Wywiady

fot.Zosia Zija i Jacek Pióro

Mateusz Smoczyński: jestem szczęściarzem

Asia Pieczykolan


„Jestem szczęściarzem, któremu w życiu bardzo dużo rzeczy wychodzi tak, jak sobie wymarzy” – mówi Mateusz  Smoczyński, 32, wirtuoz skrzypiec i kompozytor, współzałożyciel i filar Atom String Quartet, były członek amerykańskiego Turtle Island Quartet (2012 - 2016), laureat  Pierwszej Nagrody II Międzynarodowego Jazzowego Konkursu Skrzypcowego im. Zbigniew Seiferta.

JAZZ FORUM: Szymanowski, Seifert, Coltrane – to Twoje największe inspiracje?

MATEUSZ SMOCZYŃSKI: Zgadza się. Ja nazywam te trzy osoby moją „świętą trójcą”. U mnie zaczęło się wszystko od Coltrane’a. Jak byłem w liceum, to praktycznie cały czas go słuchałem. Za wszystkie moje oszczędności, za wszystkie pieniądze, które dostawałem od rodziców na obiady, czy w ramach kieszonkowego, kupowałem jego płyty. Mam ich w domu sporo. Potem, kiedy próbowałem go naśladować, ktoś powiedział mi, że gram podobnie do Seiferta. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, kto to jest. Nie było żadnych jego płyt. Tak się złożyło, że Jacek Namysłowski, syn Zbyszka, był w tym samym liceum co ja i przyniósł mi nagrania Seiferta. Od tego czasu jestem jego wielkim fanem.

A z Szymanowskim było tak, że w liceum mój profesor Andrzej Gębski powiedział mi: „Mateusz, Ty powinieneś zagrać coś Szymanowskiego, bo to jest bardzo w twoim stylu”. No i miał rację, bo kiedy rozczytałem jego utwory m.in. II Koncert skrzypcowy, to okazało się, że są mi one bardzo „pod ręką” i przy okazji podobne do Seiferta, którego uwielbiałem i w tamtych czasach spisywałem w dużych ilościach. I Szymanowskiego, i Seiferta grało się bardzo podobnie.

JF: Czyli nieświadomie, tak jak Zbyszek Seifert, zacząłeś od Coltrane’a. Też siedziałeś po nocach spisując jego solówki?

MS: Tak, i to właśnie kształtowało mój język muzyczny. Całą młodość spisywałem i grałem, głównie solówki Johna Coltrane’a lub Wayne’a Shortera, którego również bardzo cenię. Bardzo lubiłem też nagrania z lat 60. Za to, że można było je zbalansować – prawy, lewy kanał w taki sposób, aby wyłączyć saksofon Trane’a i grać z najlepszą sekcją na świecie, jak z Aebersoldem.

JF: Ciekawi mnie Twoja obecność na konkursie. Wiele osób zdziwiło się, że tak renomowany muzyk zdecydował się stanąć do rywalizacji z innymi skrzypkami. Co sprawiło, że pojawiłeś się w Lusławicach właśnie teraz, a nie dwa lata temu?

MS: Dwa lata temu nie chciałem jechać na konkurs, bo uważałem, że muzyka to nie sport i nie nadaje się do tego, żeby oceniać, kto jest lepszy, kto gorszy. Każdy ma swój styl i bardzo trudno to klasyfikować. Miałem wewnętrzny opór przed konkursami. A poza tym, ku mojemu szczęściu, akurat wtedy byłem w trasie z Turtle Island Quartet.

Jednak widząc co stało się z Bartkiem Dworakiem po konkursie, i jak wiele osób zaczęło o nim mówić oraz to, że ja będąc cztery lata w Stanach jakoś nie doczekałem się żadnej większej wzmianki o tym, że robię karierę w USA, postanowiłem zadbać o siebie i zacząć w końcu promować swoje nazwisko. Głównie to mnie zmobilizowało, żeby spróbować swoich sił w konkursie.

JF: A nie bałeś się osłabienia pozycji wybitnego skrzypka jazzowego, który grał z największymi muzykami i na największych scenach na świecie?

MS: Faktycznie miałem już jakiś swój dorobek, mogłem sporo stracić, i naprawdę myślałem, że stracę, bo tegoroczni konkursowicze byli niesamowici. Zwłaszcza Stephan Braun, którego jestem wielkim fanem i od wielu lat słucham z zapartym tchem. On jest jednym z najlepszych wiolonczelistów na świecie. Pojawiły się też nieznane mi dotąd postaci, jak np. Florian Willeitner z Niemiec, którego miałem przyjemność uczyć w Salzburgu razem z Turtle Island Quartet. Florian przyszedł do nas na warsztaty muzyczne przy okazji koncertu w Mozarteum (w siedzibie jednej z lepszych szkół skrzypcowych).  Jak teraz usłyszałem go na konkursie, to dosłownie mnie wmurowało.

Tak więc z jednej strony bardzo się bałem, ale z drugiej strony potrzebowałem jakiegoś bodźca, który by mnie determinował ku temu, żeby się dalej rozwijać, żeby wziąć się za siebie i więcej ćwiczyć. Tylko nie chciałbym, żeby było to źle zrozumiane, bo ja uwielbiam ćwiczyć, lubię grać! Jednak to, że zagrałem przez ostatnie kilka lat setki koncertów z Turtle Island Quartet, z Atom String Quartet i z innymi wybitnymi muzykami, dało mi sceniczną pewność siebie i poczucie komfortu, przez co straciłem pewną spontaniczność, która jest w muzyce jazzowej bardzo inspirująca. Lubię wychodzić na scenę z adrenaliną krążącą w żyłach i tak się stało dzięki konkursowi. Poczułem chęć walki. Mogłem sporo stracić, ale widzę, że udało się sporo zyskać. Bo i TV się zainteresowała, i JAZZ FORUM. (śmiech)

JF: Czy któryś z uczestników konkursu zwrócił Twoją szczególną uwagę?

MS: Przede wszystkim wcześniej wspomniany Florian, który dysponował zarówno niesamowitą techniką skrzypcową, jak i wyobraźnią. Jest wybitnym kompozytorem, aranżerem i rewelacyjnym skrzypkiem. Łączy w sobie wszystkie cechy prawdziwego wirtuoza. Ja naprawdę myślałem, że to on, albo Stephan Braun wygra ten konkurs. Od Stephana Brauna wiele lat temu próbowałem się nauczyć większości technik niekonwencjonalnych, których aktualnie bardzo często używam. Mam na myśli przede wszystkim technikę chopu i technikę grania w stylu gitarowym akord w pizzicato. Ja tego nauczyłem się od zespołu Turtle Island, który istnieje od 30 lat, i właśnie od Brauna, z którym aktualnie tworzymy duet.

Moją uwagę zwrócił równie francuski skrzypek Mario Forte, który opanował parę takich rzeczy, których nikt oprócz niego nie potrafi robią na tak wysokim poziomie. On grał pizzicato kciukiem blisko podstawka, gdzie struny są jeszcze bardzo twarde, osiągając kompletnie inne brzmienie instrumentu. Opanować tą technikę grając z zespołami flamenco. Jesteśmy już w kontakcie z Mario i na bieżąco wymieniamy się swoimi doświadczeniami. Może uda mi się zączy w sobie wszystkie cechy prawdziwego wirtuoza. Ja naprawdę myślałem, że to on, albo Stephan Braun wygra ten konkurs. Od Stephana Brauna wiele lat temu próbowałem się nauczyć większości technik niekonwencjonalnych, których aktualnie bardzo często używam. Mam na myśli przede wszystkim technikę chopu i technikę grania w stylu gitarowym akordów pizzicato. Ja tego nauczyłem się od zespołu Turtle Island, który istnieje od 30 lat, i właśnie od Brauna, z którym aktualnie tworzymy duet.

Moją uwagę zwrócił również francuski skrzypek Mario Forte, który opanował parę takich rzeczy, których nikt oprócz niego nie potrafi robić na tak wysokim poziomie. On grał pizzicato kciukiem blisko podstawka, gdzie struny są jeszcze bardzo twarde, osiągając kompletnie inne brzmienie instrumentu. Opanował tę technikę grając z zespołami flamenco. Jesteśmy już w kontakcie z Mario i na bieżąco wymieniamy się swoimi doświadczeniami. Może uda mi się z nim zagrać w grudniu, kiedy przyjedzie do S1. Zapowiedział już, że chciałby mnie zaprosić.

Utkwił mi w pamięci występ Krzyśka Lenczowskiego, który był minimalistyczny, ale przez to bardzo odważny, jak na realia konkursowe. Krzysiek nie próbował nikomu niczego udowadniać i za wszelką cenę pokazywać się jako wirtuoz wiolonczeli.  Wyszedł i zagrał jako już w pełni dojrzały muzyk, który wie, co robi.

JF: Co w takim razie mogło przesądzić o Twoim zwycięstwie w konkursie? Doskonała znajomość muzyki Seiferta?

MS: Muzykę Zbigniewa Seiferta mam w swojej duszy. Kiedyś poświęciłem jego twórczości wiele uwagi i czasu. Może feeling, który mam i wyczucie stylu jest najbardziej zbliżone do Seiferta? Chociaż wiele osób powtarzało mi na konkursie, że wykształciłem już swój własny język, co mnie cieszy, ale w mojej duszy gdzieś głęboko zakorzeniony jest ten Seifert i nigdy się tego nie pozbędę. To jest mój fundament. Utkwiła mi w pamięci jedna rzecz, którą usłyszałem od żony Zbigniewa – Agnieszki. Powiedziała, że po raz pierwszy od 30 lat, które minęły od śmierci jej męża, podczas mojego koncertu, poczuła żar z serca, zobaczyła, że ja naprawdę czuję tę muzykę i gram w sposób emocjonalny, mocno zbliżony do Seiferta, i po raz pierwszy od wielu lat rozczuliło ją to. Może to pozwoliło mi wygrać?

JF: Seifert był pierwszym skrzypkiem jazzowym, na którego trafiłeś?

MS: Nie był pierwszym, na którego trafiłem, ale był pierwszym, który spowodował, że chciałem z powrotem grać na skrzypcach.

JF: Z powrotem? Miałeś jakieś przerwy?

MS: Pod koniec podstawówki poważnie zastanawiałem się nad zmianą instrumentu na jakiś bardziej jazzowy. Na taki, na jakim grał Coltrane na przykład, na saksofon, albo na trąbke, jak Miles Davis czy Wynton Marsalis. Dzięki Seifertowi zostałem przy skrzypcach, co wyszło mi na dobre. Po pierwsze dlatego, że saksofon, czy trąbkę musiałbym poznawać od podstaw, ujarzmić, zajęłoby mi to zbyt dużo czasu. Po drugie, skrzypce to instrument nadal bardzo wyjątkowy w jazzie, co jest ogromnym atutem. A po trzecie i chyba najważniejsze, nie ma nas szczególnie dużo na świecie, co widać chociażby po sytuacji, w której młody polski muzyk wyjeżdża do USA, aby współpracować z amerykańskim kwartetem, który nie mógł sobie na miejscu znaleźć skrzypka jazzowego.

JF: Czyli muzykę Seiferta poznałeś przy okazji odkrywania Coltrane’a.

MS: Tak, najpierw był Coltrane, później usłyszałem, że gram jak Seifert. Nie wiedziałem kto to jest, ale już wtedy byłem upodabniany do jego stylu gry, przez starszych kolegów, czy naprawdę zacnych muzyków jak Zbigniew Namysłowski, czy śp. Janusz Muniak. Pamiętam, jak pojechałem po raz pierwszy na Kalatówki, a Janusz Muniak zapytał mnie, czy wiem, kim jest Zbigniew Seifert. Nie wiedziałem. To był jego serdeczny przyjaciel, grali razem w Kwintecie Stańki. Janusz Muniak powiedział mi wtedy, że nie tylko gram jak on, ale i wyglądam jak on, jeśli chodzi o sposób stania i zachowywania się na scenie. Wtedy dopiero sprawdziłem, kto to jest.

JF: Sprawdziłeś i… co najbardziej zaintrygowało Cię w jego muzyce, że stała się aż tak bliską Twemu sercu?

MS: Pasja. Pasja i bardzo ekspresyjny sposób, w jaki grał na skrzypach. Było to bardzo upodobnione do modalnej muzyki Coltrane’a. Ja w ogóle bardzo lubię muzykę ekspresyjną, lubię też muzykę impresjonistyczną, dlatego też upodobałem sobie Szymanowskiego, który łączył te dwa style ze sobą.

JF: Jest jakaś płyta, która miała szczególny wpływ na ukształtowanie Ciebie jako muzyka?

MS: Zdecydowanie „Passion”. Przy okazji jest to płyta z moimi ulubionymi muzykami. Oprócz samego Seiferta grał na niej John Scofield, którego uwielbiam. Jest tam jeszcze Jack DeJohnette, Eddie Gomez, Richie Beirach, z którym miałem przyjemność grać, i który jest lekkim wariatem, ale wspaniałym pianistą.

JF: Czy granie jazzu na skrzypcach nie przeszkadzało Tobie w ukończeniu Akademii Muzycznej na klasyce? Wiadomo jakie podejście mają profesorowie klasyki do grania jazzu, zwłaszcza na skrzypcach.

MS: Ja właśnie miałem profesora, który miał bardzo dobre podejście do sprawy jazzu. Mówił mi: „Mateusz, skrzypków klasycznych w Polsce mamy bardzo dużo, aż za dużo, a skrzypków jazzowych nie ma prawie w ogóle. Więc jeśli cię to pasjonuje, to rób to, ale skończ Akademię, która da Ci warsztat i wykształcenie. W ogóle zdając na Akademię miałem mały konflikt z jednym z profesorów, który na moim pisemnym egzaminie dał mi najniższą punktację z możliwych, ale dzięki temu, że grałem jazz i na czytaniu a vista ktoś przeczytał w moim życiorysie, że gram ze Zbigniewem Namysłowskim i wieloma innymi znanymi muzykami, zostałem poproszony o zaimprowizowanie kilku fraz. No i po mojej improwizacji dostałem z kolei najwyższą punktację z możliwych, dzięki czemu znalazłem się wyżej w punktacji ogólnej i zostałem przyjęty do Akademii.

JF: Mając 18 lat grałeś już ze Zbyszkiem Namysłowskim?

MS: Razem z Jackiem Namysłowskim, jego synem, pod koniec liceum założyliśmy kwintet, który zaczął odnosić sukcesy. Czasami mieliśmy potrzebę wystąpienia z jakąś gwiazdą, aby przyciągnąć publikę. No i mieliśmy taką znajomość ze Zbyszkiem… W ogóle bardzo dużo zawdzięczam rodzinie Namysłowskich. To oni zabrali mnie po raz pierwszy na Jazz Camping Kalatówki, gdzie poznałem całą śmietankę jazzową i większość tych znajomości trwa do dzisiaj.

JF: Urbaniak, Seifert, Dębski, Strzelczyk – to znana wszystkim stara gwardia polskiej szkoły wiolinistyki jazzowej. Teraz mamy nową generację, kolejne pokolenie wybitnych skrzypków. Kto Twoim zdaniem zasługuje na szczególne uznanie?

MS: Ogromnie cenię Adama Bałdycha, który nie dość, że jest genialnym skrzypkiem, to ma niesamowitą wyobraźnię muzyczną i robi w tym momencie ogromną karierę. Myślę, że obecnie to jest jeden z najlepszych, żyjących

skrzypków na świecie. Uwielbiam też moich kolegów z Atom String Quartet – Dawida Lubowicza, Michała Zaborskiego i Krzyśka Lenczowskiego, o którym już wspomniałem. Jest również Marcin Hałat, który był moim zastępcą w Atom String Quartet, przez co nigdy nie miałem okazji zobaczyć go w akcji. Teraz usłyszałem go na konkursie Seiferta i naprawdę zrobił na mnie wrażenie. Również Bartek Dworak jest mi szczególnie bliski, bo słucha chyba podobnej muzyki, gra w podobny do mnie sposób i również był pod ogromnym wpływem Zbigniewa Seiferta.

Ale głównymi i najstarszymi polskiej szkoły byli Michał Urbaniak i Zbigniew Seifert, i tych skrzypków naprawdę szanuję. Michał ma w swojej dyskografii wspaniałe i legendarne już płyty. Od wielu lat jest moim przyjacielem i zawsze pomaga mi, kiedy mam jakiś kłopot.

JF: Są w Europie dwie liczące się szkoły jazzowych skrzypiec: francuska i polska.

MS:. Polska szkoła jest dla mnie bardziej męska, jest to granie mocne, pewne i bardzo twarde wręcz. Jeśli chodzi o francuską, to jest to granie mięciutkie i słodkie. Ja jestem zwolennikiem szkoły męskiej oczywiście. Jest jeszcze amerykańska, bluegrassowa. Granie jazzu na skrzypcach bardzo kojarzy mi się z graniem muzyki góralskiej, czy w ogóle folkowej.

JF: W Twoich frazach często słychać inspiracje polską muzyką ludową.MS: To prawda i w ogóle się tego nie wstydzę! Do niedawna muzyka ludowa w niektórych kręgach kojarzyła się z obciachem, ale teraz na szczęście weszliśmy w okres, w którym ta muzyka przeżywa swój renesans. Z muzyką folkową byłem związany od dziecka, Moi rodzice założyli w Nieporęcie zespół Nieporęcak, nawet przez chwilę w nim tańczyłem, ale szybko przestałem, bo do tańca mam dwie lewe nogi. Potem grałem w tym zespole razem z moim bratem Jaśkiem i kuzynami.

JF: To, że jesteś Polakiem, pomaga czy przeszkadza ci w funkcjonowaniu na arenie międzynarodowej?

MS: Myślę, że bycie muzykiem-Polakiem, jest marketingowo bardzo dobre. Polski jazz stoi na bardzo wysokim poziomie. Wszyscy mówią o polskim jazzie w samych superlatywach i wszyscy wiedzą, że mamy i zawsze mieliśmy wyśmienitych muzyków. Kiedy jeździłem po Stanach z Turtle Island Quartet i spotykałem lokalnych artystów, to większość z nich słyszała o Seifercie, wielu z nich znało oczywiście Michała Urbaniaka, Krzysztofa Komedę, Tomasza Stańkę, Możdżera, Wasilewskiego. W Polsce mamy naprawdę niezłe warunki ku temu, żeby się rozwijać. Jest gdzie i dla kogo grać. Jeśli ktoś ma predyspozycje i jest mocno zdeterminowany, to prędzej czy później zrobi karierę. W Stanach spotkałem wielu muzyków, którzy muszą robić coś zupełnie innego. W Polsce na szczęście większość moich znajomych muzyków pracuje w zawodzie.

JF: Jak w ogóle doszło do tego, że trafiłeś do zespołu z trzydziestoletnią historią, znanego na całym świecie, topowego jazzowego kwartetu smyczkowego Turtle Island?

MS: To jest niezła historia. Chyba wypada zacząć od tego, że Turtle Island Quartet usłyszałem w wieku 18 lat. Mój kuzyn Piotrek przyniósł mi nagrania i od tego momentu kompletnie zmieniłem zdanie na temat kwartetów smyczkowych. Zawsze myślałem, że to są zespoły, które muszą grać muzykę, klasyczną, romantyczną. Kiedy usłyszałem Turtle Island, zobaczyłem, że kwartet może grać groove, improwizować i to naprawdę ma sens. Od raz zamarzyło mi się zrobić coś takiego w Polsce. Akurat chwilę później zdałem do Akademii Muzycznej, w której poznałem Dawida Lubowicza, który również grał jazz i powiedziałem mu o tym pomyśle. Z Dawidem przez kilka lat szukaliśmy muzyków. Po czterech latach poznaliśmy Michała Zaborskiego, który z kolei był bardzo zdeterminowany, żeby znaleźć wiolonczelistę. W końcu znaleźliśmy Krzyśka Lenczowskiego i założyliśmy Atom String Quartet, który istnieje już szósty rok.

Po dwóch latach działalności Atomów dostałem maila od Marka Summera, wiolonczelisty Turtle Island Quartet: „Mateusz, czy byłbyś zainteresowany współpracą z Turtle Island Quartet, jeśli tak, to zapraszamy cię na przesłuchania”. Byłem tym faktem podekscytowany, oczywiście się zgodziłem, chociaż nie chciałem wyprowadzać się z Polski. W zasadzie jechałem tam tylko po to, żeby zobaczyć, jak się z nimi gra i spróbować swoich sił.

Pojechałem do Nowego Jorku w styczniu 2012 roku. Pamiętam, że było niemiłosiernie zimno. Z kwartetem spotkaliśmy się w bardzo małym lobby hotelowym, miało chyba dwa na trzy metry, ledwo się tam zmieściliśmy. Materiału, który był miejscami bardzo trudny, uczyłem się przez cztery miesiące. Tak wszystko wykułem, że czasami znałem materiał lepiej niż oni sami. Byłem tak podekscytowany faktem, że z nimi gram, że przeszedłem samego siebie i podobno mój występ był najlepszy. Od razu, jak wychodziliśmy, zapytali: „Mateusz, kiedy możesz się przeprowadzić do San Francisco? A ja odpowiedziałem im, że w zasadzie to nigdy. Nie byłem kompletnie przygotowany na to, żeby wyprowadzać się z Polski. A oni tak na mnie popatrzyli… i zapytali: ‘To po co tutaj w ogóle przyjeżdżałeś?’” Trochę zgłupiałem, nie wiedziałem, co im dokładnie powiedzieć i obiecałem, że się zastanowię. Wróciłem do Polski, no i przez miesiąc się zastanawiałem, czy wyjechać i spróbować swoich sił z zespołem, o którym marzyłem, i który zrobił na mnie tak duże wrażenie, że zmienił się cały mój świat.

Od kiedy usłyszałem Seiferta zacząłem chętniej grać na skrzypach, a kiedy usłyszałem Turtle Island Quartet to zacząłem myśleć o kwartecie smyczkowym jak o zespole jazzowym. Długo zastanawiałem się, czy zostawić w pewnym sensie swoje dziecko Atom String Quartet i wyjechać, żeby grać w świetnym, ale cudzym zespole, czy nie skorzystać z takiej niesamowitej okazji, jaka się przytrafiła, wyprowadzić się do Stanów, mieszkać w przepięknym mieście. Jednak cała moja rodzina była w Polsce, babcia, rodzice, brat – mam z nim zespół, przyjaciele. I miałem to wszystko zostawić, żeby wyjechać i być samemu. No ale Łukasz Poprawski mi powiedział: „Mateo, do Nieporętu zawsze możesz wrócić, jedź do Stanów”. No i pojechałem…

Nie zostawiłem Atomów. Powiedziałem, że będę przylatywał na koncerty, jak tylko będę mógł, z kolei w Turtle Island powiedziałem, że przeprowadzam się na stałe do San Francisco i trochę nagiąłem sytuację, żeby móc prowadzić…

JF: …podwójne życie

MS: Dokładnie. Oni chcieli, żebym był cały czas dyspozycyjny, no i żebym był związany z nimi – tylko i wyłącznie.

JF: Czyli miałeś żonę w San Francisco i kochankę w Polsce.

MS: No tak to trochę wyglądało. (śmiech) Momentami było ciężko. Czasami musiałem tak lawirować… Kiedyś zdarzyło mi się przyjechać do Polski na mniej niż 24 godziny, zagrałem koncert i wracałem do USA. Zdarzało mi się, że byłem na koncercie na ostatnią chwilę, czasami opóźniały się samoloty. Kiedyś nie zagrałem przez to koncertu dla sponsorów. Ogólnie przez 4 lata mieszkałem w samolocie i na lotniskach.

JF: No właśnie, przeleciałeś 1,5 miliona kilometrów!

MS: Na żonę i kochankę wydałem tyle pieniędzy, co zarobiłem. Ja naprawdę ledwo wiązałem koniec z końcem, bo cały czas kupowałem bilety lotnicze. Zdarzało się cztery, pięć razy w miesiącu latać między kontynentami. Parę razy byłem bliski tego, żeby wynajmować jakiś helikopter, albo prywatny samolot, żeby dotrzeć na czas i dotrzymać słowa, bo jest to dla mnie rzecz święta.

JF: Grając cztery lata z Turtle Island Quartet, zyskałeś na pewno ogromną pewność siebie, ale czy ta „sława” ułatwiła Ci poczynania muzyczne, czy wręcz przeciwnie? W końcu oczekiwania rosną…

MS: Teraz, kiedy na to patrzę, było to najlepsze posunięcie, jakie mogłem zrobić. Na cztery lata dołączyłem do zespołu, o którym marzyłem. Nauczyłem się od nich sporo. Zobaczyłem, jak wygląda to od podszewki, nie tylko muzycznie, ale i biznesowo
to była bezcenna szkoła. Poza tym zwiedziłem wszystkie najbardziej prestiżowe sale koncertowe w Stanach Zjednoczonych, w których kilka tysięcy miejsc potrafiło być wypełnionych po brzegi. Niesamowite przeżycie. Najlepsza szkoła, w jakiej mogłem się znaleźć!

JF: Ponoć techniki „chopu” nauczyłeś się właśnie grając z Turtle Island Quartet.

MS: Tak. Jeśli chodzi o tę technikę, to jej ojcem był Darol Anger, który był pierwszym skrzypkiem Turtle Island Quartet. Ta technika historycznie wywodzi się z bluegrassu i jest częściowo wręcz perkusyjnym efektem, który nadaje drive i pewną motorykę do kwartetu smyczkowego. Technika ta w połączeniu z walkingiem na wiolonczeli i czterema improwizującymi jazzmanami stała się znakiem rozpoznawczym Turtle Island Quartet. I właśnie chopów nauczyłem się z pierwszej ręki od Davida Balakrishana, pomysłodawcy i założyciela kwartetu. 

JF: Czym jest dla Ciebie Atom String Quartet?

MS: Atom jest moim dzieckiem i uważam, że to jeden z lepszych zespołów, w jakim miałem okazję grać w swoim życiu. I myślę nawet, że teraz w Atom String Quartet gramy lepiej niż w Turtle Island. Dodatkowo czuję się o wiele mocniej związany z Atomami, niż z zespołem, w którym byłem, może nie intruzem, ale jednak obcą osobą, nieco jeszcze odstającą wiekowo od innych muzyków.

JF: Jakie plany ma obecnie Atom String Quartet? Jakiś czas temu rozpoczęliście współpracę z Sebastianem Karpielem Bułecką, niedawno pojawiła się też Natalia Kukulska. Można by się pokusić o stwierdzenie, że kierunek jest komercyjny w najlepszym tego słowa znaczeniu, bo idzie za tym jakość. Chcecie wyjść poza dosyć wąskie grono słuchaczy jazzowych, dać się poznać szerszej publice?

MS: Oczywiście, chcemy dotrzeć do jak najszerszego grona słuchaczy. I nie chciałbym szufladkować czegoś jako komercyjne. Zawsze staramy się grać w najlepszy możliwy sposób. Projekt z Natalią Kukulską uważam za niesamowicie ambitny i artystyczny. Był dla nas odskocznią od muzyki jazzowej, ale grając z nią wykorzystujemy wszystkie techniki, do których doszliśmy grając z Atomami przez sześć lat. Dużo też improwizujemy.

Z Sebastianem Karpielem-Bułecką też mamy frajdę, bo on jest niesamowitym skrzypkiem góralskim i ma otwartą głowę, jest dla nas ogromną inspiracją. W Atomach nie wstydzimy się muzyki folkowej, nie wstydzimy się też inspiracji muzyką popową. Zresztą, obecnie muzyka idzie w taką stronę, że wszystkie style się mieszają i czasami trudno jednoznacznie stwierdzić, czy my gramy jazz, czy klasykę, bo jesteśmy kwartetem smyczkowym, czy może pop, bo gramy z Natalią Kukulską…

JF: Czy też europejską muzykę improwizowaną…

MS: Myślę, że europejska muzyka improwizowana byłaby najbliżej prawdy. Reasumując, staramy się czerpać inspiracje ze wszystkich możliwych stron, żeby wykształcić własny język Atom String Quartet. Sebastian Karpiel Bułecka, Natalia Kukulska, Władysław Sendecki, Leszek Możdżer, Rafał Grząka –wszystkie te osoby nas otwierają na różne style.

JF: Który moment w swojej karierze uważasz za najbardziej przełomowy, który dał Ci najwięcej jeśli chodzi o pewność bycia na scenie, największą motywację do działania?

MS: Konkurs im. Zbigniewa Seiferta! (śmiech) Jeśli chodzi o karierę, to myślę, że jest to punkt zwrotny. Ja mam spore plany związane z rokiem 2017. Już zaczynam organizować trasę koncertową z moim, w grudniu będziemy nagrywać naszą trzecią płytę.

To, że skończyłem z Turtle Island niecały rok temu, sprawiło, że mogłem się zając sam sobą. Teraz jestem na takim etapie, kiedy próbuje swoją karierę rozwijać w jak najlepszy sposób i jak najbardziej się jej poświęcić. Będąc w Turtle Island nie mogłem organizować żadnych swoich koncertów, bo wiązała mnie z nimi umowa, która obligowała do zagrania wszystkich koncertów, które wpadną do kalendarza na trzy miesiące naprzód. Kompletnie mnie to paraliżowało w kontekście robienia swojej własnej kariery. Bałem się, że będę musiał coś odkręcać, przenosić, dawać zastępstwa. Teraz, kiedy już zakończyłem współpracę z Turtle Island i wygrałem konkurs im. Zbigniewa Seiferta czuję, że to jest moment, w którym mogę rozwinąć skrzydła.

JF: Powiedz nam na koniec coś o swoim bracie, który jest również znakomitym muzykiem jazzowym.

MS: Jasiek jest moim starszym bratem, z którym od początku wymienialiśmy się doświadczeniami. Ja jako pierwszy słuchałem muzyki jazzowej, on z kolei interesował się muzyką rozrywkową. Nie chciałem tego słuchać, bo uważałem, że to jest mało ambitne i słabe. On nie chciał słuchać jazzu. Ale w pewnym momencie zaczęliśmy wzajemnie doceniać gatunki, których słuchaliśmy. Jasiek zafascynował się Jarrettem, potem Davisem, teraz mamy już bardzo podobne upodobania. W pewnym momencie zdecydował, że będzie grać jazz na fortepianie i mnie cały czas przekonywał i ciągną, żebym grał na skrzypcach. Jak ćwiczył, to zawsze mnie wołał, żebyśmy razem coś pograli. Przez to, że był starszy, to jako pierwszy poszedł na studia i mimo że nie studiowałem w Katowicach, to grałem z muzykami z Katowic. Dzięki temu, że miałem starszego brata, zawsze grałem z lepszymi od siebie.

JF: Sprawiasz wrażenie osoby nieśmiałej, lekko wycofanej. Jak sobie radzisz w dosyć drapieżnym świecie muzyki, w którym trzeba walczyć o swoje, trzeba mieć twardy tyłek i być odpornym na krytykę?

MS: Faktycznie jestem trochę wycofany i mocno nadwrażliwy w życiu. Bardzo łatwo mnie zniechęcić, a krytyka nigdy nie działała na mnie motywująco. Ale z drugiej strony mam dużo szczęścia w życiu i rzadko zdarzały mi się sytuacje, w których ktoś by mnie mocno krytykował. Miałem podporę w swoim bracie, rodzinie i teraz w mojej dziewczynie, która bardzo mi kibicuje, więc uważam, że jestem szczęściarzem, któremu w życiu bardzo dużo rzeczy wychodzi tak, jak sobie to wymarzy. 

Rozmawiała: Asia Pieczykolan



Zobacz również

Kuba Więcek: another raindrop

Urodzony w Rybniku 21 października 1994 roku saksofonista i kompozytor Kuba Więcek jest chyba… Więcej >>>

Wacław Zimpel: Wystarczy mi samo free, nie muszę…

Artysta nietuzinkowy o wielu twarzach muzycznych, uwielbia eksperymentować, odkrywać, kreować. Więcej >>>

Joachim Kuhn: ucieczka do wolności

Niemiecki wirtuoz fortepianu jest legendą jazzu europejskiego, jednym z pierwszych muzyków, którzy w tej części świata… Więcej >>>

Piotr Lemańczyk: otwieranie drzwi

Głównym powodem naszego spotkania i rozmowy jest wydanie – i to zarówno w formacie CD, jak i w wersji… Więcej >>>

JAZZ FORUM 12/2017

Aktualnie w sprzedaży
Więcej >>>

Parallax Error

Leszek HeFi Wiśniowsk

Płyta miesiąca

Leszek Możdżer & Holland Baroque

Earth Particles

  • Ocena - 5
Linki
Z galerii

Fotografie gwiazd jazzu

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu