyki rozrywkowej jednocześnie. Długie utwory, często zaaranżowane jak wieloczęściowe suity, masa pomysłów brzmieniowych (oto, co znaczy mądre użycie elektroniki!), wigor i finezja. To nie był, broń Boże, żaden hołd złożony Milesowi Davisowi – to była fantastyczna zabawa, przygotowana z profesjonalną starannością i świadomością, że w jazzie istnieje w zasadzie tylko jeden grzech – grzech przewidywalności.

 

Dzień III: Tribute to…
Kontrabasista Darek Oleszkiewicz występuje na JnO niemal co roku. I zawsze przyjeżdża z oryginalnymi projektami, tworzonymi specjalnie na potrzeby wrocławskiego festiwalu, w towarzystwie muzyków, z których każdy jest gwiazdą światowego formatu. W tym roku zamysł Darka był, jak powiedzieliby młodsi czytelnicy JAZZ FORUM iście epicki. Bo jeżeli w zespole występują saksofonista Ernie Watts, pianista Billy Childs i perkusista Harvey Mason, i jeśli ci legendarni muzycy grają program dedykowany Charlie’emu Hadenowi, to wszystkie słowa okazują się zbędne – takie koncerty zdarzają się ledwie kilka razy w życiu.

Przez salę Impartu przeleciały anioły i pozostały wśród słuchaczy przez długi czas. Supergrupy, także jazzowe, mają to do siebie, że zgromadzenie w jednym miejscu najwybitniejszych nawet postaci nie gwarantuje artystycznego sukcesu. Tu było zgoła inaczej, a też słowo „sukces” byłoby na opisanie tego, co się wydarzyło, zbyt małe. Akustyczny, klasyczny w jazzowej formie i treści, kwartet prowadzony przez Oleszkiewicza wspiął się nie tyle na wyżyny wirtuozerii – to przecież było oczywiste – co stworzył zupełnie nową emocjonalną jakość. Muzycy i słuchacze stali się jednością, a muzyka dedykowana zmagającemu się z chorobą wielkiemu Amerykaninowi (standardy i melodie napisane przez członków zespołu) była wehikułem nieopisanych wzruszeń. Najpiękniejszy koncert całego festiwalu i, prawdopodobnie, najważniejsze artystyczne wydarzenie JnO ostatnich lat.

I jakież rozczarowanie przyszło już kilkadziesiąt minut później, gdy grać zaczęła supergrupa Miles Smiles, czyli Wallace Roney (trąbka), Larry Coryell (gitara), Joey DeFrancesco (organy Hammonda), Alphonse Mouzon (perkusja), Ralphe Armstrong (gitara basowa) i Ritz Margitza (saksofon tenorowy). Skład, że klękajcie narody, ale efekt opłakany, bo tak toporne odegranie kilku Milesowych evergreenów – ton nadawał, niestety, grający z finezją młota pneumatycznego Mouzon – uszłoby z biedą podczas wymęczonego jam session. Nic się tu nie kleiło, łomot dobiegający ze sceny sprawił, że już po kwadransie sala zaczęła intensywnie pustoszeć. Incydent firmowany przez niekiepskich przecież zawodników, niedopracowany, nieprzemyślany, noszący wszelkie znamiona skoku na kasę.

Najcierpliwsi słuchacze doczekali tego wieczora koncertu grupy Generation Next, utworzonej przez progeniturę ważnych postaci polskiego jazzu (Piotr Schmidt - trąbka, Jacek Namysłowski - puzon, Gabriel Niedziela - gitara, Tomasz Wendt - saksofon) oraz perkusistę Arka Skolika i włoskiego basistę Francesco Angiuliego. Jest potencjał (w sensie umiejętności wykonawczych i ambicji kompozytorskich), ale trzeba jeszcze poczekać na krystalizację stylu i artystyczną wypowiedź, którą będzie się chciało zapamiętać.

 

Dzień IV: American Songbook
Adam Makowicz we Wrocławiu bywa często i zwykle jest witany entuzjastycznie – nie tylko jako światowej sławy pianista, jeden z nielicznych Polaków, którzy zrobili karierę w ojczyźnie jazzu, ale i jako przyjaciel, życzliwy i uśmiechnięty. Ale ten przyjazd był szczególny, bo został zaplanowany jako spotkanie z młodzieżą – studentami Akademii Muzycznej, dla których wspólny występ z tej klasy wirtuozem to niepowtarzalne doświadczenie i nobilitacja.
Koncert został podzielony na kilka części.

W pierwszej zagrał Big Band Akademii Muzycznej we Wrocławiu pod kierunkiem profesora Aleksandra Mazura. Po krótkiej prezentacji możliwości tego zespołu (Love for Sale) na scenę wszedł, w znakomitej formie fizycznej, mistrz Makowicz i z marszu wyimprowizował efektowną solówkę w Misty. Jeszcze jeden wspólny numer (How High the Moon) i przyszła pora na kilka melodii zagranych solo – ni to bis, ni to rozgrzewka przed kolejną zespołową odsłoną. Preludium nr 7 Chopina i autorskie Living High in Manhattan Makowicz zagrał z towarzyszeniem orkiestry smyczkowej pod dyrekcją Alana Urbanka.

Ale najlepsze było dopiero przed nami – słynna Błękitna rapsodia Gershwina zagrana z pełną orkiestrą symfoniczną! Takiego tłumu wykonawców na jednej scenie w historii Jazzu nad Odrą chyba jeszcze nie było. Wyszło świetnie, improwizowana kadencja w środku utworu pozwoliła Makowiczowi pokazać cały kunszt i zapierającą dech w piersiach technikę. I choć orkiestra złożona z młodych muzyków, w bardziej komfortowych warunkach, mogłaby pewnie zabrzmieć równiej i soczyściej, to i tak wrażenia pozostały jak najlepsze.

Kurt Elling jest świetnym wokalistą. Jest także doskonałym showmanem. Do Wrocławia przyjechał w ramach trasy promującej najnowszy album „1619 Broadway: The Brill Building Project”, poświęcony miejscu, w którym kilka dekad temu powstawały największe hity ze skarbnicy The Great American Songbook. Śpiewakowi – ale w równej mierze także konferansjerowi, bo dużą część koncertu wypełniły zajmujące opowieści Ellinga o poszczególnych piosenkach – towarzyszyli pianista Laurence Hobgood, gitarzysta John McLean, basista Clark Sommers i perkusista Kendrick Scott, z którym lider wykonał efektowny, improwizowany duet. Wokalne możliwości El­linga są niemal nieograniczone, podobnie jak zapędy poliglotyczne. Ukłonem w stronę polskiej publiczności były dwie piosenki zaśpiewane po polsku, w tym Cichy zapada mrok – miły gest, ale czy naprawdę konieczny?

 

Dzień V: Inny odcień
Przedostatni dzień festiwalu trwał najdłużej i, jak się okazało, był jedynym, kiedy nie wydarzyło się nic, co nie byłoby warte zapamiętania. Same hity, choć nie zawsze spodziewane.

Laureaci Grand Prix tegorocznego konkursu – Tomasz Licak & Radek Wośko Quartet – grali zbyt krótko, by w pełni usatysfakcjonować publiczność, ale na tyle długo, by udowodnić, że nagroda zasłużenie trafiła w ich ręce. Saksofonista Tomasz Licak jest jednym z tych młodych lwów, którzy już na progu kariery zachwycają techniką i pomysłowością. W grze Radka Wośko słychać wszystkie zalety, jakie powinien posiąść jazzowy perkusista – trzyma zespół w rytmicznych ryzach, a jednocześnie pięknie buduje nastrój i ubarwia muzykę kwartetu, którego skład dopełnili pianista Carl Winther i basista Martin Buhl Staunstrup.

Soulowa wokalistka Maya Azucena nie jest jeszcze szerzej znana, ale w pełni potrafiła wykorzystać kredyt zaufania, jakiego udzielił jej protektor Marcus Miller, rekomendując ją organizatorom JnO. Takiej muzyki nieczęsto słucha się na jazzowych festiwalach (bo też nie jest to jazz w sensie ścisłym), ale radość, jaką dostarczyła publiczności i niewątpliwa charyzma, z którą poprowadziła swój zespół (w kilku utworach wzbogacony o chórek złożony z wrocławskich wokalistek), w pełni uzasadniał ten repertuarowy wybór.

A potem wybuchła sensacja. Dominika Piotrowska Project to międzynarodowy zespół prowadzony przez pochodzącą z Wrocławia, a od kilku lat mieszkającą w Nowym Jorku młodą perkusistkę. Dominika Piotrowska – śliczna dziewczyna z silnym, jak należy mniemać, charakterem, miała doborowe towarzystwo – na trąbce grał Amerykanin Jeremy Pelt, na alcie wrocławianin Sławek Dudar, na fortepianie Dominik Wania, a na kontrabasie Michał Barański. Nawet gdyby zespołu nie wyróżniało to, że jego liderką jest kobieta, trzeba by na niego zwrócić baczną uwagę. Taki dynamiczny, nieprzesłodzony jazz, pełen długich, ekspresyjnych solowych popisów, a jednocześnie mądrze pomyślany i osadzony w logicznych strukturach, mógłby być ozdobą każdego światowego festiwalu.

No i wreszcie Cassandra Wilson – największa, nominalnie, gwiazda tegorocznego JnO. Przyjechała do Wrocławia z dużym zespołem (Gregoire Maret - harmonijka, Brandon Ross - gitary, Jon Cowherd - fortepian i organy, Lonnie Plaxico - bas, John Davis - perkusja, Mino Cinelu - przeszkadzajki). Cassandra promuje właśnie swoją ostatnią płytę „Another Country” (pierwszą od lat, której nie wydała w Blue Note Records, w związku z czym niemal w Polsce niedostępną) i jako liderka ewidentnie nie jest w najlepszej formie. To nie był wybitny koncert, nawet jeśli artystom pomagało entuzjastyczne, wręcz bałwochwalcze przyjęcie przez publiczność. Zabrakło kogoś, kto by ten zespół osobowości poprowadził żelazną ręką, nadał eklektycznej muzyce napęd i kierunek. Owszem, głos gwiazdy ciągle jest wspaniały, pewnie, że wystarczą trzy wyśpiewane przez nią sylaby, by po plecach słuchaczy przechodziły dreszcze – ale jednak całość była po prostu niemrawa i wymęczona. Jakby się artystom – może z wyjątkiem Mareta, który wykorzystywał każdą okazję, by popisać się nieziemskim kunsztem – zwyczajnie nie chciało grać. Zachciało się dopiero pod koniec koncertu, gdy na bis doskoczył do zespołu zaproszony niespodziewanie przez Mino Cinelu Leszek Możdżer. W wieńczącym ten show nowoorleańskim temacie St. James Infirmary polski pianista okazał się brakującym ogniwem, to wraz z jego obecnością w muzyków wstąpił ten diabeł, który powinien był hałasować już od początku.

Jeśli ktoś był rozczarowany koncertem Cassandry Wilson, dobry humor odzyskał dzięki występowi skrzypka Adama Bałdycha. Co ten chłopak wyczynia ze skrzypcami, to już byłby temat na osobne wypracowanie, ale ważniejszy od wirtuozerskich popisów Bałdycha jest pomysł na muzykę, wyczucie formy, umiejętność budowania napięcia. To jest jazz zagrany z rockowym pazurem i popową, w najlepszym tego słowa znaczeniu, dosadnością, popisowo i egocentrycznie. Bałdych jest jedną z najmłodszych gwiazd niemieckiej wytwórni ACT, kolejnym, po Leszku Możdżerze i Pawle Kaczmarczyku, Polakiem wyróżnionym kontraktem z firmą Siggiego Locha. Nie bez powodu stoi dziś u wrót europejskiej kariery. Ma wdzięk, emanuje siłą i pewnością siebie, rozpiera go energia i radość grania.

We Wrocławiu towarzyszyli mu fiński pianista Iiro Rantala, Norweski saksofonista Marius Neset i Polacy – perkusista Paweł Dobrowolski oraz basista Michał Barański (w jednym utworze dołączyła wokalistka Maya Azucena). Każdy z nich to światowej klasy artysta, ale w zespole Bałdycha gwiazda jest tylko jedna, więc sidemani grali konsekwentnie „pod szefa”. Całe szczęście, że młody skrzypek potrafi ze swojej władzy dobrze korzystać.


Dzień VI: Gala
Od wielu lat nie ma JnO bez tzw. gali polskiego jazzu. To przedsięwzięcie ze wszech miar kontrowersyjne. Z jednej strony spore ambicje, by festiwalowy big band pod kierunkiem Zbigniewa Czwojdy grał z roku na rok lepiej, z drugiej – realia, w których przed wielką galą odbywają się jedna, góra dwie próby.

W tym roku było nieźle wtedy, gdy na warsztat szły sprawdzone standardy, polskie i amerykańskie (z solistami Robertem Majewskim, Henrykiem Miśkiewiczem, Michałem Urbaniakiem i zjawiskową Agą Zaryan), a zdecydowanie gorzej, gdy big band mierzył się z pomysłowością i bezkompromisowością Leszka Możdżera, który specjalnie na potrzeby gali napisał trzy nowe utwory, po czym był chyba jedynym muzykiem na scenie, który do końca wiedział, jak je zagrać.


Zobacz również

Jazz & Literatura 2017

Trzecia edycja śląskiego festiwalu odbyła się w dn. 6 - 15 października. Więcej >>>

Ad Libitum 2016

11. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej odbyła się w Warszawie w dn. 19… Więcej >>>

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

Jamie Cullum: Finał Zadymki

Finał Zadymki miał miejsce w sali koncertowej NOSPR w Katowicach.  Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu