Wywiady
fot. Michał Murawski

Opublikowano w JAZZ FORUM 3/2021

Mateusz Pospieszalski: Tam i sam

Rafał Zbrzeski (Radio Kraków)


Saksofonista, wokalista, kompozytor, producent i aranżer Mateusz Pospieszalski to jedna z najbardziej barwnych i rozpoznawalnych postaci na polskiej scenie muzycznej, członek zespołów Free Cooperation, Tie Break, Graal i Voo Voo. W ubiegłym roku zaskoczył miłośników swojej twórczości płytą solową zatytułowaną „Tam i sam”, nagraną blisko natury, w miejscach oddalonych od szumu cywilizacji.

JAZZ FORUM: Spoglądam na okładkę Twojej solowej płyty „Tam i sam” i widzę Mateusza Pospieszalskiego przedstawionego jako rybaka na środku jeziora, który zamiast wędki albo sieci ma saksofon. Prawie niczym święty Piotr łowiący ludzi.

MATEUSZ POSPIESZALSKI: Zaskoczyłeś mnie tym porównaniem, nie spodziewałem się, że komuś ta ilustracja może skojarzyć się w taki sposób, ale to bardzo miłe. Zwłaszcza że jestem człowiekiem, któremu wiara nie jest obojętna, a mówiąc nieco na wyrost – prowadzę filozoficzny namysł nad wiarą. Istota tego, co nas otacza, przestrzeni, stworzeń, boskości świata, stanowi bardzo wa­żny element w moim życiu. Odwoływanie się do elementów sacrum, do postaci świętego Piotra, jak najbardziej mi pasuje. Jednocześnie uważam, że owa boskość Wszechświata jest niemożliwa do ogarnięcia rozumem – właśnie ze względu na swój nadludzki wymiar. Można, na przykład z pomocą poezji, próbować pewne rzeczy interpretować, ale pojąć się ich nie da. Próby nazwania i zrozumienia wszystkiego prowadzą nas w pułapkę ograniczeń ludzkiego rozumu.

Autorem ilustracji okładkowej jest Krzysztof Kokoryn, artysta o niezwykle otwartej głowie, słuchający wiele muzyki. Dokładnie oddał w swojej pracy to, co miałem na myśli, ta okładka znakomicie koresponduje z zawartością płyty. Saksofonista w łodzi symbolizuje podróż przez świat, który jest zachwycający, podniecający i kompletnie niemożliwy do okiełznania. Ze światem jest trochę jak z muzyką, czy sztuką w ogóle. Nie da się ich bezpośrednio zdefiniować – podobnie jak boskości świata. Różnica jest taka, że ten niezwykły pierwiastek w sztuce pochodzi od artysty, zaś w tym, co nas otacza, wypływa z owej boskiej natury. Dla artysty uprawianie sztuki jest więc w pewnym sensie zabawą w Stwórcę.

JF: Zatem czy nie lepiej, zamiast próbować zrozumieć, po prostu usiąść w spokoju, przyglądać się, słuchać, podziwiać i cieszyć się pięknem i tajemnicą?

MP: Człowiek jest skonstruowany z dwóch elementów. Zwierzęcej cielesności i elementu duchowości. Zbliżenie się do natury sztuki, natury świata następuje właśnie przez ten element duchowy. Zapytałeś, czy nie wystarczy usiąść i posłuchać. To stawia mi kolejne pytanie – po co ja jeszcze właściwie gram do tej boskości świata, po co dorzucam swoje trzy grosze? A właśnie dlatego, że jestem częścią tego świata. Granie w plenerze, wśród natury jest niczym wysyłanie dźwięków ku Wszechświatowi. Wyzwolenie przeze mnie tego dźwięku stanowi integralny element świata. To, że wydałem go z instrumentu na polanie, będąc sam o dziesiątej wieczorem, kiedy nie było tam innych ludzi, nikomu nie przeszkadzałem – a ten dźwięk poleciał, schował się gdzieś i wrócił do mnie jako echo… Wtedy poczułem coś wyjątkowego, związanego właśnie z graniem w przestrzeni. Coś we mnie wstąpiło, poczułem i zrozumiałem, że poprzez dźwięk jestem integralną częścią tego, co mnie otacza, częścią Wszechświata.

JF: Wspomniałeś o samotnym graniu na polanie. Czy do grania na łonie natury popchnęły cię pandemiczne okoliczności i związany z tym brak koncertów? Szukałeś sposobów na artystyczne wyżycie się i tak powstał pomysł na płytę „Tam i sam”?

MP: Faktycznie, może się tak wydawać, ale pandemia i lockdown sprawiły tylko, że nareszcie miałem czas na zagranie solowych koncertów w plenerze. Samo marzenie o tym projekcie pojawiło się we mnie dużo wcześniej. Kiedy stanąłem po raz pierwszy i zagrałem w ten sposób, to od razu wiedziałem, że chcę pociągnąć ten pomysł dalej. Pierwszą myślą było zarejestrowanie utworów przypisanych do konkretnych miejsc. Jako że pomysł narodził się na Suwalszczyźnie – zapragnąłem stworzyć coś w rodzaju dźwiękowej encyklopedii okolicznych jezior. Za pierwszym razem miałem przy sobie tylko telefon, a jak wiadomo takie nagranie nie nadaje się do niczego. Po miesiącu stałem już w tym samym miejscu i nagrywałem przy użyciu w pełni profesjonalnego sprzętu.

JF: Wspomniałeś o zamiarze stworzenia dźwiękowej encyklopedii suwalskich jezior, jednak na płycie mamy nagrania z różnych miejsc.

MP: To prawda, pierwotny zamysł nieco ewoluował, ale oczywiście część nagrań powstała także nad jeziorami. Część materiału zarejestrowałem nad jeziorami Pobłędzie i Jaczno. Poza tym dokonałem też rejestracji na plaży i molo w Sopocie oraz w sadzie pod lasem w Dzierwanach. Nad jeziorem Pobłędzie nie nagrywałem nad samym akwenem, ale stojąc na ganku, gdy dookoła lał deszcz. Początkowo byłem załamany, że moja wyprawa spełzła na niczym, ale okazało się, że padający deszcz jest jednym z większych atutów albumu. Nagrałem tam świetne fragmenty muzyczne, a odgłosy świerszczy i spadających z ganku kropel dały wspaniały, nieregularny perkusyjny efekt. Pojawiła się pewna spontaniczność, element otwartości, jak w muzyce ambientowej albo free, gdzie nie ma regularnego metrum. Ktoś mógłby powiedzieć „w takim razie wystarczy stanąć na ganku i zagrać cokolwiek”. Otóż nie wystarczy. Z bardzo prozaicznych względów. Wszystko zależy od tego, czego oczekujemy. Ja szukałem ciszy, miejsca, gdzie nie docierają odgłosy cywilizacji. Wbrew pozorom takie miejsce nie jest łatwe do odszukania. Mieszkam sześć kilometrów od granic miasta i kiedy próbuję u siebie nagrać odgłosy natury, nawet jeśli robię to nad ranem – pod spodem jest szum miasta, taki industrialny noise. Coraz mniej jest zakątków gdzie panuje prawdziwa cisza. Inną sprawą są nagrania z Sopotu. Morze tak absorbuje przestrzeń, że połyka wszelkie odgłosy miasta, które jest przecież tuż obok, jednak w nagraniach zupełnie go nie słychać. Zresztą można być w tym samym miejscu a zmieniające się warunki atmosferyczne sprawią, że efekt dźwiękowy będzie zupełnie inny. Nad jeziorem Jaczno nagrywałem w październiku.

Będąc tam w listopadzie stanąłem dokładnie w tym samym miejscu, ale panowała zupełnie inna pogoda niż podczas pierwszego pobytu, było zimno, wiał wiatr. To spowodowało, że zupełnie nie było pogłosu, pędzące powietrze go zabrało. Pogłos, echo znad wody są fantastyczne. Woda daje niesamowitą gładkość dźwięku i przestrzeni. Z kolei zupełnie odmienny efekt osiąga się grając nad polami, polanami, w kierunku lasu – inne echo, inne odbicia, do tego dochodzi ta zmienność warunków pogodowych, pór dnia… Przyroda nigdy nie zabrzmi dwa razy w ten sam sposób.

JF: Miejsca, które wymieniłeś: jeziora, sopocka plaża i molo, polana pod sadem, to wszystko mieści się w zawartym w tytule albumu słowie „tam”, jednak drugi człon tytułu „sam” wydaje mi się nieco rozmijać z prawdą. Z tego co mówisz wynika, że nie grałeś sam, grałeś z przyrodą.

MP: Słowo „sam” oznacza tyle, że byłem tam sam jako osoba. Wyrwany, oswobodzony z codzienności, z tego miejskiego industrialnego noise’u, o którym wspomniałem wcześniej. „Sam” to ja – skupiony, skoncentrowany, wyciszony, nastawiony na przyjęcie tego co jest „tam”, przygotowany na to, by usłyszeć świat.

JF: Słuchając tego, co grasz mam nieodparte wrażenie, że w Twojej muzyce jest obecny ogromny zachwyt światem i naturą.

MP: Początkowo, podczas prac nad albumem miałem wrażenie, że to wszystko jest zbyt sentymentalne. Nie chciałem, żeby wyszła z tego płyta relaksacyjna, może ostatecznie ma ona takie cechy, ale nie było moim zamiarem tworzenie muzyki ambientowej. Jedyne co wiąże się z ambientem i muzyką relaksacyjną, i co rzeczywiście jest potrzebne, by dobrze odebrać ten album, to wyciszenie. By naprawdę posłuchać tej muzyki, trzeba się uspokoić, znaleźć na to czas i miejsce. „Tam i sam” kompletnie nie nadaje się na przykład do słuchania podczas jazdy samochodem, bo wszelkie odgłosy silnika, kół, cały ten hałas i skupienie na czynnościach związanych z prowadzeniem kompletnie odbiorą nagraniom ich istotę.

Nie zrobiłem tej płyty, by się popisywać czy coś udowadniać. Przede wszystkim nagrałem ją, bo ogromną radość sprawia mi pojawianie się z saksofonem nad wodą, na molo czy w lesie. Staję w takim miejscu, wypuszczam z instrumentu dźwięk i czekam na to, co się pojawi, jaką przestrzenią odpowie mi przyroda. Dzięki temu wywołuję cały ten świat dźwięków, wprowadzam nuty i wywołuję interakcję. Z tego bierze się ów zachwyt.

W drugim utworze na płycie „Odlot w podniebie” słychać wyraźnie, jak w odpowiedzi na frazę, którą gram, z drugiego brzegu jeziora Jaczno odzywa się… krowa ze swoim „muuuuu”. Słychać ją dzięki temu, że robię pauzy, czekam czym odpowie mi świat. One dokładnie po to są. W innym miejscu słychać nawet plusk wyskakujących z wody ryb. To mnie absolutnie zachwyca, świat, który gra ze mną. Nawet w tekście do płyty napisałem, że podziałało to na mnie jak narkotyk.

Kiedy szedłem na nagrania, byłem bardzo nakręcony, jak gdybym miał misję do wypełnienia, a kiedy wracałem z takiej wielogodzinnej wyprawy przepełniało mnie uczucie spełnienia. Dzieliłem się tymi wrażeniami z moją żoną, która towarzyszyła mi podczas nagrań, pomagała przy rejestracji i prowadziła dokumentację fotograficzną. Zresztą te zdjęcia są bardzo ważnym elementem, uwiarygodniają tę płytę. To jest bardzo istotne dla artysty – świadomość, że po takim samotnym wykonie czuje się spełniony.

Oczywiście po normalnych koncertach też czuję się spełniony, ale to inny rodzaj interakcji, jest publiczność, są też inni muzycy. A propos publiczności – zdarzyło się, że kiedyś, po drugiej stronie jeziora, na łódce byli wędkarze, kiedy zagrałem i dźwięk poniósł się po wodzie – widziałem, że byli w kompletnym szoku. Muszę zaznaczyć, że w tym przypadku obostrzenia zostały zachowane… ilość publiczności i odpowiedni dystans. (śmiech)

JF: Zapewne podczas wędkowania nieczęsto natykają się na grającego solo saksofonistę, nie ma więc co przesadnie dziwić się ich reakcji. Wspomniałeś o wielogodzinnych wyprawach, podczas których rejestrowałeś muzykę. Na płycie można znaleźć informację, że Twoje wykonania przybierały formę koncertów. Tymczasem na krążku mamy godzinę muzyki z różnych miejsc, czy materiału, który zarejestrowałeś było więcej?

MP: Tak, nad jeziorem Jaczno nagrałem w sumie trzy godziny, nad jeziorem Pobłędzie godzinę, podobnie na molo i na plaży w Sopocie a w Dzierwanach dwie godziny. W sumie około ośmiu godzin. Mam to oczywiście na dysku, ale musiałem coś wybrać, bo gdybym chciał wydać to w całości, ludzie uznaliby, że Mateusz Pospieszalski zwariował. Po pierwszej sesji chciałem już wydawać płytę, już miałem wykrojone 45 minut i myślałem, że mam gotowy materiał. Jednak później tak wciągnął mnie ten sposób nagrywania, że przestałem panować nad czasem. Większość miejsc miałem zaplanowanych, ale na przykład sesja na molo w Sopocie wydarzyła się przypadkiem – wracaliśmy z żoną z sesji na plaży i postanowiliśmy jeszcze pospacerować. Miałem ze sobą saksofon i rejestrator i spontanicznie zagrałem godzinny koncert. Słychać tam szczekającego psa, to też jedyna sesja. podczas której pojawili się ludzie, sopoccy spacerowicze, którzy przystawali i słuchali. Ktoś nawet rzucił mi monetę. To akurat było zabawne, bo nigdy w życiu nie musiałem grać na ulicy za pieniądze wrzucane do kapelusza. Kiedy skończyłem grać, ta dość przypadkowa publiczność nie bardzo wiedziała, jak zareagować, ale pewna pani w końcu się odezwała „No pięknie, pięknie było”. (śmiech) Nie wszystko z tego, co opowiadam, znalazło się na płycie, ale musiałem coś wybrać.

Wracając do pytania o to, dlaczego opisałem to na płycie jako koncerty. To rzeczywiście odbywało się jak normalny występ. Grałem na przykład przez godzinę, ale nie non stop, dzieliłem całość na mniejsze odcinki. Robiłem ekspozycję, tworzyłem rozwinięcie, puentowałem. Budowałem dramaturgię tak jak podczas regularnego występu. Zdarzało się też, że gdy już miałem kończyć, już opowiedziałem myśl, którą zaplanowałem, a nagle coś w otoczeniu spowodowało, że z wyciszenia rozwijał się nowy muzyczny kierunek. Słychać to w utworze Odlot w podniebie, gdy nadleciał klucz dzikich gęsi i sprowokował mnie do podążenia dźwiękiem za nimi. Z kolei w utworze Nieba zbłąd pojawił się samolot, który zupełnie zmienił mi tonalność. Jeszcze w innym miejscu słychać dyskutujące ze sobą jakieś drozdy, które chyba były lekko zaniepokojone moją obecnością, ale uznały, że to tylko jeszcze jeden dziwny dziobak, którego nie trzeba się obawiać.

JF: Przychodzi mi na myśl kilka przykładów utworów, w których muzycy inspirowali się przyrodą, próbowali ją imitować. Na przykład Dave Holland i jego Conference of the Birds albo Duke Ellington i utwór Bluebird of Dehli. U Ciebie działa to w drugą stronę, to Ty ze swoją grą wtapiasz się w naturę.

MP: Jest różnica między inspiracją, przetworzeniem natury a włączeniem się w nią. Gram równocześnie z przyrodą i przez to staję się częścią większej całości. Wynajduję miejsca brzmiące w sposób zróżnicowany. Marzy mi się nagranie nad Morskim Okiem, ale nie wiem, czy ktoś na to pozwoli, bo przecież niedźwiedź dostałby zawału… (śmiech) W każdym razie na wiosnę ruszam dalej, mam już upatrzone lokalizacje, bo na jednej tego typu płycie nie mam zamiaru poprzestać.

JF: Jesteś także wokalistą, myślałeś o porwaniu się na wokalne nagrania w plenerze?

MP: Z saksofonem jest o tyle łatwiej, że brzmi w bardziej zdecydowany sposób, ale to od głosu wszystko się zaczęło. W lecie kąpałem się w jednym z tych jezior, zacząłem krzyczeć i tak odkryłem akustykę tego miejsca. Wtedy, co prawda, nie śpiewałem, ale nagrania wokalne – czemu nie…

JF: Płyty nagrywane solo to dość specyficzna nisza. Często to są albumy traktowane jako manifestacja artystycznej dojrzałości, w dyskografii wielu artystów znajdziemy takie przykłady, by ograniczyć się tylko do saksofonistów i przywołać Anthony’ego Braxtona i jego „For Alto”.

MP: Zupełnie nie kierowały mną pobudki w rodzaju, że jak facet skończył ileś tam lat i jest muzykiem, to musi coś udowodnić i nagrać album solo. Nie inspirowały mnie też w żaden sposób te wszystkie solowe nagrania, które masz na myśli. To wszystko narodziło się w tamtym jednym momencie, kiedy po raz pierwszy zagrałem na polanie, to był impuls. Więcej – ja nawet nie miałem zamiaru tworzyć muzyki przypisanej do konkretnego gatunku.

Od jednego z przyjaciół, któremu sprezentowałem album, otrzymałem pytanie: „Czy to jest jakiś gatunek muzyczny” – absolutnie nie. Definiowanie tego zresztą pozbawione jest sensu. Kiedyś zadano mi pytanie: „Czym jest muzyka?”. Odpowiedziałem wtedy: „Miłością, radością, gniewem, po­mie­szaniem, smutkiem, modlitwą, medytacją i niezrozumieniem też. Jest stanem ducha, wszystkim tym, czego nie można dotknąć. Ona brzmi, jak u Orfeusza z miłością i uczuciem, gdy chcemy ją nazwać i zobaczyć – znika jak Eurydyka”. I tego nadal się trzymam.

Rafał Zbrzeski (Radio Kraków)



Zobacz również

Dominik Strycharski: nie boję się żadnej sytuacji

Kompozytor, eksperymentator, autor jedynej na świecie jazzowej płyty solowej na flet prosty Więcej >>>

Krystyna Prońko: pół wieku w służbie piosenki

Charyzmatyczna, bezkompromisowa i jedna z najjaśniejszych gwiazd polskiej estrady oraz dydaktyki wokalnej Więcej >>>

Gwi­lym Simcock

Chick Corea powiedział o nim: „Gwilym to oryginał. Kreatywny geniusz.” Więcej >>>

Joaquin Sosa: Wrodzona radość

To jeden z najbardziej utalentowanych i wszechstronnych muzyków we współczesnym świecie klarnetu Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu