Wywiady

Opublikowano w JAZZ FORUM 9/2016

Kamasi Washington: falstart proroka

Adam Domagała


Zacznijmy od tego, że trzypłytowy album „The Epic”, za sprawą którego w ciągu ledwie roku nieznany szerzej, sprawny saksofonista sesyjny z Los Angeles awansował do grona jazzowych gwiazd pierwszej wielkości, to fajna rzecz: głęboko zanurzona w jazzowej, soulowej, popowej, a nawet klasycznej tradycji, zrealizowana z niespotykanym rozmachem (te chóry! ta orkiestra!) i nawet jeśli lekko pretensjonalna, to jednak szalenie przebojowa, sprawiająca ogromną frajdę słuchaczom mniej i bardziej doświadczonym. Tak, to jest bez wątpienia jeden z wielu opublikowanych w ostatnich latach dobrych albumów jazzowo-rozrywkowych, a wszechstronne umiejętności saksofonisty Kamasiego Washingtona nie mogą nie robić wrażenia – jest sprawnym liderem, napisał kilka chwytliwych melodii, a do tego jest doskonałym organizatorem i rozumie jak działa show-biznes i że kwestią podstawową jest w nim nie ­tyle sama muzyka, co jej otoczka.

No i OK, promocja to podstawa, wzbudzanie zachwytu mediów to psi obowiązek każdego menedżera. Tyle że w tym przypadku sprawy poszły chyba za daleko. Nie trzeba być znawcą jazzu, żeby wiedzieć, że żadnej radykalnej odnowy jazz – rozumiany najszerzej jak się da – nie potrzebuje. Jazz żyje, ewoluuje, wpływa na inne rodzaje muzyki, wchodzi w fuzje, inspiruje. „The Epic” jest typowym przykładem wszystkożerności jazzu, choć wahałbym się mocno przy stwierdzeniu, że jest płytą bardziej przełamującą stereotypy niż swojego czasu, przykład pierwszy z brzegu, „Future Shock” Hancocka.

Oczywiście, ma współczesny jazz swoich cesarzy, królów i książęta, z grubsza wiadomo, kto jest w tej hierarchii najważniejszy – ale jednak nie przypominam sobie, by którykolwiek z nich pozował na nowego Milesa czy Trane’a. Tymczasem wystarczy spojrzeć na okładkę „The Epic”, wystarczy zobaczyć z bliska Washingtona ubranego w powłóczyste szaty i obwieszonego złotą biżuterią. Nie sądzę, żeby Washington to akurat sobie wykalkulował, ale faktem jest, że jego wizerunkowa kreacja – wywiedziona z kultury hip-hopowej, gdzie, jak wiadomo, krzykliwa, ekstremalnie mocna osobowość to podstawa – w absurdalny sposób przerodziła się w deklarację artystyczną.

Washington przyjechał do Polski zagrać dwa, wyprzedane koncerty (21 sierpnia w Sali NOSPR w Katowicach, dzień później w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu) okrzyknięty przez światowe, ale także polskie media zbawcą i odnowicielem jazzu, człowiekiem, dzięki któremu muzyka improwizowana ma szansę wyjść z branżowego getta, zdobyć serca młodej publiczności, a w nieco starszej obudzić poczucie, że jednak życie zaczyna się po czterdziestce lub później. Przyznaję – sam się dałem na to nabrać. Bo skoro pół świata przewróciło się w zachwycie, skoro jedną płytą facet zrobił więcej zamieszania niż wielu co najmniej tak samo zdolnych całymi dyskografiami i skoro ekscytacja jest tak powszechna...

15 minut koncertu we Wrocławskim NFM i wszystko było jasne – nie ma w tym nic specjalnego. Live-band Washingtona tworzą nieźli instrumentaliści, część z nich uczestniczyła w sesji „The Epic”. Repertuar wrocławskiego koncertu wypełniła zresztą głównie muzyka z tego albumu (Change of the Guard, The Rhythm Changes, Henrietta Our Hero, Clair de Lune Debussy’ego). Ale choć repertuar powinien być już ograny, to wykonanie było najwyżej średnie – dwóch perkusistów (Tony AustinRobert Miller Jr.) w drogę sobie nie wchodziło, ale poza tym, że dostali kwadrans na mało przekonującą drum battlew połowie koncertu, nic nie uzasadniało takiego nadmiaru personelu. Na kontrabasie grał Miles Mosley,niefortunnie także próbujący śpiewać wewłasnejpiosence Abraham, klawiszowiec Brandon Cleman, puzonista Ryan Porter i flecista oraz saksofonista (sopranowy) Rickey Washington pełnili niemal wyłącznie funkcje wspomagające. Wokalistka Patrice Pitman Quinn miała zadanie karkołomne – jednoosobowo musiała zastąpić potężny chór obecny w nagraniu i, trzeba przyznać, chwilami przykuwała uwagę.

Patent na „The Epic” w wersji live jest banalnie prosty: potężny groove, harmonie uproszczone do absolutnego minimum, podobnie improwizacje Washingtona, który gra co prawda solówki nieskończenie długie, za to schematyczne i oparte na jednakowych, agresywnych schematach rytmicznych, a przy tym tonem plastikowym, pozbawionym jakiejkolwiek finezji.

Równanie ziemi przez ten hałaśliwy walec trwało dwie godziny, a reakcja publiczności na muzykę (a raczej – na samą obecność Washingtona na scenie) była nieskończenie entuzjastyczna, zarówno na „dzień dobry”, jak i na „do widzenia”, choć niewiele z tego, co się działo na estradzie NFM, uzasadniało taką frenezję. Może więc wcale nie chodziło o koncert i muzykę, a o zapotrzebowanie na idola, którego można gromadnie czcić, ale już niekoniecznie uważnie słuchać?

Adam Domagała



Zobacz również

Kuba Więcek: another raindrop

Urodzony w Rybniku 21 października 1994 roku saksofonista i kompozytor Kuba Więcek jest chyba… Więcej >>>

Wacław Zimpel: Wystarczy mi samo free, nie muszę…

Artysta nietuzinkowy o wielu twarzach muzycznych, uwielbia eksperymentować, odkrywać, kreować. Więcej >>>

Joachim Kuhn: ucieczka do wolności

Niemiecki wirtuoz fortepianu jest legendą jazzu europejskiego, jednym z pierwszych muzyków, którzy w tej części świata… Więcej >>>

Piotr Lemańczyk: otwieranie drzwi

Głównym powodem naszego spotkania i rozmowy jest wydanie – i to zarówno w formacie CD, jak i w wersji… Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu