Coda
fot. Gerard Futrick

Jimmy Cobb



Legendarny amerykański perkusista zmarł na Manhattanie 25 maja 2020.

Ostatni z uczestników sesji Milesa Davisa „Kind Of Blue”, Cobb był członkiem zespołów Milesa w latach 1957 - 63, grał również na kilku innych słynnych płytach wielkiego trębacza, jak „Porgy And Bess” czy „Sketches Of Spain”. Lista artystów, z którymi współpracował, zapiera dech w piersiach, bo byli to m.in. Billie Holiday, Charlie Parker, Dizzy Gillespie, John Coltrane, Clark Terry, Sarah Vaughan, Cannonball Adderley, Wes Montgomery, Dinah Washington, Ron Carter, Wes Montgomery, Nancy Wilson, Wayne Shorter, Brad Mehldau czy Roy Hargrove. Jimmy Cobb zmarł na raka płuc w swoim domu na Manhattanie. Miał 91 lat.

Sześć lat temu w domu sławnego drummera w Harlemie zjawił się na umówiony wywiad Paweł Urbaniec.

– Czy pamiętasz, jak poznałeś Milesa Davisa?

– Grałem z nim jeszcze w Bostonie, kiedy spotykałem się z Dinah Washington. DJ Symphony Sid zebrał największych muzyków jazzowych i organizował koncerty w różnych teatrach. Grupę nazwał Symphony Sid All-Stars. Grali w niej Miles Davis, Charlie Parker, Milt Jackson oraz Toots Thielemans, który właśnie wrócił z Brukseli. W sekcji rytmicznej byli Beryl Booker, Keter Betts i ja. Tak wyglądał nasz zespół. Najpierw pokazywano krótki film, a następnie pojawiał się jazz. Graliśmy razem przez cały tydzień. Było to jakieś pięć czy sześć lat przed tym, zanim dostałem się do zespołu Milesa.

– Współpracowałeś z Milesem przy kilku projektach. Dlaczego akurat „Kind Of Blue” przeszedł do historii?

– Ze wszystkich płyt, które stworzył, żadna inna nigdy nie zyskała takiej sławy. To najpopularniejsza płyta jazzowa wszech czasów. Lubię „Porgy And Bess” czy „Sketches Of Spain”, w nagrywaniu których też brałem udział. Wiele jego przedsięwzięć było świetnych. Nie spodziewałem się, że „Kind Of Blue” stanie się tak znaczącym albumem.

– Co było największą zaletą tej płyty?

– Różniła się od wszystkich wcześniejszych krążków, które Miles nagrał. Całkowicie zmienił on sposób pracy muzyków, grania akordów, melodii, rytmów. Wszystko opierało się na technicznych rozwiązaniach, które Gil Evans i Miles Davis uważali wówczas za najlepsze. Działo się to w czasie, kiedy ludzie szukali czegoś nowego.

– Może Miles po prostu trafił na dobry moment?

– Tak. Miles od zawsze poszukiwał nowatorskich środków wyrazu. Gila Evansa poznał w bardzo młodym wieku. Doskonale znał jego twórczość i pomysły. Doceniali je także szefowie Columbia Records, którzy chcieli, aby Gil pracował przy rejestracji tej płyty. W międzyczasie Miles poznał Billa Evansa, spodobał mu się sposób, w jaki grał i uznał, że idealnie pasuje do jego koncepcji. Właśnie ta trójka stanowiła trzon tego albumu.

Mieliśmy świetnych muzyków. Ludzie ich kochali. Każdy był świadomy tego, co ma grać. W składzie znalazł się John Coltrane, Julian Adderley, Bill Evans i Wynton Kelly. Wszyscy przywiązywali ogromną wagę do emocji, którymi dzielili się w trakcie gry. Słuchając ich, można było się poczuć, jak podczas odsłuchiwania oryginalnego krążka.

– Jesteś już ostatnim z żyjących uczestników tej sesji. Dźwigasz teraz sztandar wielkiej tradycji.

– Pamięć o tamtym nagraniu nie słabnie. Odbyliśmy światową trasę z zespołem So What Band. Graliśmy dokładnie taką samą muzykę, jaka była na płycie, zachowując nawet kolejność utworów. Gdziekolwiek nie pojechaliśmy, dostawaliśmy owacje na stojąco.

– Chciałbym zapytać o Twoją własną historię. Czy pamiętasz, w jaki sposób zdobyłeś swój pierwszy zestaw perkusyjny?

– Odkładałem pieniądze przez kilka tygodni. Byłem pomocnikiem kelnera w barze szybkiej obsługi, gdzie pracowała również moja mama, która przygotowywała jedzenie. Co tydzień oszczędzałem około dwudziestu dolarów.

– Co było najbardziej pociągające w grze na perkusji?

– Mogłem zobaczyć i swobodnie porozmawiać z artystami przyjeżdżającymi do mojego miasta. Gdy byłem młodym człowiekiem, poznałem Roya Haynesa, zostaliśmy przyjaciółmi i pozostajemy nimi do dzisiaj. Niedawno skończył dziewięćdziesiąt lat. Zawsze był gotowy, aby mi pomóc. Za rogiem teatru znajdowało się miejsce, gdzie spotykali się wszyscy muzycy po całym dniu pracy, żeby spędzić czas we własnym gronie. Miałem wtedy szansę ich spotkać, pobyć wśród nich, a niekiedy nawet z nimi porozmawiać. Słuchałem wówczas dużo płyt i to właśnie z nich uczyłem się gry. Robiłem to w moim domu, bo tylko tam była taka możliwość.

Nie posiadam muzycznego wykształcenia. Miałem tylko jednego prawdziwego nauczyciela, którym był najmłodszy członek The Washington Symphony Orchestra. Brałem u niego lekcje przez jakieś sześć miesięcy. Później w niedługim odstępie czasu obaj opuściliśmy miasto. Reszty nauczyłem się, słuchając i rozmawiając z ludźmi.

– Czy jako młodemu człowiekowi było Ci ciężko dostać się do jazzowego środowiska?

– Znałem wielu ludzi, którzy dzwonili do mnie i zapraszali mnie na nagrania. Tak to się odbywało. W pierwszą trasę wyruszyłem z Earl Bostic Band. Pierwsze nagranie, w którym brałem udział, miało miejsce w 1951 roku. To był wielki hit Earla Bostica Flamingo.

Interesował mnie nie tylko sam zespół, ale przede wszystkim śpiewająca w nim Dinah Washington, która cieszyła się wówczas dużą popularnością. Często jej towarzyszyłem, dzięki czemu przebywałem w towarzystwie ludzi, których prawdopodobnie nigdy bym nie poznał, gdyby nie związek z nią. Spędzaliśmy wtedy wspólnie sporo czasu i zostaliśmy parą. Przez ten okres spotkałem dużo osób, które zdążyły poznać moje umiejętności, a następnie proponowały mi współpracę. Niestety nie mogę sobie dokładnie przypomnieć, w jakich przedsięwzięciach brałem udział, ale dość dobrze pamiętam te telefony z propozycjami…

– Wiem, że fascynowały Ciebie big bandy.

– Najpopularniejsze były orkiestry Duke’a Ellingtona i Counta Basie’ego. Wiele z nich odwiedzało moje rodzinne miasto i występowało w lokalnym teatrze. W każdym tygodniu można było posłuchać czegoś nowego. Stworzyło to wyjątkową okazję do nieprzerwanego kontaktu z muzyką. Mieszkałem w ścisłym sąsiedztwie teatru i mogłem pojawiać się tam regularnie. Przyciągały mnie nazwiska takie jak Lionel Hampton czy Erskine Hawkins.

– Czy miałeś swój ulubiony big band?

– Zawsze bardzo podobał mi się zespół Budda Johnsona, w którym śpiewała jego siostra Ella. Nie była to znana grupa, może w ogóle o niej nie słyszałeś. Wykonywali dużo muzyki bluesowej, dlatego tak bardzo mi się podobali. Moimi ulubionymi były zespoły Lionela Hamptona, Counta Basie’ego czy Duke’a Ellingtona. Staram się oczyścić trochę moje myśli, żeby lepiej zobaczyć tamte wspomnienia i odpowiadać w bardziej dokładny i zorganizowany sposób. Pytasz mnie o rzeczy, które dawno ugrzęzły na dnie mojej pamięci i ciężko jest mi płynnie do nich powrócić.

– Jakie były Twoje ulubione kluby jazzowe w Nowym Jorku?

– Birdland, Blue Note oraz Village Vanguard. Birdland był wspaniały. Nazywano go jazzowym zakątkiem świata, ponieważ występowali tam wszyscy ówcześni topowi artyści, jak choćby Count Basie, Duke Ellington i wielu innych, świetnych muzyków. Codziennie można było się tam natknąć na kogoś interesującego. Kluby jazzowe w tamtym okresie powstawały bardzo szybko i niekiedy jeszcze szybciej upadały. Próbę czasu przetrwało niewiele z nich.

– Jak wspominasz współpracę z Wesem Montgomerym?

– Poznałem go w wytwórni płytowej, która zaproponowała mi współpracę. Jednego dnia opuściłem Milesa Davisa, a następnego nagrałem z Wesem album „Boss Guitar”. To było nasze pierwsze spotkanie, ponieważ nigdy wcześniej nie mieliśmy ze sobą żadnego kontaktu. Zaprzyjaźniliśmy się. Wes był wówczas bardzo popularny. Wyruszyliśmy potem w trasę koncertową, którą po latach bardzo dobrze wspominam. Myślę o nim cały czas. Wielu ludzi chce się dowiedzieć, jaki naprawdę był Wes i jak tworzyliśmy muzykę, pamiętają o nim. Moi studenci także są zainteresowani tym, co kiedyś grałem.

– Grałeś dla prezydentów Stanów Zjednoczonych. Jakie uczucia towarzyszyły Ci podczas występu przed takimi osobistościami?

– Występowałem z wokalistką jazzową Sarą Vaughan. Był tam także zespół Dizzy’ego Gillespie’ego grający dla Jimmy’ego Cartera. Dizzy wiedział, że prezydent miał farmę orzeszków ziemnych, więc zagrał dla niego Salt Peanuts. Przed Geraldem Fordem występowaliśmy gdzieś na Oceanie Indyjskim. Odbywało się tam spotkanie i potrzebna była rozrywka. Dowiedzieli się, że jesteśmy w pobliżu i zaprosili nas do siebie. Zagraliśmy kilka utworów. Jednak trzeba być kimś, żeby znaleźć się w takim miejscu.

– Czym dla Ciebie jest jazz?

– To definicja mojego życia. Jazz jest sposobem wyrażania siebie. Możesz posunąć się tak daleko, jak tylko pozwoli ci na to twoja wyobraźnia. Trzeba starać się być lepszym każdego dnia, poprawiać technikę gry, a przy odrobinie szczęścia zajdzie się bardzo daleko. Jeśli będziesz w odpowiednim miejscu i czasie, muzyka może stać się sensem twojego życia. Tak było w moim przypadku. Jazz znaczy dla mnie naprawdę dużo. Gdybym mógł wybrać jeszcze raz, obrałbym dokładnie tę samą drogę.

Rozmawiał: Paweł Urbaniec

Powyższy wywiad jest adaptacją fragmentu książki Pawła Urbańca „O życiu i muzyce z legendami jazzu”, Wydawnictwo c2



Zobacz również

Gary Peacock

Jeden z najwybitniejszych kontrabasistów współczesnego jazzu zmarł 4 września 2020 w Nowym Jorku. Więcej >>>

Grzegorz Mieczkowski

Nieodżałowany wydawca, projektant, edytor zmarł 29 sierpnia 2020. Więcej >>>

Hal Singer

Legendarny amerykański saksofonista i bandleader zmarł 18 sierpnia 2020 roku Więcej >>>

Marek Zaradniak

Wspaniały dziennikarz, znawca kultury i historii, zmarł 15 sierpnia 2020 roku. Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu