Coda
fot. Filip Błażejowski

Artykuł opublikowany w JAZZ FORUM 7-8/2018


Marek Karewicz



Legendarny fotografik zmarł w Warszawie 22 czerwca 2018 roku.

W historii naszego czasopisma, a historia ta ma już ponad pół wieku, tylko dwa razy bohaterami okładki byli nie muzycy – w 1995 roku Willis Conover, sławny amerykański komentator radiowy, autor audycji „Time for Jazz” w rozgłośni Voice of America, której słuchały miliony ludzi na całym świecie i w 1998 roku Marek Karewicz. „Balladę o Marku” na jego 60. urodziny napisał wówczas Lech Terpiłowski.

I teraz znowu, 20 lat później, Marek Karewicz powraca na naszą okładkę, pośmiertnie. Muzyce poświęcił swoje życie, stał się legendą polskiego jazzu, był duszą i symbolem naszego środowiska. Jedną z najbardziej popularnych i lubianych postaci. Wszyscy go znali i on znał wszystkich. Ze wszystkimi był na ty. Był zawsze i wszędzie. Prawie od samego początku.

Wybitny fotografik, ale także autor okładek płytowych, didżej, czasem konferansjer, arbiter elegancji, bon vivant, luzak o pogodnym usposobieniu, niebywałym poczuciu humoru i błyskotliwej ripoście, kobieciarz, dirty old man, kawalarz, któremu wszystko było wolno, gawędziarz, który opowiadał siarczystym językiem niestworzone historie.


Z Willisem Conoverem, 1959


Żył 80 lat. Przyszedł na świat jeszcze przed wojną. Urodził się w Warszawie28 stycznia 1938 roku. W dzieciństwie mieszkał z rodzicami na Muranowie w kamienicyprzy ulicy Orlej, w pobliżu getta. Jego ojciec, Julian, walczył w Powstaniu na Starym Mieście (w oddziałach Armii Ludowej). „Powstania nie pamiętam, po upadku powstania na piechotę zaszliśmy z matką i babcią do Pruszkowa, a stamtąd, już razem z ojcem, przenieśliśmy się do Tomaszowa Mazowieckiego” – wspominał. Tam, w szkole podstawowej, nauczyciel od prac ręcznych zaraził go fotografią. Po latach, zapraszany przez przyjaciół, Marek często wracał do Tomaszowa, ze swoimi wystawami, na spotkania wspomnieniowe, w 2015 roku nadano mu tytuł Honorowego Obywatela Tomaszowa Mazowieckiego.

W 1949 roku, po śmierci matki, wrócił do Warszawy. Zamieszkał na Muranowie przy ulicy Nowolipki. Rozpoczął naukę w liceum ogólnokształcącym, po roku przeniósł się do liceum fotograficznego przy ul. Spokojnej, jednym z jego nauczycieli był słynny portrecista Marian Dederko. Po maturze studiował na Wydziale Operatorskim Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi.

Marzył o tym, żeby zostać muzykiem. Na balu maturalnym wystąpił jako kontrabasista ze swoim zespołem Six Boys Stompers. Na otwarciu Hot Clubu Hybrydy w maju 1957 roku grał ze „Stompersami” na trąbce. Muzyki uczył się w Młodzieżowym Domu Kultury przy ulicy Łazienkowskiej (nieopodal dzisiejszej Trójki). Grał na kontrabasie w młodzieżowej orkiestrze symfonicznej, którą kierował Jerzy Kolasiński. Tam poznał klarnecistę Waldemara Kurpińskiego. Razem z Waldkiem latem 1957 pojechał na obóz muzyczny pod Kielcami. W „Sztandarze Młodych” zobaczyli anons o Festiwalu Jazzowym w Sopocie i postanowili pojechać na Wybrzeże.

Zapytany o tę eskapadę, Waldek Kurpiński potwierdza i zaprzecza: „Tak, mieliśmy jechać, ale nie pojechaliśmy”). W książce Marcina Jacobsona „Karewicz Big-Beat” Marek wspomina: „Jakoś popołudniem, szwendając się bez celu, trafiłem na pochód nowoorleański, który maszerował ulicą Monte Cassino od kościoła garnizonowego do mola”. Ale pochód nowoorleański miał miejsce rok wcześniej, na I Festiwalu Jazzowym, zaś na drugim został zorganizowany na stadionie Lechii w Gdańsku (sic!). Jeśli jednak Marek tam rzeczywiście był, to wybrał się bez aparatu fotograficznego, nie ma bowiem żadnych jego zdjęć z sopockiego festiwalu.

Wziął za to ze sobą – jak opowiadał – trąbkę. Nocował w koszu wiklinowym na plaży przed Grand Hotelem. Idąc na koncert, zakopał trąbkę w piasku, kiedy wrócił, już jej nie było. Według innej jego wersji, trąbkę sprzedał kibicowi Legii; jeszcze przez wiele lat słyszał jej dźwięk na trybunach podczas meczów piłkarskich. Tak czy owak, szybko się zorientował, że nie ma talentu muzycznego, że jego prawdziwe powołanie to fotografia, że aparat fotograficzny to niezawodna przepustka na koncerty.

Jako fotografik zadebiutował w 1957 roku na łamach tygodnika „Po Prostu”. W 1958 nawiązał stałą współpracę z miesięcznikiem „Jazz”, który miał wówczas siedzibę w Gdańsku. W „Jazzie” ilustrował zdjęciami stałą rubrykę „Ci, na których liczymy”.

Jego wielka przygoda zaczęła się od zdjęć Kwartetu Brubecka w marcu 1958 roku. Jesienią tamtego roku wystartował w Warszawie festiwal Jazz Jamboree (na jednej z fotografii Marka gra Trio Komedy z Janem Byrczkiem na kontrabasie). W czerwcu 1959 roku po raz pierwszy przyjechał do Polski Willis Conover. Tę historyczną wizytę Marek utrwalił na serii wspaniałych zdjęć: powitanie na lotnisku Okęcie, koncert w Filharmonii, spotkanie w klubie Hybrydy. Po latach powie, że to Conover nauczył go wolności.

W jego zbiorach widzimy zdjęcia z drugiego Campingu Jazzowego na Kalatówkach w 1960 roku (na pierwszym, rok wcześniej, chyba nie był). W tym właśnie 1960 roku przez kilka miesięcy rezydował w Polsce New York Jazz Quartet. Zdjęcia z występów tego zespołu w klubie Hybrydy (trębacz Idrees Sulieman z napompowanymi policzkami!) zaimponowały Leopoldowi Tyrmandowi, który ostatecznie przekonał Marka, by porzucił mrzonki o karierze muzyka i zajął się fotografią.

Na fotografiach Marka uwiecznieni zostali dla potomności bohaterowie wydarzeń tamtych lat: m.in. Stan Getz z Triem Andrzeja Trzaskowskiego w 1960 roku, Os­car Peterson Trio i Ella Fitzgerald w 1965 (również powitanie na płycie lotniska). Przegapił Marek szansę spotkania w 1965 roku z Louisem Armstrongiem na festiwalu w czeskiej Pradze (Louis nigdy do Polski nie przyjechał). Był jednak czujny na Jazz Jamboree. Jedno z jego zdjęć Krzysztofa Komedy trafiło na okładkę albumu wszech czasów „Astig­matic”. To była ostatnia w serii Polish Jazz okładka zaprojektowana przez Rosława Szaybo, który wyjechał do Londynu, gdzie objął funkcję dyrektora artystycznego CBS. Odtąd, począwszy od płyty Kwartetu Zbyszka Namysłowskiego (vol. 6), wszystkie pozostałe okładki tej kultowej serii projektował Karewicz.

Od roku 1966 przez ponad pół wieku był głównym fotografikiem magazynu JAZZ FORUM. W 1969, na zaproszenie redaktora JF i prezesa Polskiej Federacji Jazzowej Jana Byrczka uczestniczył w trzymiesięcznej eskapadzie grupy wokalnej NOVI Singers i Kwartetu Namysłowskiego do Indii, Australii i Nowej Zelandii.


Marek Karewicz jako didżej w Remoncie. 2001
fot. Jan Rolke 

Dokumentował na zdjęciach wszystkie kolejne festiwale Jazz Jamboree, na których koncertowały największe nazwiska tamtych czasów, m.in. w 1971 roku Duke Ellington (1971), w 1976 Benny Goodman, w 1980 Sonny Rollins, w 1983 – Miles Davis (jego zdjęcie Milesa z trąbką w wyciągniętej w górę ręce ma status ikoniczny). W połowie lat 80. Marek towarzyszył Rayowi Charlesowi na jego europejskiej trasie. Do sfery mitów zaliczyć trzeba jednak jego opowieści o fotografowaniu ostatniej trasy koncertowej Milesa Davisa, o jego fotografii Milesa, która zawisła na jednym z wieżowców Nowego Jorku, o marynarce, którą Miles przysłał mu w prezencie.

Marek był też nadwornym fotografikiem big-beatu, zawsze do dyspozycji gwiazd polskiego rocka począwszy od I Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie w 1962 roku, przez wszystkie Festiwale Piosenki Polskiej w Opolu i Sopocie: Niebiesko-Czarni, Czerwone Gitary, Polanie, Czerwono-Czarni, Niemen & Akwarele, Blackout i Breakout… Okładka albumu „Blues” grupy Breakout, ze zdjęciem, na którym Tadeusz Nalepa prowadzi za rękę swojego syna, uważana jest za najlepszą w historii polskiego rocka. Projektował też okładki wielu innych gwiazd polskiej estrady: Ewy Demarczyk, Maryli Rodowicz, Mar­ka Grechuty. Był jedynym upoważnionym przez Pagart fotoreporterem na koncertach Rolling Stonesów w Sali Kongresowej w 1967 roku (jego zakulisowe opowieści stały się częścią mitologii rock and rolla w Polsce).

Z Krzysztofem Boguszewskim w Tygmoncie, 2003
fot. Jan Rolke 

W pierwszej fazie swojej kariery związany przede wszystkim z Klubem Hybrydy (mekką modern jazzu), był też bywalcem Stodoły (mekki tradycjonalistów), potem zagnieździł się w klubie Remont, gdzie przez ponad 30 lat był dyskotekowym didżejem. W nowym stuleciu jego drugim domem stał się Jazz Club Tygmont, który prowadził wspólnie z właścicielem Krzysztofem Boguszewskim. Tygmont otworzył podwoje na jego urodziny 28 stycznia 2001 roku. Od tej pory przez kilkanaście lat świętowano wspólne urodziny Marka i klubu specjalnymi koncertami z udziałem nestorów polskiego jazzu. Marek dyżurował w klubie na Mazowieckiej niemal codziennie, był tego klubu gospodarzem, znakiem firmowym i magnesem.

Bywał na wszystkich liczących się festiwalach jazzowych, na Jazzie nad Odrą, na Festiwalu Pianistów Jazzowych w Kaliszu, Jazz w Muzeum w Ostrowie Wielkopolskim, Sopot Molo Jazz Festival, na reaktywowanych Jazz Campingach na Kalatówkach, Grand Prix Jazz Melomani w Łodzi i wielu, wielu innych. Wszędzie, gdzie bywał, eksponowane były jego wystawy (This Is Jazz), także za granicą – w Wiedniu, Moskwie, Londynie i Chicago. W ojczyźnie jazzu gościł po raz pierwszy i jedyny w 2008 roku. Wiele razy podróżował do Związku Radzieckiego, gdzie miał przyjaciół, a największym z nich sławny krytyk i promotor jazzu Aleksiej Bataszew.

Jako guru polskich fotografików jazzowych, miał naśladowców i wychowanków. Już w połowie lat 60. zaczął prowadzić warsztaty fotograficzne i kursy laboratoryjne fotografii w Pałacu Kultury i Nauki. Przyjaciołom nie lubił jednak opowiadać o tajnikach fotografii, o swoim aparacie fotograficznym. „Czy słyszałeś, żeby Miles Davis opowiadał komuś o trąbce, na której gra? Miles mówił o sztuce. Trąbka to tylko narzędzie, podobnie aparat. Liczy się tylko to, co słyszysz, co widzisz, jak widzisz, i jaki efekt chcesz uzyskać”. Na jego fotografiach słychać muzykę, jej ekspresję i napięcie, można odczuć atmosferę koncertu. Marek był mistrzem fotografii czarno-białej. Zdjęcia kolorowe, które robił w późniejszym okresie, nie dorównują jakością i artyzmem fotografii czarno-białej.


W pobliżu domu miał swoją legendarną pracownię, a w niej laboratorium i archiwum, w którym trzymał skrupulatnie opisane negatywy. Tych zdjęć miał podobno po­nad milion. Pięć lat temukilkadziesiąt tysięcy najważniejszych zdjęć przekazał Bibliotece Narodowej. Zdjęcia te zostaną zdigitalizowane, opracowane i udostępnione publiczności, w przyszłości także on-line. Podczas oficjalnej ceremonii dyr. Tomasz Makowski przywołał wypowiedź perkusisty Andrzeja Dąbrowskiego, który również jest świetnym fotografikiem: „Marek wie, jak to jest. Sam grał na trąbce, basie. Wie, gdzie i kiedy kończy się temat, zaczyna improwizacja. Wie, kiedy nacisnąć spust migawki. Złapać ten jeden, niepowtarzalny moment. Zna klimat tej muzyki. To właśnie jest jego atut. To, że był czynnym muzykiem, grał jazz, daje mu przewagę nad innymi. To właśnie widać w jego zdjęciach i okładkach płytowych, których był autorem. (...) to kolosalny dorobek artysty”.

Niestety w ostatnich kilkunastu latach Marek miał coraz większe kłopoty ze zdrowiem, przeszedł co najmniej siedem udarów mózgu, po każdym kolejnym tracił mowę, władanie rękoma i nogami, ale w jakiś cudowny sposób, siłą woli, odzyskiwał formę. W końcu przykuty został do wózka inwalidzkiego. Ale i wtedy nie dawał za wygraną, z ofiarną pomocą przyjaciół, przede wszystkim Wieśka Śliwińskiego, który dojeżdżał z Gdańska, podróżował nadal do różnych miast Polski, z wystawą, na festiwale i specjalne spotkania, bez których Marek nie wyobrażał sobie swojego życia. Kres jednak zbliżał się nieuchronnie – urodziny osiemdziesiąte w styczniu tego roku świętowano w Tygmoncie już bez Jubilata. Zmarł u siebie w domu na Muranowie niecałe pół roku później, 22 czerwca.

Za wybitne zasługi dla kultury został w 2003 roku odznaczony przez Prezydenta RPKrzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Krzyż ten został wyłożony na poduszce przed trumną podczas nabożeństwa żałobnego w kościele i na pogrzebie, który miał charakter państwowy. Myślę, że Marek chciałby być na swoim pogrzebie, zobaczyć rozproszoną rodzinę w komplecie i przyjaciół, którzy przyjechali z całej Polski. Na pewno byłby zdziwiony widząc asystę wojskową i słysząc salwy. Ucieszyłby się słysząc radosny zgiełk Świętych.

Żegnaj, Marku! Z Twoim odejściem dobiega końca pewna epoka. Nikt nie zajmie Twojego miejsca, bo tego miejsca już nie będzie. There will never be another you!

Paweł Brodowski



Zobacz również

Freddy Cole

Legendarny amerykański wokalista i pianista zmarł 27 czerwca 2020 w Atlancie, Georgia. Więcej >>>

David Pituch

Amerykański saksofonista, wybitny pedagog zmarł 23 czerwca 2020 w Evanston, Illinois. Więcej >>>

Keith Tippett

Brytyjski pianista, kompozytor i aranżer zmarł w wieku 72 lat 14 czerwca 2020. Więcej >>>

Lennie Niehaus

Amerykański saksofonista altowy i kompozytor muzyki filmowej zmarł 28 maja 2020. Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu