Festiwale
Judy Bady
fot. Lech Basel

Jazz Nad Odrą i… Missisipi

Marek Garztecki


Pamiętam czasy, nie tak jeszcze odległe, gdy Jazz nad Odrą był ubogim kuzynem warszawskiego Jazz Jamboree, opierającym swój program niemal wyłącznie na występach krajowych, zwykle amatorskich zespołów. Jakże dramatycznie się teraz ich role odwróciły! Zaliczywszy tym razem, na ile było to fizycznie możliwe, większość koncertów tegorocznego JnO, śmiem twierdzić, że jest to obecnie w krajowym kalendarzu jazzowym impreza numer jeden, tak pod względem klasy wykonawców i ich stylistycznej reprezentatywności, jak organizacyjnej sprawności i panującej na niej atmosfery.

Nie czas tu i miejsce na opisywanie dziejów wrocławskiej imprezy, ale warto zauważyć, że jej przejściowy upadek związany był głównie z kłótniami pomiędzy jej twórcami, a renesans zawdzięcza ona rozsądnemu patronatowi ojców miasta. Stąd wypływają zapewne wnioski dla innych, przeżywających kryzys imprez, ale ich wyciągnięcie pozostawiam już innym.
Stabilizacji festiwalu Jazz nad Odrą z pewnością pomogło też znalezienie trwałego przytuliska w siedzibie wrocławskiego Impartu, dysponującej dużą „Salą Teatralną” w sam raz na imprezy główne i mniejszą „Kameralną” na stosowne dla mniejszej widowni występy.

Zgodnie z tradycją, dość zresztą świeżą, centralnym punktem pierwszego dnia festiwalowych koncertów JnO był występ Big Festival Bandu, działającego na bazie kierowanej przez Zbigniewa Czwojdę, szkoły jazzowej. Jego występ podzielony był na dwie, bardzo różne części. Zamiarem pierwszej, gdy jazzowe rury uzupełniał kwartet smyczkowy, a przy pulpicie dyrygenckim stał Stanisław Fijałkowski, było uhonorowanie czterdziestej rocznicy śmierci Krzysztofa Komedy przeglądem utworów charakterystycznych dla poszczególnych dziedzin jego twórczości.

Niestety, przycięte do prokrustowego łoża sztampowych big-bandowych aranżacji kompozycje Komedy kompletnie zatraciły swój niepowtarzalny klimat i charakter. Nie pomógł tu nawet wspaniały śpiew Lory Szafran, która zagłuszana fanfarami dęciaków musiała czasem zatykać uszy, by usłyszeć samą siebie. Już po występie, Zbigniew Czwojda przekonywał mnie, że tak to musiało brzmieć, bowiem aranżer nie dysponował pełną orkiestrą symfoniczną. Strach pomyśleć, jak by to brzmiało, gdyby Fiałkowski nastawał na realizację swego planu, mając do dyspozycji tylko drumlę, tarkę i harmonijkę ustną.

Dla odmiany część druga, pod batutą samego Czwojdy brzmiała lekko i potoczyście, z wyraźnym ukłonem w stronę bardziej „czarnych” brzmień. I tu, jak zwykle zwrócił ma uwagę Piotr Baron, szczególnie w Harlem Nocturne, gdzie jego stylowa solówka znalazła dogodny punkt oparcia w staccatowych riffach zespołu. Z ciekawszych partii solowych odnotowałem jeszcze jak zwykle pełne liryki Henryka Miśkiewicza w Ja nie chce spać i rozswingowane Jaremki w Brooklyn Blues. Ostatni z wymienionych ozdobił też stylowo Ewę Bem w ’S Wonderful. W secie Ewy Bem najbardziej jednak wzruszyła mnie Ballada o Kalinie, będąca hołdem dla już zapomnianej a przecież jednej z najbarwniejszych postaci polskiego życia artystycznego ostatniego półwiecza, Kaliny Jędrusik.

Włodzimierza Nahornego słyszałem w identycznym co na JnO repertuarze chyba ze trzy razy w ciągu ostatnich dwóch lat. Cóż, wielcy polskiego jazzu przyzwyczajają nas do tego, że zaczynamy być im wdzięczni już za samą chęć pojawienia się na estradzie.

Krzysztofowi Kiliańskiemu można za to zarzucić, że czasami ociera się o popowy kicz, ale w polskim jazzie, gdzie dobrych wokalistów (mężczyzn) zliczyć można na palcach jednej ręki, osoba śpiewająca stylowo i to dobrą angielszczyzną jest zawsze pożądanym przybyszem. Do tego, swym wykonaniem Fever i I’ve Got You Under My Skin udowodnił po raz kolejny, że tytuł jazzmana należy mu się bez jakichkolwiek zastrzeżeń.

Gwoli kronikarskiej dokładności należy dodać, że inauguracyjny koncert tegorocznego JnO otworzył laureat zmagań konkursowych jego ubiegłorocznej edycji Krzysztof Urbański ze swym Mid West Quartet. Mam nadzieję, że dane mi będzie wreszcie kiedyś poświęcić temu zespołowi więcej miejsca. Tu dodam tylko, że w ciągu roku gra Urbańskiego nabrała mocy i pewności, szczególnie widocznej w kończącej set tego zespołu balladzie.

Niestety, układ programu nie pozwolił mi na obejrzenie odrodzonego Laboratorium w klubie Rura, ale od obecnych na nim słyszałem, że został on znakomicie przyjęty przez publiczność. Udało mi się za to zaliczyć większość występu projektu Blackout współ-firmowanego przez Piotra Wojtasika i amerykańską wokalistkę Judy Bady. Ta ostatnia, na żywo okazała się niesłychanie kontaktową, by nie rzec rozgadaną osobą, obdarzoną mocnym kontraltem o typowo murzyńskiej barwie i łączącą w swym śpiewie elementy gospel z jazzową wokalistyką z tej najlepszej półki z napisem Betty Carter i Abbey Lincoln. Akompaniujący muzycy z pewnością nie ustępowali jej klasą, a sekcja rytmiczna, ze znakomitym Wayne’em Dockerym na basie i białą pianistką Franceską Tanksley była jedną z trzech najlepszych na tegorocznym JnO. Bady lubi pozakręcać śpiewane utwory, dzielnie przy tym wspomagana przez Wojtasika, tak że mimo później nocnej pory, warto było posłuchać tej wysmakowanej a jednocześnie pełnej żywiołowości muzyki.

Piątek, dzień zagranicznych gwiazd, ale jakże różnych. Lars Danielsson, tym razem wystąpił jako samodzielny lider zespołu promujący swą nową płytę solową „Tarantella”. W jego zespole obok m.in. Leszka Możdżera pojawił się perkusista Magnus Öström, były członek E.S.T., występujący ponoć po raz pierwszy publicznie od śmierci Svenssona. Nie wiem czy to akurat obecność Öströma to sprawiła, czy kontakt z publicznością, ale na żywo utwory z „Tarantelli” zdały mi się zagrane nieco bardziej zadziornie niż na tej sympatycznej, ale ciutki usypiającej płycie.

O śnie nie mogło być za to mowy w czasie występu grupy McCoy Tynera. Tak się składa, że kilka dni przed wyjazdem do Wrocławia otrzymałem dwie płyty Christiana Scotta i byłem ciągle pod wrażeniem wprost tryskającej energią i inwencją gry młodego amerykańskiego trębacza. Już rozpoczynający set  Walk Spirit, Talk Spirit przywołał wspomnienia pierwszego występu Tynera w Polsce przed blisko 35 laty. Ten sam bezkompromisowy atak na klawiaturę i pełne mocy brzmienie całego zespołu, tyle, że miejsce tenoru Azara Lawrence’a zajmuje obecnie grający równie ostro i pewnie Christian Scott. Staruszek Tyner może ma już kłopoty z poruszaniem się, ale przy fortepianie emanuje tą samą siłą, która kiedyś katapultowała do podniebnych lotów Johna Coltrane’a. Coltrane zawsze też pozostaje obecny w jego grze. We Wrocławiu objawił się w postaci Moment’s Notice z fantastycznym solem perkusisty Erica Gravatta oraz zagranej przez Tynera solo na bis Naimy.

Po drodze uraczył nas niemal swingowym In a Mellow Tone, w którym szacunek dla charakteru ellingtonowskiego oryginału jakoś nie kłócił się z na wskroś tynerowską interpretacją. Tutaj solo Scotta było stylowe, niemal słodkie, grane matową, podobną do flugelhornu barwą. Nawiasem mówiąc, uzyskiwanie ciekawych barw instrumentu staje się znakiem rozpoznawczym tego młodego nowoorleańskiego trębacza. Tyner zawsze potrafi sobie znakomicie ustawić sekcję rytmiczną, być może dlatego, że jego własny styl gry jest bardo „perkusyjny”. Dowiedli tego we Wrocławiu towarzyszący mu na kontrabasie Gerald Canon i perkusista Eric Kamau Gravatt. U tego ostatniego szczególnie zachwycała gra stopą, czego najlepszą próbkę dał w Afican Village.

W nastroju „shaken, not stirred” po koncercie Tynera, szybko przerzucamy się do gigantycznej piwnicy mieszczącej klub XO i przeciwległego końca stylistycznego spektrum w postaci jazz-rapu. Łączenie free-stylingu z instrumentalną improwizacją i jazzowymi samplami na papierze brzmi całkiem przekonywująco. Niestety, w wersji, jaką przedstawił tę mieszankę we Wrocławiu jej współtwórca, raper Guru, jazzu znalazło się stosunkowo niewiele.

I znowu nie udało mi się usłyszeć jazzu w Rurze, gdzie trafiłem już po zakończeniu występu tria Artura Dutkiewicza z programem „Niemen Improwizacje”. Nie zdążyłem też na koncertową premierę płyty „Miesiące” Ingi Lewandowskiej i Kuby Stankiewicza w Imparcie. Udało mi się za to złapać set grupy Artur Lesicki Acoustic Harmony. Wrocławski gitarzysta w firmowanym przez siebie projekcie zaprezentował czysto akustyczną muzykę na gitarę, akordeon i sekcję rytmiczną. Nie wiem czy sprawiła to późna pora, czy zmęczenie wywołane tynerowską energią, ale gra zespołu po prostu mnie oczarowała. Nigdy nie przypuszczałem, że taki zestaw instrumentów może nie tylko świetnie współbrzmieć, ale i wykrzesać prawdziwie jazzową pasję.

Wrocławski ikonoklasta Ryszard Gwalbert Misiek tym razem postanowił się zaprezentować w składzie hard-bopowego kwintetu i stosownej doń muzyki. Przyznam, że wolałem dawnego, „teatralnego” Miśka, bo hard-bopowców już na samym JnO było sporo od niego lepszych.

Podobnie nie jestem miłośnikiem zespołów frontowanych przez kilka jednakowych instrumentów, bowiem uwypuklają one największą słabość muzyki jazzowej – jej kolorystyczne ubóstwo. Dlatego też, otwierający trzeci dzień festiwalu, występ zespołu trzech barytonistów pod dowództwem Ronnie’ego Cubera był chyba najsłabszym, spośród tegorocznych zagranicznych produkcji. Zawiódł szczególnie Howard Johnson, którego pamiętam z pomysłowej gry na tubie w orkiestrze Gila Evansa. Teraz zupełnie nie wiedziałem, o co chodziło w jego rozmazanych solówkach. Pozytywnie za to zaskoczył mnie muzyk o którym najmniej słyszałem, Gary Smulyan – zdecydowanie zarysowaną frazą, swingiem i samą radością gry. Największe – i całkowicie zasłużone – brawa widowni zebrała jednak filigranowa pianistka zespołu, Helen Sung, zachwycająca energią i stylem mocno osadzonym w głównym nurcie jazzowej tradycji.

Joshua Redman zaczął swój występ od gadki o tym, jak bardzo lubi Wrocław i zapewnień, że najczęściej występowałby tam co miesiąc. Nie były to jednak tylko zwykłe komplementy, jakie wielu muzyków prawi publiczności, dla wprowadzenia jej w przychylny dla siebie nastrój. Słyszałem już uprzednio Redmana na żywo dwukrotnie i zawsze dawał świetne koncerty, ale tym razem było to coś zupełnie nieporównywalnego. Niemal od pierwszych dźwięków SurreyWith the Fringe on Top czuć było ogromną radość, jaką wspólne granie sprawiało trzem młodym muzykom. Przykładem nieomal telepatycznego porozumienia między nimi było jednoczesne fantastyczne solo perkusji i kontrabasu w Hide and Seek. Zgranie tym bardziej zadziwiające, że perkusista Clarence Penn, przyjechał na zastępstwo zapowiadanego w programie Gregory’ego Hutchinsona i – jak mnie zapewniał – był to jego pierwszy publiczny występ w tym składzie! Równie pewnie Penn i basista Reuben Rogers żeglowali poprzez nieoczekiwane zmiany tempa i nagłe zatrzymania (stop-go) w Insomnomaniac.

Ciekawy i nieprzypadkowy – jak potwierdził mi w rozmowie sam Redman – był układ programu, gdzie pięć jego własnych kompozycji było niejako obramowanych standardami, zaczynającymi i kończącymi koncert. Spośród „originals” wyróżniał się modalny Ghost z atmosferycznym solem kontrabasu na intro i Redmanem tym razem na sopranie.

W Redmanie coś jak gdyby się przełamało. To już nie był tylko obdarzony pięknym tonem, znakomity techniczne ale nieco akademicki muzyk, jakimi sporo w latach 90. obrodziło. Teraz inwencja wprost go rozsadzała, z niemal nonszalancką lekkością piętrzył zwroty i ozdobniki eksplorując każdy niuans melodii. W przeciwieństwie do większości innych młodych tenorzystów, zmagających się ciągle z przytłaczającą spuścizną Coltrane’a, Redman skręcił w stronę Rollinsa i przy okazji odnalazł siebie. W trakcie jego sola w granym na bis My Foolish Heart ciarki chodziły mi po plecach.

Jedną z cech JnO godnych szczególnego uznania jest łączenie koncertów super-gwiazd z prezentacją krajowych, głównie zresztą lokalnych grup i projektów jazzowych. W sobotę, w Sali Teatralnej, można było usłyszeć podporę wrocławskiej sceny, perkusistę Zbigniewa Lewandowskiego z jego nowym projektem Levandek – A Brand New Quintet, zespół Vibraslap z m.in. Miłoszem Rutkowskim (vib), Jerzym Główczewskim (sax) i wokalistą Januszem Szromem, orkiestrę Kasiuk & The Funky Horns oraz Miloopę w klubie Rura.

Osobiście dosłownie zaszokowali mnie Kasiuk & The Funky Horns, 13-osobowy zespół (plus trzyosobowy chórek) w programie „Tribute to Tower of Power”. Szok pierwszy, to konieczność rewizji mego od lat utrwalonego przekonania, że Polacy nie potrafią grać funky, i brać się za to nie powinni, bo brak im murzyńskiego luzu i odwagi by czasem poszaleć, odpuścić sobie metronomiczną precyzję i czystość dźwięku. Okazuje się, że Polak (a właściwie Wrocławianin) potrafi! Tu szacunek dla trębacza Tomka Kasiukiewicza, który to swoim kolegom potrafił zaszczepić, dla wokalistki Joanny Kwaśnik, która czadowała tak, jak gdyby urodziła się nad Missisipi, a nie nad Odrą, i jak zwykle stylowego Piotra Barona.
Drugi szok, to reakcja widowni. Przez niemal cały czas tego występu dosłownie nikt (z wyjątkiem niżej podpisanego) na widowni się nie poruszył, nie zerwał do tańca. Jak można przesiedzieć nieruchomo wiązankę utworów Jamesa Browna, tego po prostu nie jestem w stanie pojąć. Więc może jednak Kasiuk & The Funky Horns są tym wyjątkiem potwierdzającym moją teorię?

Finałowym akcentem festiwalu był niedzielny występ Jasona Morana w specjalnym projekcie „In My Mind: Monk At Town Hall 1959”. Sam Moran i jego muzycy kręcili się już jakiś czas po festiwalu w strojach „z epoki”, czapkach, kaszkietach i garniturach będących ikonografią czasów, w które lider pragnął przenieść słuchaczy. Ubrania, stare fotografie, fragmenty wywiadu z Monkiem, własne impresje Morana na temat muzyki, życia – swego bohatera i własnego – rzucane na umieszczony nad muzykami ekran. Wszystko to stanowiło część tego multimedialnego spektaklu, wspólnie z graną na estradzie muzyką. Młody amerykański pianista nie „odgrywał” swego idola ale nieomal wcielał się w niego.

Sześcioosobowa sekcja dęta, posługiwała się oryginalnymi Monkowskimi aranżami z 1959 roku. Gdy jednak grał sam Moran, szczególnie ze swą amerykańską sekcją rytmiczną (rury „importował” z Anglii), to niejako wbrew jego intencjom nawet takie standardy jak Crepuscule With Nellie czy Little Rootie Tootie miały znacznie bardziej wycyzelowany, elegancki charakter, niż było to zamiarem ich kompozytora. W finale spektaklu muzycy zebrali się na brzegu estrady, następnie zeszli na widownię i przeszli – cały czas grając – korytarzem w stronę baru, a za nimi podążyła publiczność, której jeszcze przez jakiś czas tam przygrywali. Owo nowoorleańskie pożegnanie będzie jednym z wrażeń, jakie na długo pozostaną w pamięci uczestników tegorocznego Jazzu nad Odrą.

Marek Garztecki


Artykuł opublikowany w JAZZ FORUM 4-5/2009

 


Zobacz również

Jazz Forum Showcase

Pierwsza edycja Jazz Forum Showcase powered by Szczecin Jazz odbyła się w dn. 1-3… Więcej >>>

Jazz & Literatura 2017

Trzecia edycja śląskiego festiwalu odbyła się w dn. 6 - 15 października. Więcej >>>

Ad Libitum 2016

11. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej odbyła się w Warszawie w dn. 19… Więcej >>>

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu