Festiwale
Smolik i Stańko
fot. Marek Romański

Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej

Marek Romański


Jazzowa Jesień w Bielsku, triumfalnie rozpoczęta koncertem Ornette’a Colemana (patrz JF 12/2008), potoczyła się nurtem wartkim, acz zgodnym już z ogólną formułą festiwalową wypracowaną przez pięć poprzednich edycji. Jest to bowiem przede wszystkim festiwal Tomasza Stańki, a co za tym idzie gros artystów, którzy na nim występują pochodzi ze „stajni” monachijskiej firmy ECM.

Już 13 listopada ub.r. w sali Bielskiego Centrum Kultury nowy album „Rain On The Window”, nagrany dla tej wytwórni, zaprezentowali dwaj brytyjczycy Howard Moody - org i John Surman - bs, ss, bcl. Po tym koncercie mieliśmy
dwutygodniową przerwę i 27 listopada ponownie do BCK powróciła muzyka jazzowa. Tym razem był to Tomasz Stańko – artysta, który wprawdzie jest utożsamiany z „najpiękniejszym brzmieniem powyżej ciszy”, ale projekt, z jakim do Bielska przyjechał, raczej nie mógłby liczyć na przychylność szefa ECM Manfreda Eichera. Mowa tu o współczesnej wersji słynnego w latach 80. albumu „Peyotl – Witkacy”. W rewitalizacji tego słowno-muzycznego spektaklu naszemu trębaczowi pomógł znany producent, aranżer, klawiszowiec i kompozytor Andrzej Smolik. O ile pierwowzór był psychodeliczno-jazzrockową wizją muzyczną do fragmentów tekstu Witkacego zaczerpniętych ze zbioru esejów „Narkotyki/Niemyte dusze”, o tyle nowa jego wersja jest triphopowo-nujazzową suitą. Ten sam pozostał, odtwarzany z taśmy (komputera?) natchniony głos Marka Walczewskiego czytającego narkotyczne obrazy Witkacego.

Stańko i Smolik zgromadzili na scenie spory zespół złożony z młodej generacji w składzie: Radosław Nowicki - ts, Łukasz Korybalski - tp, Dariusz Plichta, Michał Tomaszczyk - tb, Robert Cichy - g, Krzysztof Pacan - bg, Marcin Ułanowski - dr i Jose Manuel Alban Juarez - perc. Ten rozbudowany aparat wykonawczy został zaprzęgnięty do kreowania rozmaitych nastrojów, zawsze jednak podporządkowanych surrealistycznej logice Witkacowskiego tekstu. Mniejsza tu o przynależność gatunkową poszczególnych fragmentów – bowiem gatunki, stylistyki, konwencje przeplatały się, tworzyły skomplikowaną mozaikę, w której trudno już było rozpoznać wyjściowe składniki.

I tak „Niewyobrażalnej piękności morze, oświetlone jakimś hipersłońcem” ewokowało impresjonistyczny obraz malowany plamami syntezatorów, szemrzącymi perkusjonaliami i łagodnym solem trąbki. „Blondynka z niebieskimi oczami” zachęciła muzyków do ostrego, nieokrzesanego jazz-rocka w stylu „Bitches Brew” Davisa, chwilę później zespół zabrzmiał niczym gwiazda wytwórni Ninja Tune Jaga Jazzist. W „Luksusowym gadzie w typie dinozaura” trąbka przedrzeźniała głos, by wreszcie wdać się z nim w dyskurs. Smolik okazał się mistrzem klawiszowych nastrojów, dodając elektroniczne brzmienia zawsze adekwatnie, oszczędnie i intrygująco. Ta, niełatwa przecież, muzyka spodobała się słuchaczom do tego stopnia, że wypełniona w całości widownia zmusiła muzyków do podwójnego bisu.

Następny dzień został już zdominowany przez melancholijną, nastrojową konwencję wytwórni ECM. Na początek dostaliśmy niemiecko-argentyński duet Anja Lechner - cello i Dino Saluzzi - bandoneon, którzy zaprezentowali materiał z płyty „Ojos Negros”. Muzykę tej pary należałoby określić jako kameralną wariację na temat piazzollowskiego tango nuevo. Dbałość o detal, o czystość i jakość współbrzmień cechowały ten występ. We wszechogarniającej refleksyjności, nostalgii i cyzelowaniu brzmienia zagubiły się gdzieś dramatyczne zwroty argentyńskiego tanga. A przecież to właśnie emocjonalność i zmysłowość tej muzyki kiedyś zafascynowały tancerzy i słuchaczy na całym niemal świecie.

Po krótkiej przerwie usłyszeliśmy kolejny projekt łączący etniczne wpływy z klasycyzującymi stylizacjami. Po raz pierwszy w Polsce wystąpił tunezyjski mistrz persko-arabskiej lutni oud Anouar Brahem. Muzyk ten łączy w swoich utworach trzy światy: tradycję bliskowschodnią reprezentowaną przez orientalne skale i charakterystyczne brzmienie swojego instrumentu, muzykę klasyczną (tu obecną głównie w pianistyce Francoise Couturiera – grywającego zarówno klasyczne utwory, jak i muzykę współczesną) i francuskie musette, z którym kojarzyła się gra akordeonisty Jean-Louisa Matiniera.

To chyba skład marzeń Tunezyjczyka, bowiem grupa ta nagrała już dwie płyty „Le Pas Du Chat Noir” i „Le Voyage De Sahar” – obie oczywiście dla ECM-u. Trudno mu się dziwić, bo każdy z muzyków Tria jest wirtuozem z wyrazistą osobowością, mimo tego potrafią podporządkować się czystości muzycznego przekazu. Brahem snuje na swojej lutni niespieszne, nostalgiczne opowieści przez duży pogłos lekko odrealnione, podczas gdy Couturier dopowiada kaskadami pozornie oderwanych dźwięków o krystalicznie czystej intonacji. Stosunkowo najbardziej tradycyjnie traktował swoją wirtuozerię Matinier, choć i on potrafił się wycofać, dopełniając tylko muzyczny obraz delikatnymi dźwiękami na pograniczu ciszy. Nieprzypadkowo użyłem tu słowa „obraz”, bo muzyka Brahema ma wiele wspólnego ze sztukami wizualnymi, słychać wyraźnie jego doświadczenie i upodobanie w pisaniu ścieżek dźwiękowych do filmów i spektakli baletowych. Publiczność wyszła z tego koncertu zauroczona, jakby z trudem wracając z nieco baśniowej aury do rzeczywistości.

Dzień kolejny rozpoczęła wokalistka – Norma Winstone. Trudno jednak określić ją jedynie tym mianem, Angielka traktuje bowiem swój głos jak instrument, a jej muzyczni partnerzy (Glauco Vienier - p i Klaus Gessing - ss, bcl) wdają się z nią w równoprawne dialogi. Poetyckie teksty Normy doskonale korespondują z wyszukaną, kapryśną formą jej utworów, które często układają się w minisuity o skomplikowanych liniach melodycznych. Wokalistka wykorzystuje całą paletę dźwięków onomatopeicznych, przydechów, pomruków, westchnień, czyniąc z nich elementy muzycznej wypowiedzi. Muzycy znakomicie wypełniali przestrzeń, jaką dawała im wokalistka, przestrzeń tym większą, że brak było nie tylko perkusji, ale także instrumentu basowego (od czasu do czasu rolę podstawy przejmował klarnet basowy Gessinga). I to właśnie włoski pianista przyłożył rękę do utworu, który zrobił na mnie chyba największe wrażenie podczas tego koncertu – mowa tu o aranżacji miniatury fortepianowej Erika Satie do tekstu Passoliniego napisanego w szczególnym, północnowłoskim dialekcie. Pod koniec występu usłyszeliśmy nawet standard Cole Portera Every Time We Say Goodbye – kompletnie przearanżowany i z lekko zmodyfikowaną linią melodyczną.

Na zakończenie wieczoru scenę zajął czeski basista Miroslav Vitouš ze swoim kwartetem (Garry Campbell - ts, sopranino, Franco Ambrosetti - tp i Fabrizio Sferra - dr). Nie miejsce tu by wymieniać wszystkie amerykańskie sławy, z jakimi grywał Vitouš, warto tylko wspomnieć o zespole Milesa Davisa oraz fakt, że Czech był współzałożycielem słynnego Weather Report.

Od pewnego czasu zamieszkuje on we Włoszech, stąd też wynika obecność w jego zespole trębacza i perkusisty z Italii. Kwartet Vitouša zaprezentował materiał z nowej płyty, która ukaże się wiosną br., jednak mogliśmy usłyszeć także sporo utworów z ostatniego, jak dotąd, albumu „Universal Syncopations II”, gdzie mieliśmy do czynienia ze śmiałą próbą ożenienia operowego patosu z jazzową improwizacją. Operowe orkiestracje (jak też i inne dźwięki) Vitouš uzyskiwał z małego samplera. Interesująco brzmiały linie kontrabasu kontrapunktujące linie komputerowych smyczków, obaj dęciacy to muzycy z najwyższej półki wychowani w hardbopowej tradycji. Szczególnie dobre wrażenie zrobił na mnie Ambrosetti – toż to włoski Freddie Hubbard!

Koncert jednak na dobre nabrał kolorów, gdy lider zrezygnował z elektronicznych zabawek i jazzowa maszyna ruszyła ostro do przodu napędzana bezbłędnym walkingiem lidera i gęstymi, polirytmicznymi partiami perkusji Sferry. Wtedy niektórzy ze słuchaczy doznali zapewne deja vu, bowiem przed oczami (a zwłaszcza uszami) stanął nam... słynny kwartet Ornette’a Colemana z początku lat 60., kiedy to grali w nim Charlie Haden czy Don Cherry. W ten sposób czas zatoczył krąg i festiwal rozpoczęty oryginalnym colemanowskim jazzem wrócił do podobnie ostrego, zadziornego, acz utrzymanego w bluesowo-jazzowej tradycji grania.

Na zakończenie całej bielskiej imprezy 5 grudnia wystąpił w kościele św. Andrzeja Boboli zespół aranżerki, pianistki i wokalistki Carli Bley w kolędowym repertuarze.

Marek Romański

 


Zobacz również

Jazz Forum Showcase

Pierwsza edycja Jazz Forum Showcase powered by Szczecin Jazz odbyła się w dn. 1-3… Więcej >>>

Jazz & Literatura 2017

Trzecia edycja śląskiego festiwalu odbyła się w dn. 6 - 15 października. Więcej >>>

Ad Libitum 2016

11. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej odbyła się w Warszawie w dn. 19… Więcej >>>

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu