Wywiady

Artykuł  został opublikowany w JAZZ FORUM 3/2015

Krzysztof Urbański - History of Tomorrow

Tomasz Furmanek


Wirtuoz saksofonu, którego dokonania są dobrze znane czytelnikom JAZZ FORUM, obecnie mieszka w Anglii. Tam wydał drugi autorski album „History Of Tomorrow”, firmowany przez własny zespół o międzynarodowej obsadzie: Krzysztof Urbański Urban Society.

Trudno jest zliczyć nagrody, jakie stały się udziałem tego wybitnego muzyka, absolwenta Akademii Muzycznej we Wrocławiu. Oto najważniejsze: w roku 2007 jego Mid West Quartet zdobył I miejsce w Ogólnopolskim Przeglądzie Zespołów Jazzowych i Bluesowych w Gdyni oraz I miejsce w Międzynarodowym Konkursie Solistów Jazzowych w ramach IV Zmagań Jazzowych w Szczecinie; w 2008 Krzysztof Urbański Quartet wywalczył Grand Prix na Jazzie nad Odrą we Wrocławiu, a on sam został uznany Indywidualnością Jazzową Roku, w 2009 Mid West Quartet wywalczył I miejsce na Hoeilaart International Jazz Competition w Belgii, gdzie Urbański otrzymał dodatkowo nagrodę dla Najlepszego Solisty, w 2013 zwyciężył w Taichung International Saxophone Competition na Tajwanie oraz w Idol International Saxophone Competition w Chicago.

JAZZ FORUM: W 2012 roku zostałeś wyselekcjonowany spośród setek muzyków z całego świata do przesłuchań w Thelonious Monk Institute of Jazz w Los Angeles. Zrobiłeś ogromne wrażenie na komisji, w której skład wchodzili m.in. tak wybitni muzycy, jak Wayne Shorter, Herbie Hancock, Jimmy Heath, czy Kenny Burrell, i od tamtej pory Thelonious Monk Institute rekomenduje cię jako jednego z najlepszych na świecie saksofonistów jazzowych młodego pokolenia. Jak tam trafiłeś i czym było dla ciebie to wyróżnienie?

KRZYSZTOF URBAŃSKI: Zawsze chciałem być częścią tego Instytutu, więc była to dla mnie wyjątkowa sytuacja. Zgłosiłem się sam, przesłałem swoje materiały muzyczne, przeszedłem przez pierwszy i drugi etap selekcji, następnie zostałem zaproszony do Los Angeles, gdzie miałem frajdę grania i rozmawiania przez dwa dni z Wayne’em Shorterem, Herbie’m Hancockiem i Jimmym Heathem – wspaniałe przeżycie!

Jury, w którego skład wchodzili moi mistrzowie, było pod dużym wrażeniem – to trochę kłopotliwe mówić o sobie w ten sposób, ale taki właśnie dostałem feedback – co było dla mnie największą nagrodą, gdyż na ich muzyce zostałem wychowany, w tym właśnie kanonie formy artystycznej. Sam Herbie Hancock dużo ze mną rozmawiał, powiedział mi wiele dobrego na temat mojej gry, co jak łatwo się domyślić, dla artysty na drodze ciągłego rozwoju było czymś ważnym, było to dla mnie najistotniejszą kwestią tego wyjazdu.

JF: Czym dokładnie jest Thelonious Monk Institute i jaką rolę może spełnić na drodze kariery młodego muzyka?

KU: Instytut działa przy University of California w Los Angeles i organizuje m.in. dwuletni kurs dla muzyków, po ukończeniu którego uniwersytet ten przyznaje tytuł magistra sztuki. Chciałem wziąć udział w takim kursie, ale po przejściu wszelkich eliminacji i znalezieniu się w finałowej szóstce muzyków w efekcie ominąłem ten kurs. Wayne Shorter i Herbie Hancock zaprosili mnie na rozmowę i wytłumaczyli mi, że w moim przypadku…

JF: …że jesteś za dobry?

KU: Mówiąc nieskromnie, o to chodziło. Instytut stwierdził, że będzie lepiej dla mnie, jeżeli zaczną mnie rekomendować do różnych ośrodków i promotorów jazzu i to mi pomogło w organizacji kilku bardzo ważnych koncertów. Natomiast jeżeli chodzi o tytuł magistra sztuki, to posiadam już taki po ukończeniu Akademii Muzycznej we Wrocławiu i jestem z tego zadowolony.

JF: Uznanie i rekomendacja tego instytutu to nie jedyny twój sukces, lista twoich zwycięstw w prestiżowych konkursach muzycznych jest imponująca, skupmy się przez chwilę na tych najważniejszych. Zająłeś pierwsze miejsce na międzynarodowym konkursie Hoeilaart International Jazz Competition w Belgii w 2008 roku, dodatkowo otrzymałeś tam nagrodę dla najlepszego solisty.

KU: Ten konkurs jest bardzo ważny na mapie europejskich wydarzeń dla młodych muzyków z całego świata. Kiedy byłem w Los Angeles i rozmawiałem z tamtejszymi muzykami o tym konkursie, okazało się, że wielu z nich próbowało wziąć w nim udział. Zwycięstwo w tym konkursie było dla mnie ogromną radością i nagrodą za wysiłek na mojej artystycznej drodze. Dowiedziałem się, że nagradzając mnie doceniono brzmienie, jak również sposób prowadzenia głosu, czyli voicing harmoniczny – mówiono, że robię to nietypowo – oraz technikę. Jeżeli chodzi o mój zespół, to zrobiło wrażenie brzmienie grupy i zgranie – muszę przyznać, że byliśmy naprawdę zgrani.

JF: Inny ważny konkurs, o który chciałbym cię zapytać, to Idol International Saxophone Competition w Chicago w grudniu 2013 roku, gdzie również zająłeś pierwsze miejsce.

KU: Ktoś poinformował mnie o tym konkursie, a że nie miałem akurat dużo pracy w grudniu, więc pomyślałem sobie: czemu nie? Wysłałem swoje nagrania i szczęśliwie dla mnie zostałem wyselekcjonowany do półfinału, na tym etapie wszystko odbywało się drogą internetową. Następnie dostałem się do finału, ostatecznie zostało nas trzech – chłopak z Chicago, jeden nowojorczyk i ja z Polski, szczęśliwie udało mi się wygrać, a co najważniejsze, grałem w świetnym miejscu, w legendarnym Chicago Jazz Showcase, gdzie później zagraliśmy kilka koncertów z Ernie’m Wattsem i z moim tamtejszym kwartetem.

Myślę, że możliwość wystąpienia w tak historycznie ważnym miejscu, gdzie grali tacy muzycy jak John Coltrane, Miles Davis, Wayne Shorter, czy Herbie Hancock, miała dla mnie największe znaczenie, nawet nie sama nagroda, ale szansa zagrania w Chicago, przed publicznością, która doskonale wiedziała o czym „mówię”. Największą radością była możliwość grania czystego, rasowego jazzu, który uwielbiam, i w tak wspaniałym miejscu, jakim jest Chicago Jazz Showcase.

JF: Musimy jeszcze wspomnieć o zajęciu pierwszego miejsca na Taichung International Saxophone Competition na Tajwanie w październiku 2013 roku.

KU: Współpracowałem kiedyś z tajwańską firmą saksofonową przez jakiś czas, mój kontrakt z tą firmą się skończył i nie miałem z Tajwanem już nic więcej do czynienia, ale po pewnym czasie ktoś zaprosił mnie do wzięcia udziału w tym konkursie. Wysłałem zgłoszenie, zakwalifikowałem się do finału i pojechałem tam. Okazało się, że konkurencja jest oszałamiająca, nie bez znaczenia musiał być fakt, że walka była o całkiem godziwe pieniądze.

Jadąc tam zupełnie nie wiedziałem, czego się spodziewać po Tajwanie, stereotypowe opinie różnie mówią o tym miejscu. Po przyjeździe zobaczyłem… Nowy Jork w Azji i jestem po dziś dzień zakochany w tym miejscu, jeżeli tylko mam taką szansę to jadę tam. Konkurs udało się wygrać, od tego czasu byłem zaproszony na kilka koncertów. Grałem na Taichung Jazz Festival już kilka razy, zostałem też zaproszony do kolejnej edycji Taichung Jazz Competition jako juror. Była to świetna zabawa i doskonała gratyfikacja. Nie było to łatwe, gdyż jak już wspomniałem konkurencja była ogromna, zapraszam wszystkich na przyszły rok.

JF: Ukazała się niedawno twoja nowa płyta zatytułowana „History Of Tomorrow” nagrana jako Krzysztof Urbański & Urban Jazz Society, zdecydowałeś się wydać ją sam?

KU: Płytę wydałem sam z racji tego, że dzisiaj tzw. social media – jeżeli jest się wtajemniczonym w te kwestie – zapewniają możliwość dotarcia z własnym projektem i muzyką do każdego zakątka świata. Stworzyłem własną wytwórnię Urban Jazz Society, aby maksymalnie móc zająć się rozpowszechnianiem swojej muzyki tam, gdzie chciałbym, żeby ona dotarła, i aby dzięki niezależnym działaniom móc mieć kontrolę nad dystrybucją i rynkiem.

JF: Urban Jazz Society to kwintet, powiedz proszę kilka słów o tym, jak ten zespół powstał? Spotkałem się z opinią, że kreujecie „świeże brzmienia jazzowe”.

KU: Zapraszając muzyków do zespołu kieruję się własnym instynktem, mam szczęście, że taki instynkt posiadam, więc dobór odbywa się w sposób naturalny. Z muzykami, których zaprosiłem do nagrania płyty, miałem przyjemność współpracować wcześniej. Stuart McCallum to znakomity gitarzysta z Manchesteru, jest wykładowcą w Leeds College of Music, współpracował z Cinematic Orchestra i wieloma innymi znanymi i cenionymi formacjami. Stuart to bardzo doświadczony muzyk, który wnosi ogromną paletę barw brzmień gitarowych, zarówno elektrycznych, z wielkimi możliwościami „dołożenia” elektroniki, jak również akustycznych.

Sam Gardner to perkusista, z którym współpracuję już od czterech lat, śmiejemy się, że jest to mój wychowanek, bo jest ode mnie młodszy o jakieś sześć lat, a zaczęliśmy grać kiedy miał 24. To wybitny muzyk, który studiował zarówno jazz, jak i muzykę indyjską, urban, gra w wielu formacjach hiphopowych, rozpiętość jego możliwości jest ogromna.

Martin Longhawn to młody pianista i keyboardzista, którego poznałem w Leeds i zdecydowałem się zaprosić do projektu dlatego, że bardzo rzadko się zdarza, że pianista gra tak niesłychanie swingowo i soulowo, a to jest właśnie to, na czym jazz został zbudowany.

Basista i kontrabasista Sam Vicary obecnie gra z Cinematic Orchestra, teraz mieszka w Londynie. W tym właśnie składzie współpracujemy już od trzech lat i cały czas koncertujemy. W zeszłym roku postanowiliśmy nagrać płytę, co jest kolejnym etapem naszej drogi zespołowej.

Starałem się nagrać jak najbardziej szczerą muzykę. W dzisiejszym zwariowanym świecie wydaje się, że wszystko musi być zaszufladkowane, a ja naprawdę nie miałem ochoty nagrywać płyty pod recenzentów muzycznych i różne kategorie, aby wpasowała się do rubryk w topowych magazynach. Zupełnie mnie to nie interesowało. Największą gratyfikacją dla mnie jest zainteresowanie i radość z muzyki, którą dostrzegam u słuchacza, który nie musi mieć do czynienia z muzyką w takim stopniu, co zawodowy muzyk.

Chcieliśmy nagrać muzykę, która będzie połączeniem i obrazem wielu moich doświadczeń, nie tylko muzycznych. Jazz jest jedną z nielicznych form sztuki, która z tak wielkim szacunkiem traktuje tradycję, patrząc w tym samym czasie w przyszłość i wykorzystując współczesne elementy sztuki. Moja pierwsza płyta była typowo jazzowa, osadzona w korzeniach tej muzyki. Natomiast druga jest w pewien sposób bardziej otwarta na różne sytuacje, które współcześnie dzieją się na scenie muzycznej.

JF: Wróćmy jeszcze do kwestii brzmienia, co oznacza dla ciebie sformułowanie „fresh sound of jazz”?

KU: Jazz zawsze był cool, był muzyką, która przyciągała młodzież, skupiała się na tym, co współczesne – i to chciałem zachować. Miles Davis był najbardziej cool gościem, dlatego że skupiał się na tym, co się działo wokół niego. Zawsze powtarzam swoim studentom, że warto jest odnosić się do tego, co jest obecne teraz, gdyż jest to twoja osobista reakcja muzyczna na otaczającą cię teraźniejszość dźwiękową. Brzmienia zmieniły się od lat 50. czy 70., inne jest brzmienie instrumentów, ulicy – dźwięki świata się zmieniły, czyli nawet w kwestiach brzmieniowych staraliśmy się nagrać muzykę w taki sposób, aby współczesny słuchacz mógł czerpać z tego radość i wziąć coś dla siebie.

JF: Jak ewoluowała twoja muzyka? Jakie były twoje inspiracje, na co zwracałeś uwagę, co kształtowało twoją muzykę?

KU: Jesteśmy wynikiem tego, co w życiu usłyszeliśmy i zobaczyliśmy, ten „miks” doświadczeń jest tym, co możemy zaproponować, podać dalej młodym i nie tylko młodym pokoleniom. Ja dorastałem w latach 80. i 90. w Polsce, czyli miałem dostęp do trzech głównych audycji radiowych poświęconych jazzowi. Paweł Brodowski – to była moja encyklopedia muzyczna, Jan Ptaszyn Wróblewski – to była moja kolejna encyklopedia. Jako że dorastałem na Pomorzu, miałem też szansę słuchania audycji Przemka Dyakowskiego w Radiu Gdańsk – to też była kopalnia wiedzy.

Nagrywałem każdą audycję, bo były emitowane dość późno, a ja musiałem chodzić do szkoły, następnie przesłuchiwałem je. Czasem chowałem się w szafie, żeby nie iść do szkoły, żeby móc przesłuchać audycję z dnia poprzedniego. Pierwsze płyty, które kupiłem, to „Double Rainbow” Joe’ego Hendersona, później John Coltrane – ćwiczyłem z jego nagraniami! To były początki.

Osobą, która wywarła na mnie ogromny wpływ, jest Herbie Hancock, z racji tego, że jest muzykiem wszechstronnym, że traktuje muzykę jako formę sztuki, nie ma dla niego gorszego gatunku muzyki, gdyż ze wszystkiego uczyni coś wyjątkowego, ponieważ ma swój własny głos. Ze współczesnych kompozytorów na pewno Terence Blanchard, wybitny człowiek, muzyk kompletny, znakomity trębacz wywodzący się z tradycji nowoorleańskiej, świetny kompozytor, jest dla mnie kopalnią informacji i świetnym wzorem do naśladowania.

Dojrzewałem przy takich muzykach, jak Bud Powell, Joe Henderson, czy Joe Lovano, ale głównie byłem zainteresowany jazzem, który wywodzi się z tradycji bluesa i spiritual. Zawsze byłem w stanie powiedzieć, czy dany muzyk słuchał i grał z szacunkiem dla tej tradycji i czy jego gra jest swingowa, bluesowa – miało dla mnie ogromne znaczenie.

Dzisiaj, jako muzyk bardziej doświadczony, widzę oczywiście wiele innych możliwości ekspresji, europejska scena jazzowa doskonale sobie radzi i ma własny głos. Norwegia, na przykład, ma zupełnie inne korzenie, inaczej buduje swoją wypowiedź, w innych przestrzeniach. Ponieważ jazz zawsze był miksem, zawsze był fusion, wypadkową wszystkiego, to wydaje mi się, że należy połączyć ten dorobek muzyczny, który Afroamerykanie zaczęli tworzyć w Stanach w latach 20., 30., czy 40. z tą nową, europejską tradycją, która jest ogromna i piękna.

Rozmawiał: Tomasz Furmanek



Zobacz również

Kuba Więcek: another raindrop

Urodzony w Rybniku 21 października 1994 roku saksofonista i kompozytor Kuba Więcek jest chyba… Więcej >>>

Wacław Zimpel: Wystarczy mi samo free, nie muszę…

Artysta nietuzinkowy o wielu twarzach muzycznych, uwielbia eksperymentować, odkrywać, kreować. Więcej >>>

Joachim Kuhn: ucieczka do wolności

Niemiecki wirtuoz fortepianu jest legendą jazzu europejskiego, jednym z pierwszych muzyków, którzy w tej części świata… Więcej >>>

Piotr Lemańczyk: otwieranie drzwi

Głównym powodem naszego spotkania i rozmowy jest wydanie – i to zarówno w formacie CD, jak i w wersji… Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu