Festiwale
Monty Alexander
fot. Henryk Malesa

Kalisz 2008

Tomasz Szachowski


Każdy kolejny festiwal kaliski to przygoda, której dramaturgii przewidzieć nie sposób. Nawet markowe nazwiska potrafią zaskoczyć, a bywa, że i występy amatorów stają się wydarzeniami. Tych zaskoczeń, niekiedy paradoksalnych, było w tym roku co najmniej kilka.

Maciej Tubis, od lat wierny fan festiwalu, po raz pierwszy wystąpił na jego głównej scenie! Przeszłość klasyczna (Akademia Muzyczna w Łodzi, nagrody na kilku konkursach, w tym Chopinowskim dla młodych pianistów) plus istotne
osiągnięcia jazzowe (Jazz Juniors, Bielska Zadymka, Grand Prix Melomani) rokują jak najlepiej, choć na razie są to raczej poszukiwania i próbowanie sił w różnych stylistykach. Tubisa inspirują i Jarrett, i Svensson, i szeroko pojęta klasyka, co słychać także w jego kompozycjach, skądinąd interesujących (Spełnienie!), choć w realizacji mało wyrazistych. Całość produkcji zlewa się w jeden strumień dźwięków o niejasnej przynależności. Namawiam też Przemka Pacana do różnicowania brzmień perkusyjnych, wzbogacania ich i śmiałego włączania się do akcji muzycznej (może trochę mniej czyneli?). Trio reprezentuje spory potencjał i ma wszystko przed sobą. Nie odpuszczajcie!

Kwintet Kattorna (Łukasz Pawlik - p, Dawid Główczewski - as, Michał Tomaszczyk - tb, Max Nauta-Simonsen - b, Krzysztof Szmańda - dr), obecny na rynku już ponad dwa lata, wybrał niełatwą formułę intencjonalnego łączenia komedowskiej tradycji z jazzem współczesnym, w oparciu głównie o własne kompozycje, przede wszystkim pianisty Łukasza Pawlika. A więc po Kattornie (temat w kwintach równoległych as-tb, pomysłowe!) mieliśmy serie złożonych kompozycji Pawlika (Twilight, Night Safari, Kind of Blues), w których autor demonstruje zmysł kompozytorski znacznie wykraczający poza konwencjonalny standard. Myślenie w kategoriach jazzowej orkiestry wymaga w procesie realizacji sporego nakładu pracy i maksymalnego zaangażowania muzyków, co w praktyce okazuje się niełatwe. Ale sekwencja trzech utworów: Night Safari, Haunted House i Kind of Blues sprawiła jak najlepsze wrażenie. Dawid Główczewski bardzo sprawny na alcie, jednak bardziej podobał mi się na sopranie (Night Safari), choć, gdy idzie o inne partie solowe, bardzo efektowny okazał się w Kind of Blues dialog Pawlik-Szmańda.

Alexi Tuomarila to wyjątkowy talent wśród skandynawskich pianistów i być może zajmie miejsce nieodżałowanego Svenssona, choć to jednak i inna osobowość i inna pianistyka. Świetnie wykształcony (Konserwatorium w Brukseli), z nagrodami (Hoeilaart, Monako, Avignon, Granada) i już z dorobkiem (cztery płyty autorskie z kwartetem i triem plus współpraca z nordyckim bandem Stańki). Patronują mu Stańko i Mehldau, prasa pieje z zachwytu, kalendarz występów atrakcyjnie wypełniony.

Rozpoczął występ tonalną sentymentalną melodyjką przypominającą może jazz Gustavsena, ale potem sprawy potoczyły się już inaczej. Elastyczny, intensywnie obecny, wrażliwy, ale też uważnie słuchający basista i gęsto, zmiennie i wszechstronnie wypełniający muzyczny czas perkusista stworzyli po raz pierwszy tego dnia pulsujący background z prawdziwego zdarzenia. Tuomarila w solówkach przypomina trochę Tynera. Zmienność faktury, myślenie skalowe z ciągłymi transpozycjami i wplecione w to błyskotliwe, obszerne solówki dają pogląd na talent Fina, który się nie oszczędza i wymiata na klawiaturze co najmniej za trzech. W kompozycjach sporo skomplikowanych podziałów metrycznych, podawanych np. w figurze basu jako stałe ostinato.  Artysta o iście chłopięcej aparycji siedzi przy instrumencie niemal bez ruchu i tylko palce o rzeczywiście błyskotliwej biegłości produkują potężną masę dźwięków.

Złapałem się jednak na tym, że przy którejś kolejnej improwizacji przerzuciłem uwagę na monitorowanie bębnów i basu, i nie była to wyłącznie moja obserwacja. Dlaczego? Bo Tuomarila ciągnie swe tasiemcowe improwizacje niewiele różnicując dynamikę. Tam właściwie nie ma kulminacji, nie ma planu dramaturgicznego i ta skądinąd bogata w mądre dźwięki i przekonujący timing pianistyka trochę traci, układając się w strumień dosyć jednolity. Wyrazistość i zmienność wspaniałego na basie Antti Lotjonena była w tym układzie uderzająca! Występ oczywiście bardzo się podobał i zakończył nastrojowym bisem, spokojną, wypełnioną urokliwymi kantylenami balladą perkusisty Olavi Louhivuori (!) Brightest Hour.

Bardzo późno, bo chyba przed północą rozpoczął się występ Kwartetu Bennie’ego Maupina z Michałem Barańskim na basie, Michałem Tokajem na fortepianie, Łukaszem Żytą na perkusji i występującą jako gość specjalny Hanną Chowaniec-Rybką.

Każdy z nas ma w pamięci jakąś solówkę Maupina z lat 70., bo jego dźwięki między innymi kształtowały historię jazzu w tym ważnym okresie. Ja ciąglę słyszę powracajacy jak memento motyw grany na klarnecie basowym w Lonely Fire z płyty „Big Fun” Davisa. Ton Maupina stawia na baczność, jest wyzwaniem i zapowiedzią. I to samo wrażenie mieliśmy w Kaliszu, choć po niewielkich kłopotach sprzegającego się basu występ tak naprawdę zaczął się od utworu drugiego, bossa-novy Escondido. Takie dziwne wrażenie – trójka naszych muzyków z początku w cieniu lidera (co oczywiste) i potem powoli, powoli wkraczająca z każdym utworem na pierwszy plan... Michał Barański nadzwyczajnie otwarty na tę muzykę z jej niuansami, przyspieszeniami, wyciszeniami i kulminacjami. Łukasz Żyta w coraz większym stopniu współkształtujący tempo i poetykę spotkania z Maupinem.

Podobnie Michał Tokaj, który właśnie w tym polsko-amerykańsko-podhalańskim układzie przeżywa okres wyjątkowy. Każdy wątek dramaturgiczny jest tu poparty autorefleksją i poprowadzony w sposób bardzo osobisty przy wykorzystaniu wyrafinowanych środków pianistycznych. Maupin stojący przy fortepianie, uważnie słuchający kolejnych fraz pełni rolę więcej niż lidera, który wprawdzie daje sto procent wolności, ale też uruchamia nadzwyczajne emocje u polskich muzyków. I właśnie ten zwolna rzeźbiący w materii muzycznej, układający bardzo osobistą ścieżkę narracji fortepian jakże pięknie i jakże muzycznie brzmiał po kaskadach skądinąd znakomitego Tuomarili!

Głos Hani (Atma, Spirits of the Tatras) wnosi tu jeszcze dodatkowe emocje i bardzo swojski kontekst. Jej quasiimprowizowane melodeklamacje przywołują praźródła wokalistyki (tu: słowiańskie? podhalańskie? polskie?), z których m.in. wywodzi się jazz. Sporo skojarzeń budzi ta muzyka, wynikająca z połączenia idiomu amerykańskiego jazzu Maupina, szczególnej lirycznej wrażliwości trzech polskich instrumentalistów i zjawiskowego piękna głosu i przekazu Hani. Los zesłał nam wybitnego charyzmatycznego artystę, który realizuje na naszych oczach jeden z najważniejszych eksperymentów na polskiej scenie jazzowej w ostatnich latach.

Koncert sobotni otworzył występ Quartet Modern pianisty Leszka Kułakowskiego, który w ostatnich latach dał się poznać jako autor obszernych trzecionurtowych dzieł w rodzaju „Eurofonii”. Ale jego kwartet prezentuje się dość tradycyjnie, właśnie jako klasyczny „modern” i gra muzykę już po pierwszych taktach przewidywalną, w jakimś sensie konwencjonalną. W partiach solowych zdecydowanie wyróżnia się wibrafonista Dominik Bukowski, staranny i precyzyjny, o przekonującym timingu, grający brawurowo, ale przejrzyście. To utalentowany profesjonalista, którego słucha się z prawdziwą przyjemnością.

Wydarzeniem nie stał się także występ grupy The KDR-Society, którą tworzą Afrykańczycy z Senegalu i Ghany (Herve Samb - g, Koffi Quarshie - perc), Brytyjczyk Michael Mondesir - b i Austriacy David Helbock - keyb, Alfred Vogel - dr i Herbert Walser - tp. Niewybijający się, powierzchowny pianista, niezły trębacz o wyraźnie jazzowym rodowodzie i sprawny tandem perkusyjny określały poziom tego występu. Połączenie afrykańskiego kolorytu z jazzem często dziś spotykane, pomysł już w dużym stopniu wyeksploatowany, choć nadal wzbudzający żywą reakcję publiczności. Nawiasem mówiąc paradoks polega na tym, że zachwianie proporcji na korzyść jazzu w tym konkretnym wypadku nie wyszłoby The KDR-Society na dobre.

Z dużym zaciekawieniem czekałem na pierwszy koncert w kraju Kwartetu Andrzeja Olejniczaka, który – jak wiadomo – od lat 80. działa i mieszka w Hiszpanii, choć także sporo podróżuje grywając ze sławami tej klasy co Hiram Bullock czy Randy Brecker, uczestniczy również w realizacji większych form na pograniczu jazzu i muzyki współczesnej. Jest artystą wysoko cenionym w Hiszpanii i rozpoznawalnym w Europie. Działający od czterech lat kwartet Olejniczaka tworzą – obok lidera – Kubańczyk Javier Massó „Caramelo De Cuba” - p, Kameruńczyk Jules Bikoko - b i Amerykanin Julian Vaughn - dr. Każdy z partnerów Andrzeja to profesjonalista o imponującym dorobku i świetnych koneksjach. Wrażenie z pierwszych minut koncertu jak najlepsze. Sprawna sekcja, wyczuwalny latynoski nerw w akompaniamencie fortepianu i dobrze osadzony ton saksofonu lidera.

Jednak im dalej w las, tym moja ocena coraz wyższa dla saksofonisty i bardziej umiarkowana dla pozostałej trójki. Olejniczak jest po prostu świetny! Pamiętam jego rozwichrzone solówki z dawnych lat, gdy palce bywały szybsze od głowy, a fantazja pozwalała na szaleństwa free. Teraz Andrzej jest bardziej oszczędny, selekcjonuje nuty, gra tylko to, co jest niezbędnie potrzebne, choć nadal dysponuje sporym zapasem mocy!  W imponującym stylu dojrzał, jest wybitnym saksofonistą, na którego solówkach mogą się uczyć inni.

W finale sobotniego koncertu wystąpiła Karrin Allyson, dobrze znana miłośnikom wokalistyki. Związana od 15 lat z kalifornijską wytwórnią Concord, konsekwentnie drąży stylistykę zdawałoby się już historyczną, już przebrzmiałą, a więc swing, bop, bossa-novę, blues. Tymczasem połączenie wrażliwości, wspaniałego głosu, bezbłędnej techniki i doskonałej orientacji stylistycznej śpiewanych utworów daje efekt nadzwyczajny! Allison krążąca między utworami Jobima, Jordana, Monka i Shortera, śpiewająca na przemian po angielsku i portugalsku wydobywała ze znanych standardów i originals nowe znaczenia, tkwiące w subtelnościach wokalnych, w ornamentach, szeptach, niedopowiedzeniach.

Bardzo podobał się jej zespół (Rod Fleeman - g, Larry Kohut - b, Tim Horner - dr) reaktywujący perfekcyjnie stare dobre czasy z bajecznym gitarzystą, który zarówno w grze akordowej, jak i solówkach przypomniał okres świetności takich muzyków jak Wes Montgomery, Kenny Burrell i Grant Green.

Rzadko dziś na estradach jazzowych można posłuchać czystego, nie skażonego rozmaitymi „izmami” free-jazzu. I taką okazję stworzyło w pierwszej części koncertu niedzielnego trio Lotte Anker-Marilyn Crispell-Raymond Strid. Dunka Anker (współpraca – m.in. Peter Brötzmann, Andrew Cyrille, New Music Orchestra) i Amerykanka Crispell (10 lat z kwartetem Anthony’ego Braxtona!) to postaci dobrze znane w świecie szeroko rozumianej awangardy. Wszechstronnie wykształcone, prowadzą działalność na różnych polach (jazz i muzyka współczesna) i jednocześnie uczą innych. Z kolei szwedzki perkusista Raymond Strid zastąpił w triu dobrze skądinąd znaną Marilyn Mazur, która ostatnio poświęciła się pracy kompozytorskiej.

Występ tria to pokaz indywidualnej i kolektywnej improwizacji free bez ekstremów. Zasady porządkującej brak, punktów odniesienia również, i chyba o to chodzi. Pianistyka bez cienia tonalności czy odniesień skalowych, godna najwyższego uznania, choć chciałoby się, by nawiązywała choć chwilami do poziomu ekspresji taylorowskiej. Gra saksofonistki także wyważona, precyzyjna, z dużą dbałością o jakość dźwięku, co w tym gatunku wydaje się również rzadkością. Utwory jak na free krótkie (5-12 min.), o formie nad wyraz zdyscyplinowanej. Ślady myślenia akademickiego (w dobrym znaczeniu tego słowa) niewątpliwe.

Zaprzeczeniem wszelkiego akademizmu był natomiast występ duetu Jasper Van’t Hof - p/ Bob Malach - ts. Van’t Hof to postać znana od co najmniej 35 lat. Niezmiernie trudny do zaszufladkowania, świadomie (?) niekonsekwentny, jazzowo-rockowo-klasyczny, o prawdziwie europejskim dorobku (Manfred Schoof, Wolfgang Dauner, Zbigniew Seifert, Philip Catherine), nie bez koneksji amerykańskich (Stu Martin, Charlie Mariano, Alphonso Mouzon).

Bob Malach dobrze wpisał się w przedziwny, postmodernistyczny (?) język Van’t Hofa i wtórował seniorowi w sentymentalnych frazach na granicy banału (zamierzonego?). I gdyby nie efektowny, prawdziwie jazzowy drugi bis, pomyślałbym, że to jakieś nieporozumienie. Ale był też naprawdę ujmujący bis pierwszy, czyli Peace Horace’a Silvera z zagranym w kodzie na saksofonie motywem Jeszcze Polska nie zginęła, czym Bob zaznaczył swoje polskie pochodzenie. I jeszcze coś. Jasper zadziwia witalnością i ciągłą ucieczką do przodu.

To samo i znacznie, znacznie więcej można powiedzieć o bohaterze koncertu finałowego. Monty Alexander bowiem, na pierwszy rzut oka, wydaje się postacią na poły muzealną. Mój początkowy sceptycyzm z każdą minutą koncertu ustępował zaciekawieniu, wreszcie entuzjazmowi, który udzielił się wszystkim obecnym na sali.

Urodzony w Kingston na Jamajce Monty Alexander jest od lat niestrudzonym ambasadorem swej drugiej ojczyzny. Realizuje pomysł prosty i koncertowo nadzwyczaj atrakcyjny. Na estradzie z lewej strony klasyczna sekcja swingowa, po prawej trójka artystów reggae, w środku Mistrz. Pierwsza część spektaklu to powtórka ze swingu. Wspaniała! Monty efektowny, nadzwyczaj rozluźniony, prawdziwie „w akcji”, choćby w tematach Ellingtona. Czas od Fatsa Wallera po Errolla Garnera ma w małym palcu i porusza się po tym terenie jak ryba w wodzie, zadziwiając wyśmienitą techniką. Wtórują mu basista i bębniarz, choć sola kontrabasowe Lorina Cohena należały niewątpliwie do specjalnych wydarzeń festiwalu!

Po pierwszej części na scenę wtargnęła czarnoskóra ekipa reggae i zaczęło się! Standardy swingowe i standardy reggae (głównie Boba Marleya, m.in I Shot the Sheriff i No Woman No Cry) śpiewane i grane były w różnych układach, co pozwoliło wychwycić różnicę między gatunkami. Na przykład stopa, akcentująca (rzadko) niesymetrycznie rozmieszczone miejsca taktu w swingu czy bopie, wali równo mocnymi ćwiartkami w reggae, przy nieodłącznych salwach gitary rytmicznej na dwa i cztery. Przekazywanie sobie tego samego tematu przez sekcje lewą i prawą było prawdziwą specialite de la maison, czyli kapitalnym pomysłem Monty’ego. Zwierzę fortepianu pracowało na lewą i prawą stronę estrady w myśl podwójnego – nowojorskiego i jamajskiego patriotyzmu. Wokale Wendela Ferraro wyśmienite, idące śladem tradycji Boba Marleya. I regałowcy, i swingmani pokazali klasę, jakiej pozazdrościć! Brawo Monty!

Finał festiwalu był zbiorowym szaleństwem po prezentacji programu „Jazz and Roots” i oznaczał zwycięstwo autentycznych emocji nad spekulacjami, co odnosi się tak do wykonawców, jak i recenzentów. Sporo zaskoczeń i znaków zapytania, dużo radości i autentycznych przeżyć.

Tomasz Szachowski

Artykuł opublikowany w JAZZ FORUM 1-2/2009
 


Zobacz również

Jazz Forum Showcase

Pierwsza edycja Jazz Forum Showcase powered by Szczecin Jazz odbyła się w dn. 1-3… Więcej >>>

Jazz & Literatura 2017

Trzecia edycja śląskiego festiwalu odbyła się w dn. 6 - 15 października. Więcej >>>

Ad Libitum 2016

11. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej odbyła się w Warszawie w dn. 19… Więcej >>>

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu