Festiwale

fot. Krzysztof Grabowski

Opublikowano w JAZZ FORUM 1-2/2017

Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej 2016

Marek Romański


14. edycja bielskiego festiwalu (15-20 listopada) okazała się jedną z najlepszych w historii. Dyrektor artystyczny Tomasz Stańko i jego córka Anna przygotowali program zróżnicowany, z koncertami, które na długo pozostaną w pamięci.

Patronem Jazzowej Jesieni od samego początku była niemiecka firma płytowa ECM, jednak organizatorzy często wykraczali poza charakterystyczną stylistykę tej oficyny zapraszając artystów z zupełnie innych parafii. Tym razem klucz ECM-owski został zachowany niemal w całości programu. Bogactwo katalogu tej firmy i zróżnicowanie stylistyczne artystów są tak wielkie, że na scenie Bielskiego Centrum Kultury nie było mowy o monotonii.



Vijay Iver & Wadada Leo Smith, fot. Jarek Rerych


Otwarcie festiwalu należało do dziarskiego 80-latka Dino Saluzziego. Argentyński wirtuoz bandoneonu jest dziś najbardziej znanym spadkobiercą tradycji tango nuevo Astora Piazzolli. Jego obecny zespół to niemal rodzinne przedsięwzięcie – na saksofonie towarzyszył mu brat Felix „Cuchara”, na gitarze syn Jose Maria, na kontrabasie i gitarze basowej bratanek Matias, spoza klanu Saluzzich wywodził się jedynie perkusjonalista U.T. Gandhi. Usłyszeliśmy głównie materiał z ostatniej płyty tego zespołu „El Valle De La Infancia”. W pierwszym utworze do Saluzziego dołączył sam Tomasz Stańko na trąbce. Nie było to ich pierwsze spotkanie, Dino Saluzzi zagrał już na płycie naszego trębacza „From The Green Hill” (1999).

Argentyńczyk rozwinął koncepcję Piazzolli i oddalił się jeszcze bardziej od klasycznego tanga. W jego muzyce ważne są nastrój, brzmienie, pełna nostalgii atmosfera. Z jazzem łączy ją żywioł improwizacyjny obecny w partiach lidera, czy w doskonale osadzonych w harmonii solach saksofonu. Nawet kontrabas miał miejsce dla indywidualnych popisów. Fundamentem utworów Saluzziego nie jest zresztą tylko tradycja tanga, ale również inne gatunki muzyczne wywodzące się z Ameryki Południowej, takie jak zamba, chamamé, czy chacarera.

Kolejny dzień przyniósł diametralnie różne wrażenia. Brytyjsko-norweski duet Food (Thomas Stronen - perkusja, live electronics, Moog, Fender Rhodes; Ian Ballamy - saksofon tenorowy, live electronics) przedstawił muzykę na pograniczu elektroakustycznego eksperymentu i skandynawskiej melancholii. Snujące się, szerokie frazy mocno spogłosowanego i zwielokrotnionego delayem saksofonu zderzały się z szeroką paletą elektronicznych brzmień. Czasem brzmiało to bardzo subtelnie, wręcz kontemplacyjnie, a czasem drażniło industrialnymi odgłosami. Ważnym elementem tego występu był nastrojowy film, autorstwa brytyjskiego artysty Dave’a McKeana.



Michael Formanek Ensemble Kolossus, fot. Krzysztof Grabowski


Po przerwie na scenie pojawił się Avishai Cohen Quartet (lider - trąbka, Yonathan Avishai - fortepian, Yoni Zelnik - kontrabas, Johnathan Blake - perkusja). Dwa lata wcześniej izraelski trębacz miał zagrać na Jesieni Jazzowej w składzie zespołu amerykańskiego saksofonisty Marka Turnera. Musiał jednak wyjechać w przeddzień koncertu z powodu ciężkiej choroby swojego ojca. Tamte wydarzenia odcisnęły piętno na tegorocznym koncercie. Repertuar składał się głównie z utworów z płyty „Into The Silence” – która według słów samego artysty powstała jako próba zmierzenia się z doświadczeniem choroby i śmierci ojca. Już otwierający utwór o znamiennym tytule Life and Death wytyczył szlak, którym będzie podążał zespół. Pełne bólu partie trąbki, w których spotykało się ciemne, stłumione brzmienie Milesa z szorstką melodyką Dave’a Douglasa, doskonale współgrały z klasycyzującym fortepianem i elastyczną sekcją rytmiczną. W tej ostatniej wyróżniał się perkusista – pochodzący z Filadelfii Blake był istnym motorem napędowym grupy. Bodaj najpiękniejszy fragment tego poruszającego koncertu nastąpił, gdy w utworze Into the Silence na scenie pozostali tylko trębacz i pianista demonstrując całą paletę barw dostępnych swoim instrumentom. Na bis
zabrzmiał temat Art Deco Dona Cherry’ego – drapieżny, dynamiczny, świadczący o wielkich możliwościach technicznych Cohena.

Dzień następny otworzył duński gitarzysta Jakob Bro, mając za sobą znakomitą, pełną wyobraźni sekcję rytmiczną (Thomas Morgan - kontrabas, Joey Baron - perkusja) stworzył na scenie prawdziwe misterium dźwięku. Paleta brzmień sięgała od eterycznego dialogu gitary z kontrabasem na tle delikatnie szemrzącej perkusji, przez zapętlone i nakładane na siebie polifonicznie partie gitary, po ostre, przesterowane riffy. Nie brakowało przestrzennych plam dźwięku na tle kapryśnych, pozornie przypadkowych linii perkusyjnych. Czasem kojarzyło się to z dawnym triem Billa Frisella, czasem z soundscapes Roberta Frippa, a nawet z ambientem Briana Eno.

Do tradycji bielskiego festiwalu należą specjalne projekty Tomasza Stańki, często tworzone wyłącznie na potrzeby tej extravaganzy. Tym razem dostaliśmy premierę nowego amerykańskiego kwartetu (lider - tp, David Virelles - p, Reuben
Rogers - db, Marcus Gilmore - dr) w repertuarze z płyty, która ukaże się w tym roku, oczywiście nakładem ECM. Nasz trębacz od dawna prezen­tuje własny, łatwo rozpoznawalny styl, w którym miesza się drapieżny krzyk z tęsknotą i nostalgią. Nowością była gra całego zespołu. Wszystko tu pulsowało i drgało w iście nowojorskim rytmie. Virelles na fortepianie z równą łatwością poruszał się po klasycyzującej tradycji Billa Evansa czy Keitha Jarreta, jak i wybijał potężne, tynerowskie akordy czy rozpędzał się w motorycznych, hancockowskich ostinatach. Reuben Rogers świetnie osadzał to wszystko na basowym fundamencie, Gilmore oszałamiał polirytmiami, których nie powstydziłby się sam Tony Williams.

Amerykanin Craig Taborn jest wszechstronnym, gruntownie wyedukowanym pianistą. Udowodnił to w swoim solowym recitalu. To był erudycyjny pokaz współczesnej pianistyki, raczej muzyka dla muzyków, mało atrakcyjna dla przeciętnego odbiorcy. Od minimalistycznych, pojedynczych dźwięków, którym pozwalał wybrzmiewać do końca, przez impresjonistyczne pasaże, po gęste, perkusyjne klastery w stylu Cecila Taylora czy Matthew Shippa. Brakowało w tym trochę oddechu, melodyjnej efektowności, która pozwoliłaby przykuć uwagę słuchacza.

Koncert wielkiego, 18-osobowego składu Michael Formanek Ensemble Kolossus był prawdziwym wydarzeniem. Wystarczy powiedzieć, że to jedyny występ w Europie tego pełnego amerykańskich gwiazd zespołu! Grupa prezentowała materiał z albumu „The Distance”. Basista i autor muzyki Michael Formanek miał do dyspozycji sekcje trąbek, saksofonów, puzonów, fortepian, gitarę, marimbę i perkusję. Usłyszeliśmy tak wybitnych instrumentalistów jak Chris Speed na saksofonie tenorowym i klarnecie, Tim Berne na tenorze i barytonie, Mary Halvorson na gitarze, Brian Settles na tenorze i flecie, czy Kris Davis na fortepianie. Całością dyrygował Mark Helias.

Dostaliśmy rodzaj wielowątkowej suity, w której tradycja sięgająca Duke’a Ellingtona,
Gila Evansa i Marii Schneider przeplatała się
z doświadczeniami awangardowych orkiestr w rodzaju Globe Unity Orchestra czy ICP Orchestra. Imponowały idealne zgranie i potężne brzmienie zespołu, intrygowały sonorystyczne sola, inkrustowane tajemniczo brzmiącą marimbą (Patricia Brennan). Na wskroś nowocześnie zabrzmiała w swojej partii solowej Mary Halvorson ze smakiem przekształcając dźwięk gitary za pomocą elektroniki. To był oszałamiający pokaz możliwości współczesnego dużego zespołu umiejętnie korzystającego z tradycji i ożywianego kreatywnością poszczególnych solistów.

Do highlights festiwalu należy zaliczyć również amerykański duet Vijay Iyer - fortepian, Rhodes, electronics/Wadada Leo Smith - trąbka. Iyer – wciąż jeszcze młody, wielbiony przez krytykę potomek hinduskich emigrantów spotkał się z weteranem, legendą chicagowskiego AACM. Koncert teoretycznie prezentował ich wspólny album „A Cosmic Rhythm With Each Stroke” – ale jeśli już to tylko na zasadzie luźnych nawiązań. Na scenie bowiem rządziły improwizacja i swobodny strumień świadomości. Od pastelowych, onirycznych plam przetwarzanego elektronicznie Rhodesa i długich smug dźwięku trąbki obaj nagle, bez ostrzeżenia przeszli do dynamicznej partii fortepianu kontrapunktowanego ostrymi interwencjami Wadady. I tak rozpoczął się ten znakomity koncert, w którym było wszystko: falowanie dramaturgii, psychodeliczne krajobrazy malowane z użyciem elektroniki, intrygujące historie opowiadane trąbką mistrza, przestrzeń i cisza, ale też zgiełk współczesnego miasta, ból i radość, wściekłość i spokój, fragmenty zachwycającego piękna sąsiadujące z zamierzoną bruitystyczną brzydotą. Trudno określić tę muzykę w kilku słowach – ona tworzy własne uniwersum, jest sama dla siebie i wyznacza swoje standardy. To był koncert, który nikogo nie pozostawił obojętnym – jedno z najważniejszych wydarzeń ubiegłego roku.

Tradycyjnie Bielską Jesień zakończył koncert dixielandowy, tym razem był to występ brytyjskiej grupy Paul Jones & Digby Fairweather’s Half Dozen. Organizatorami całego festiwalu byli: dyrektor Bielskiego Centrum Kultury Władysław Szczotka, Firma Fire Anny Stańko oraz Wydział Kultury i Sztuki Urzędu Miejskiego w Bielsku.



Zobacz również

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

Jamie Cullum: Finał Zadymki

Finał Zadymki miał miejsce w sali koncertowej NOSPR w Katowicach.  Więcej >>>

Jazz Jantar: edycja wiosenna

Skompletowanie „band of dreams” i nagranie z takim zespołem zaproponowanego przez siebie repertuaru –… Więcej >>>

Jazz Od Nowa Festival 2017

Odbył się po raz siedemnasty (22-25 lutego, trzy pierwsze wieczory w sali koncertowej ACKiS… Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu