Wywiady

fot. Jarek Rerych

Wywiad opublikowany w grudniowym JAZZ FORUM 2016

Krzysztof Kobyliński: emocje są najważniejsze

Bogdan Chmura


Udaje mi się dotrzeć do Gliwic na umówioną godzinę. Krzysztofa Kobylińskiego spotykam przy wejściu do Centrum Kultury Jazovia. Najpierw zwiedzamy piwnice. Obecnie trwają tam prace remontowe, ale za jakiś czas powstanie tu restauracja ze sceną. Po chwili udajemy się do sali koncertowej, gdzie króluje okazały Steinway, a następnie do studia nagrań. Oba pomieszczenia robią na mnie piorunujące wrażenie – wszystko zaprojektowano z matematyczną precyzją, sala jest zoptymalizowana pod względem akustycznym, panuje ład, porządek, a atmosfera jest niemal sterylna. W końcu lądujemy w wygodnych fotelach gabinetu Krzysztofa, włączam dyktafon…

JAZZ FORUM: Przygotowując się do tej rozmowy, próbowałem znaleźć jakieś dane biograficzne o panu. Okazało się, że hasła „Kobyliński” nie ma w Wikipedii, co wydaje się zaskakujące.

KRZYSZTOF KOBYLIŃSKI: Notka do Wikipedii została napisana jakiś czas temu, ale nie byłem z niej zadowolony, więc jej nie zamieściłem. Trzeba będzie napisać nową – temat pozostaje otwarty. Wcześniej nie dbałem o autopromocję, zacząłem to robić dopiero półtora roku temu. Priorytetem dla mnie było stworzenie zaplecza do tworzenia muzyki. Działałem podobnie jak Amerykanie – gdy chcą zbudować dom w dżungli, zawsze zaczynają od drogi asfaltowej. Więc najpierw założyłem zespół, postawiłem studio, stworzyłem Centrum Kultury, organizowałem festiwale. Gdy w końcu poczułem, że mam wszystko, czego potrzebuję, zacząłem się zajmować głównie muzyką. Sporo informacji o mnie można znaleźć na mojej stronie internetowej. Są tam podstawowe dane, opis projektów, dyskografia i pliki wideo.

JF: Co przywiodło pana do muzyki? Proszę opowiedzieć o swoich fascynacjach, mistrzach.

KK: Z wykształcenia jestem informatykiem. Przygodę z muzyką zacząłem od słuchania polskiego popu, rocka, Beatlesów, a potem Emerson Lake & Palmer, Blood Sweat and Tears, Led Zeppelin, Hendriksa i innych genialnych wykonawców – to były lata 70., wspaniały okres dla ambitnego rocka. Potem usłyszałem w radiu Chicka Coreę i Keitha Jarretta – przeżyłem olśnienie. Szczególnie zachwycił mnie album „Bremen/Lausanne” oraz japońskie koncerty Jarretta na DVD, które przerobiłem na audio – oglądnie muzykilivemnie rozprasza, wolę jej słuchać. Dla mnie Jarrett do dziś pozostaje mistrzem, jeśli chodzi feeling, kształtowanie dźwięku i frazy. Moją ulubioną płytą jest „Last Dance” w duecie z Charlie’m Hadenem. A kompozytorzy klasyczni? Na pewno Czajkowski, Bernstein, Chopin (za którym dawniej nie przepadałem) i Debussy.

JF: Pianista, kompozytor, jazzman, promotor muzyki. W której z tych ról czuje się pan najlepiej?

KK: Chyba najmniej czuję się jazzmanem. Jako producent i promotor jestem dość skuteczny, ale uważam to za działanie bardziej techniczne niż twórcze. Idealnymi rolami dla mnie są granie i komponowanie.

JF: Jest pan kojarzony głównie z muzyką spod znaku etno-jazzu, co wydaje się sporym uproszczeniem.

KK: Element etniczny nie bierze się z mojego grania, raczej z otoczenia, w którym się poruszam. A ponieważ mam w zespole wykonawców z Izraela i Kolumbii, więc muzyka siłą rzeczy przyjmuje etniczne zabarwienie. Jednak w samych utworach nie ma tego elementu. Dzieje się tak m.in. dlatego, że rytmy, które do nich implementuję pochodzą nie z muzyki etnicznej, lecz matematyki.

JF: Domyślam się, że inspiracji dostarczały panu także liczne podróże po świecie.

KK: Podróże otwierają. Fakt, że jest się w różnych miejscach globu, rozmawia z ludźmi, którzy tam żyją, pozwala zrozumieć, że świat jest trochę inny niż można sobie wyobrazić siedząc w domu przed telewizorem. Ludzie, którzy twierdzą, że rozumieją świat, a nie wyjeżdżają za granicę, dopuszczają się dużego nadużycia intelektualnego.

JF: Swoją muzykę wykonuje panz mię­dzynarodową grupą KK Pearls, z wokalistką z Izraela Reut Rivką Shabi, Stanisławem Sojką i orkiestrą Aukso.

KK: KK Pearls to zespół nieprawdopodobny. Reut Rivka jest śpiewaczką klasyczną, w grudniu będzie wykonywać główną partię w operze „Anais Nin” w Amsterdamie.

JF: W jej nagraniach nie słychać operowej maniery.

KK: Bo ona potrafi się dostosować do każdego gatunku muzyki – doskonale śpiewa też jazz i muzykę etniczną, jest niezwykle utalentowana i wszechstronna. Podobnie gitarzysta Dima Gorelik, który wygrywa niebywałe rzeczy. Z kolei Kolumbijczyk Eddie Sanchez to wybitny basista – oni wszyscy mają w sobie komponent rytmiczny, są świetnymi rytmikami, z wielkim szacunkiem patrzę na to, co potrafią zrobić z rytmem. W ciągu roku występujemy kilkanaście razy, z Aukso – kilka razy. W tym roku graliśmy z orkiestrą i Hanią Banaszak; być może w przyszłości przygotujemy wspólnie jakiś większy projekt. Na koncerty w kwintecie i w duecie z Reut Rivką mamy już sporo zamówień z wielu zakątków świata.

JF: Przez długi czas tworzył pan także muzyką elektroniczną.

KK: Byłem w elektronice przez wiele lat. Używałem analogów, automatów perkusyjnych, potem rejestratorów dźwięku i samplerów. To, że można było od razu usłyszeć efekt swojej pracy, dawało wielką frajdę. Pod koniec lat 80. miałem sekwencer Korga SQD-1 i do dziś uważam, że dzięki temu urządzeniu zrobiliśmy bardzo dużo dobrej muzyki, która nie zestarzała się do dziś. Bawiłem się też aplikacjami typu Ableton oraz Reaktorami Native Instruments i innych producentów. Miałem też wspaniałe klawisze różnych firm – Alesisa Andromedę, Hartmanna Neurona, Yamahę VL1 i wiele innych. Z okresu elektronicznego pochodzi płyta, która dwanaście lat temu została dołączona do jednego z numerów JAZZ FORUM.

JF: Czy nadal używa pan jakiegoś oprogramowania do tworzenia muzyki?

KK: Nie, od wielu lat do komponowania używam wyobraźni, fortepianu i papieru nutowego.

JF: A propos fortepianu, to obecnie jedyny instrument, na którym gra pan na scenie.

KK: Tak, choć długo zwlekałem z tą decyzją. Obawiałem się fortepianu, długo podchodziłem do niego. Wcześniej w zespole grałem na Nord Stage, na którym wykonywałem partie basu z niewielkim udziałem prawej ręki. Kiedyś podczas koncertu zagrałem wstęp do jednego utworu, co trochę mnie ośmieliło, a później kawałek solo tuż po Adamie Makowiczu – duża przygoda. Po pewnym czasie podjąłem próby grania solo, co dało mi zupełnie nowe możliwości – mogłem operować rubatem, stosować zawieszenia tempa i nawiązywać bardziej intymny kontakt z publicznością. To zupełnie inny rodzaj grania, teraz w pełni mogę otworzyć się na słuchacza. Starałem się, i robię to nadal, kształtować moją pianistykę, przenosząc doświadczenia z obserwacji innych muzyków, w tym klasycznych. Analizuję ich technikę, sposób budowania formy, operowania dźwiękiem i ciszą. Aktualnie używam dwóch fortepianów – krótkiego Seilera, na którym gram w domu i dużego Steinwaya, będącego częścią wyposażenia Jazovii.

JF: Porozmawiajmy o pańskich kompozycjach i procesie ich powstawania – od pomysłu, poprzez zapis nutowy do nagrania.

KK: Szukam melodii – zawsze tak było – i jakiejś podstawowej konstrukcji. Czasem mam pewien pomysł formalny i próbuję go ogrywać do momentu, aż powstanie z niego muzyka. Operuję skalami, które funkcjonują, albo tworzę własne i bawię się nimi, zaś rytmika jest często efektem wyliczeń matematycznych, szczególnie wtedy, gdy stosuję polirytmię. Przykładem takiego utworu może być np. Give Me May Again, gdzie gram w podziałach 11, 11, 10. Razem daje to 32, a gdy podzielimy tę liczbę przez 8 – daje 4. Na początku było to bardzo trudne do zagrania – bo tu 11, 11, 10, a tu na cztery, ale efekt jest dokładnie taki, jaki chciałem uzyskać. Grałem ten utwór z zespołem i Reut Rivką, grali to również Ralph Alessi, Mark Whitfield i Bill Evans. Inny przykład toLatin. Powstał na bazie harmonii, która jest poukładana w lewej ręce klasyczną metodą najmniejszych możliwych zmian, a jednocześnie są tam 24 funkcje, które tworzą grunt dla ciekawej melodii – a więc od koncepcji harmonicznej do muzyki, która z tej harmonii wyrosła.

JF: Matematyka, konstrukcje, gdzie miejsce na emocje?

KK: Emocje są najważniejsze, choć ich podstawą mogą być wyliczenia matematyczne. Konstrukcja to kręgosłup całej kompozycji, która dzięki aranżacji i wykonaniu staje się czymś pięknym, żywym, jakby drzewem z liśćmi, którymi porusza wiatr, czystą emocją skierowaną do słuchacza.

JF: Mamy już kompozycję, teraz musimy ją przelać na papier i wykonać.

KK: Przelewam ją na papier, albo od razu próbujemy się do niej przymierzyć z zespołem na próbie – zawsze też liczę na to, że moi muzycy dorzucą coś od siebie. Kiedy będę grać z KK Pearls II, który jest większym składem, to już tak łatwo nie pójdzie, trzeba będzie zaaranżować pewne partie. Utwory staram się nagrywać podczas koncertów – wersja livema nieporównywalnie większą energię. W przyszłym roku będziemy nagrywać płytkę z m.in. Trilokiem Gurtu, ale niemiecki
wydawca zażyczył sobie, byśmy zrobili to w studiu – szczerze mówiąc nie przepadam za sesjami w sterylnych warunkach.

JF: Chyba najtrafniej pańską twórczość określił Randy Brecker: „Muzykę Krzysztofa cechuje perfekcyjne wyczucie melodii i piękna harmonia, każdy jego utwór jest po prosu niewiarygodny”.

KK: Cóż mogę powiedzieć… Randy jest artystą najwyższej światowej klasy, jego opinia jest dla mnie niezwykle ważna. Sformułował ją człowiek bardzo świadomy, o wielkich osiągnięciach i głęboko zanurzony w muzyce. To dla mnie wielki zaszczyt i mocny impuls do dalszej pracy.

JF: Podobnie uważa wielu artystów z najwyższej półki, w tym Joey Calderazzo. Jego dynamiczne wersje tematówReturn,DLT,Pink Year,Melody in e-minorpokazały, że można je grać na wiele sposobów.

KK: Joey to znakomity pianista o wielkiej wyobraźni i energii – prawdziwy wulkan. Kiedyś powiedział mi: „Wiesz, kiedy gram twoje melodie, mam wrażenie, że sam je napisałem”. Bardzo przyjemnie się słucha takich słów. On rzeczywiście lubi te tematy. To niesamowite, że gdy ktoś gra moją muzykę, to nie robi tego tylko dlatego, że umówiliśmy się na sesję, która kosztuje tyle a tyle, lecz że sam czerpie z tego grania przyjemność. Jednak nie zawsze wszystko mu się podoba. Kiedyś dałem mu jedną piosenkę, a on na to: „No wiesz, może akurat tego byśmy nie grali”. (śmiech)

JF: Przesłuchałem wiele pańskich nagrań. Bardzo podobała mi się interpretacjaNotre Damez Richardem Galliano.

KK: Ja też lubię tę melodię i wykonanie Richarda. Nie zmieniłbym tam ani jednej nuty. Czasem udaje się w stu procentach osiągnąć to, co zrodziło się w głowie.

JF: Moją uwagę zwrócił takżeOnce in Americaw wykonaniu Stanisława Sojki i Reut Rivki. Ten kawałek brzmi jak hit z rasowego musicalu.

KK: Dziękuję. Spora w tym zasługa Piotra Steczka, który zrobił świetny aranż na orkiestrę oraz Staszka i Reut Rivki. W ich śpiewie jest pasja, bo Reut jest bardzo emocjonalną wokalistką, podobnie jak Staszek.

JF: Pana działalność jest mocno związana z Centrum Kultury Jazovia w Gliwicach, którego jest pan założycielem i szefem artystycznym.

KK: Jazovia to miejsce, którego celem jest tworzenie wartościowych przedsięwzięć artystycznych. Robimy tu dwa festiwale, mamy profesjonalne studio nagrań i SSL, salę na 200 miejsc ze znakomitą akustyką i fortepianem koncertowym, a do tego obszerne pomieszczenie, które może być wykorzystane jako np. galeria sztuki. Centrum jest świetnie położone, znajduje się na Rynku Starego Miasta.

JF: Jak wygląda środowisko jazzowe w Gliwicach, kto przychodzi na koncerty?

KK: Mamy bardzo liczny fanklub, zapisało się do nas ponad 2300 osób. Kiedy robimy koncerty, to część z nich jest biletowana, część bezpłatna. Wtedy ogłaszamy to na naszej stronie, ludzie składają zamówienia, potem my losujemy nazwiska, i tak to się kręci. Fani z Gliwic i okolic tworzą ponad połowę naszej publiczności. Ale przyjeżdżają też ludzie ze Szczecina, Warszawy, Krakowa, Wrocławia. Głównym magnesem są wielkie nazwiska, np. Jacka DeJohnette’a (gościliśmy go w tym roku) czy Dave’a Hollanda, który grał na poprzednim festiwalu, ale też atmosfera. Kiedy grają gwiazdy jazzu, publiczność jest nieco inna, to się od razu wyczuwa; nie muszę dodawać, że zawsze mamy pełne sale.

JF: Centrum Jazovia wydaje też płyty z pana muzyką. Ukazała się cała seria albumów z udziałem Adama Makowicza, Ralpha Alessiego, Sterna, Calderazzo i wielu innych. Niestety, te płyty są dostępne tylko dla wtajemniczonych.

KK: To prawda, nie sprzedawaliśmy ich, ponieważ nie mieliśmy odpowiednich narzędzi marketingowych. Teraz jest zupełnie inna sytuacja, nasze płyty trafią do sklepów, albo będziemy sprzedawać je sami. Chcemy założyć agencję koncertową i stworzyć label, taki mały, ale bardzo profesjonalny. W tym roku byliśmy na targach muzycznych Jazz­ahead w Bremie. To był bardzo dobry ruch.

JF: Wróćmy jeszcze do PalmJazz, który działa od siedmiu lat. Występowali na nim m.in.John Scofield, Avishai Cohen, Joe Lovano, Dave Douglas, Al DiMeola, Mike Stern, Louis Sclavis, Terence Blanchard, Branford Marsalis, Hiromi oraz czołówka polskiego jazzu. Z wieloma z nich spotkał się pan na scenie.

KK: Nazwa tego festiwalu wzięła się stąd, że miał się odbywać w palmiarni. Nic z tego nie wyszło, ale nazwa pozostała. Na PalmJazz miałem okazję zagrać z wieloma topowymi muzykami, którzy okazali się bardzo fajnymi, otwartymi i przyjaznymi ludźmi.

Na pewno wielkim wydarzeniem dla mnie było granie z Miroslavem Vitoušem – to był pierwszy muzyk z galerii gigantów, z którym miałem przyjemność współpracować. Czułem dużą tremę, ale na szczęście grał z nami Jarek Śmietana – jego doświadczenie i postawa bardzo ułatwiły mi życie. Zagrałem też z Miroslavem dwa utwory w duecie. Potem worek się otworzył…

JF: Realizuje pan też projekt o nazwie Filharmonia.

KK: To jest nasz drugi festiwal. Prezentujemy na nim bardzo różnorodną muzykę – od popu do klasyki. W tym roku grał np. znakomity pianista, finalista zeszłorocznego Konkursu Chopinowskiego Szymon Nehring. Ale śpiewała też Krystyna Prońko, grał Jack DeJohnette z Ravim Coltrane’em i z Mattem Garrisonem. Teraz już łatwiej nam ściągać wybitnych muzyków, bo np. w Nowym Jorku jesteśmy rozpoznawalni. Nie mamy zatem problemów z nawiązywaniem kontaktów z artystami i pokazywaniem ich tutaj.

JF: Niedawno nagrał pan solowy, zarejestrowany na żywo, album „Piano solo”. Znalazły się tam pana najpopularniejsze utwory, m.in.Return,DTL,Sagrada 3(z cyklu „Sagrada Familia”),Pink Year, ale takżePłonie ognisko– autorska wersja popularnej melodii.

KK: Na płytę weszło sześć z dwunastu utworów, jakie wykonałem na pierwszym koncercie solowym w Gliwicach. Zdecydowałem się zamieścić numery, które najbardziej spodobały się słuchaczom, choć osobiście wolę te, których nie ma na tym albumie. Nagrania nie są doskonałe, będę je poprawiał, wkrótce nagram kolejną solową płytę. W następnym roku ten projekt zostanie pokazany w paru miejscach w Polsce oraz w Lizbonie, Londynie i obu Amerykach. APłonie ognisko jest po prostu piękną melodią, jedną z moich ulubionych. Zawsze gram to, co lubię najbardziej.

JF: Jak się udał październikowy koncert z Billem Evansem w „Trójce”?

KK: Słuchacze ocenili go bardzo dobrze, Bill również. W przyszłości będziemy grać ten projekt pod nazwą „ Evans plays Kobyliński”.

JF: Co jeszcze się wydarzy się w najbliższym czasie?

KK: Rynek jazzowy jest rynkiem specyficznym. Aby na nim funkcjonować, trzeba mieć różne projekty. My je mamy – możemy grać solo, w duecie, w kwintecie, z orkiestrą i w różnych konfiguracjach. Najważniejszymi koncertami będą te solowe i z KK Pearls. W Holandii pokażemy program z Reut Riv­ką, w Niemczech z Cafe del Mundo, w Linzu zagram w duecie z akordeonistą, a w Kijowie z orkiestrą symfoniczną. W Lizbonie będę prowadzić zespół afrykańsko-portugalski, w Budapeszcie zagramy moją muzykę wraz z Mikiem Sternem i jego zespołem. Mam już wstępny plan występów do 2018. Jest dobrze…

 Rozmawiał Bogdan Chmura



Zobacz również

Kuba Więcek: another raindrop

Urodzony w Rybniku 21 października 1994 roku saksofonista i kompozytor Kuba Więcek jest chyba… Więcej >>>

Wacław Zimpel: Wystarczy mi samo free, nie muszę…

Artysta nietuzinkowy o wielu twarzach muzycznych, uwielbia eksperymentować, odkrywać, kreować. Więcej >>>

Joachim Kuhn: ucieczka do wolności

Niemiecki wirtuoz fortepianu jest legendą jazzu europejskiego, jednym z pierwszych muzyków, którzy w tej części świata… Więcej >>>

Piotr Lemańczyk: otwieranie drzwi

Głównym powodem naszego spotkania i rozmowy jest wydanie – i to zarówno w formacie CD, jak i w wersji… Więcej >>>

JAZZ FORUM 12/2017

Aktualnie w sprzedaży
Więcej >>>

Parallax Error

Leszek HeFi Wiśniowsk

Płyta miesiąca

Leszek Możdżer & Holland Baroque

Earth Particles

  • Ocena - 5
Linki
Z galerii

Artur Turalski - Sextet in Black

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu