Wywiady

fot. Filip Błażejowski

Namysłowski: Polish Jazz- YES!

Tomasz Szachowski


Wserii Polish Jazz po długiej przerwie wydany został z numerem 77, na 77. urodziny, nowy album Zbyszka Namysłowskiego z tytułem, który jest symbolem i manifestem, który odwołuje się do przeszłości i jednocześnie wychodzi w przyszłość. Życiorys muzyczny wybitnego saksofonisty to przecież w dużej części historia tej kultowej serii Polskich Nagrań, w której w szczególny sposób zaznaczył swą obecność – jako muzyk, kompozytor i lider.

JAZZ FORUM: Początki Twojej kariery łączą się z początkami serii Polish Jazz, z płytą nr 1 serii, którą nagrali Warszawcy Stompersi. Płyta ukazała się w 1965 roku, choć nagrania były realizowane wcześniej, w latach 1961-64. Dla tego zespołu aranżowałeś kilka utworów „ludowych”, jak Starzyk, Hej przeleciał Ptaszek, Gdyby rannym słonkiem, Motywy góralskie. Jak wspominasz tamte czasy?

ZBIGNIEW NAMYSŁOWSKI: Pamiętam wszystko bardzo dobrze, ale ja tego nie nagrywałem.

JF: Ale aranżowałeś, co więcej – jesteś na zdjęciu na okładce z puzonem i w stylowym kapeluszu…

ZN: To prawda. Ale ja to aranżowałem dla swojego zespołu, w którym grał wtedy Heniek Majewski, który potem doszedł do Stompersów. Spodobały mu się te aranżacje, więc wykorzystał je na pierwszej płycie serii Polish Jazz.

JF: Czy to był przypadek, że w tamtych latach współpracowałeś z muzykami dixielandowymi? Czy przeżyłeś okres fascynacji dixielandem?

ZN: Moje pierwsze zetknięcie z jazzem to był dixieland! Na imprezie w 1955 roku – to był chyba pierwszy oficjalny koncert jazzowy w Polsce po okresie stalinowskim (w którym jazz był całkowicie zakazany), a który to koncert nazywał się „Turniej
Jazzu”. Odbywał się w Hali Gwardii. Była tam wielka scena i wielka widownia (od­bywały się tam m.in. turnieje bokserskie),
pamiętam – koncert zapowiadał Leopold
Tyrmand, a grały cztery zespoły – Melomani, Kurylewicz, Wichary i zespół Józefa Mazurkiewicza jako jedyny przedstawiciel z Warszawy. Wtedy prawie wszystkie zespoły grały dixieland, poza Mazurkiewiczem, który grał taką trochę knajpową wersję jazzu. Melomani mieli dwa składy – grali jazz tradycyjny i jazz quasi-nowoczesny, raczej swingowy, bowiem Duduś Matuszkiewicz nigdy nie grał stricte nowocześnie, lecz swingowo. I to był jego pomysł, żeby podzielić zespół na dwie grupy.

JF: Wystąpiłeś z którymś z zespołów dixielandowych na festiwalu Jazz Jamboree.

ZN: Nie tak szybko! Po pierwszym festiwalu w Sopocie w 1956 roku, gdzie byłem obserwatorem wydarzeń, postanowiłem grać na jakimś dętym instrumencie i trafił mi się puzon. Przez całe wakacje ćwiczyłem, a po wakacjach już grałem na puzonie. Pierwszy zespół dixielandowy, w którym grałem, to był zespół Witka Krotochwila

JF: I wystąpiłeś z nim na festiwalu Jazz 58?

ZN: Dużo wcześniej. We Wrocławiu, bodajże w 1957 roku, odbywał się konkurs zespołów studenckich, w którym wziąłem udział właśnie z zespołem Krotochwila. Reprezentowaliśmy klub Hybrydy. I na tym konkursie, jako zupełnie początkujący muzyk, zdobyłem nagrodę dla najlepszego instrumentalisty (grając oczywiście na puzonie!). Na puzonie i na wiolonczeli grałem na drugim festiwalu w Sopocie.

JF Znajomość różnych instrumentów z pewnością pomogła ci w pracy aranżerskiej.

ZN: W pracy aranżerskiej pomaga głównie fortepian. No i właśnie o fortepianie nie wspominaliśmy, a fortepian był moim pierwszym instrumentem jazzowym, a nie wiolonczela. Tylko w roli pianisty nie występowałem na koncertach.

JF: Który z zespołów, czy którą z płyt, uważasz za prawdziwy początek swojej profesjonalnej kariery?

ZN: Pierwsza grupa, której byłem liderem, to Modern Dixielanders, który przejąłem po Witku Krotochwilu. Zespół zmienił trochę profil grania właśnie na modern. Graliśmy przeróżne rzeczy. Nie tylko tradycyjne, nowoorleańskie, czy chicagowskie, ale też własne kompozycje, a nawet Coltrane’a! Graliśmy kompozycje tego supernowoczesnego muzyka w dixielandowym stylu! To był ewenement na polskim i może nie tylko polskim rynku.

JF: A więc dixieland silnie wzmocniony poprzez modern i tu był już wyraźny Twój rys.

ZN: Tak, bo grając jeszcze dixieland zacząłem grać na saksofonie jazz nowoczesny i zespół Jazz Rockers powstał jeszcze w trakcie mojego grania dixielandowego. Zostałem nawet zaproszony do zespołu New Orlean Stompers, miałem z nim długą trasę po Polsce i doszlifowałem wtedy moją grę na puzonie.

JF: A kiedy nastąpił prawdziwy start Namysłowskiego-kompozytora, kiedy rozpoczyna się Twój opus 1?

ZN: Pierwsze kompozycje pisałem dla Jazz Rockers. Nawet pamiętam tytuły – Święty MikołajPuśćcie mnie na break. Te utwory już nigdy potem nie były wykonywane. Natomiast mój prawdziwy debiut kompozytorski to były utwory m.in. PiątawkaSiódmawka – już z moim kwartetem. Był to nasz prawdziwy początek kariery. Byliśmy zapraszani na niemal wszystkie najważniejsze festiwale europejskie oraz zagraniczne trasy. Kilkakrotnie mieliśmy tournee po Anglii, co zaowocowało nagraniem płyty „Lola” dla Dekki.

JF Skoro mówimy o początkach, przypomnij, jak to się stało, że zacząłeś grać na alcie. Podobno podczas podróży pociągiem?

ZN: Właśnie tak było. Jeszcze nie miałem saksofonu. Duduś Matuszkiewicz zaprosił mnie do grania w części dixielandowej Melomanów, bo nadal podtrzymywał tradycję dwóch zespołów, nowoczesnego i tradycyjnego. W nowoczesnym rej wodził Andrzej Trzaskowski. Komeda również był zaproszony do Melomanów nowoczesnych, a ja i Bohdan Styczyński do składu dixielandowego (ja oczywiście na puzonie). Wtedy była taka moda wśród starszych muzyków, żeby grać na różnych instrumentach. Na przykład „Gucio” Dyląg, basista, podgrywał sobie na trąbce, Andrzej Trzaskowski też na trąbce, a Krzysztof Komeda chciał grać na alcie. I te instrumenty ze sobą wozili (granie na nich sprawiało im chyba większą frajdę, niż gra na podstawowych instrumentach). Odważyłem się zapytać Krzysztofa, czy by mi nie udostępnił na chwilę saksofonu, on – proszę bardzo, możesz wziąć – poszedłem do innego przedziału i zacząłem grać. I jakoś tak zupełnie naturalnie zaczęły mi wychodzić jakieś bebopowe frazy i wtedy przyszło postanowienie, saksofon będzie moim kolejnym instrumentem, przynajmniej drugim, po puzonie.

JF: Ostatecznie stał się instrumentem głównym.

ZN Tak, choć do puzonu powracałem.

JF: W Twojej dyskografii ważne miejsce zajmuje nagrana dla Dekki „Lola”, z różnych powodów, choćby dlatego że w latach 60. wyjazdy na Zachód to była rzadkość, nie mówiąc już o płycie nagranej w Londynie. Jak wspominasz tamten czas kwartetu z Gulgowskim, Wójcikiem i Bartkowskim?

ZN: Występ z tym zespołem na Jamboree w 1963 roku był jednym z najważniejszych w mojej karierze. Otworzył nam furtkę do występów w całej Europie i nie tylko, bo już w składzie z Adamem Makowiczem (wtedy jeszcze Matyszkowiczem) wyjechaliśmy do Indii, Nowej Zelandii i Australii.

JF: Ale wcześniej, w 1962, dochodzi do niebywałego wydarzenia, do wyjazdu z grupą The Wreckers Andrzeja Trzaskowskiego do Stanów. Chcę Ci przypomnieć dwa zdjęcia. Na pierwszym od lewej: Willis Conover, Roman Waschko, Ben Webster, Adam Jędrzejowski, Andrzej Trzaskowski, John Coltrane, Ty, Michał Urbaniak, Roman Dyląg i Ryszard Horowitz. I na drugim zrobionym w Chicago cały wasz zespół z Sonnym Rollinsem! To niebywałe wydarzenie zważywszy na tamte czasy, chyba jedno z najważniejszych w historii naszego jazzu.

ZN: Tak, to cud jakiś, że do tego doszło!

JF: Jak zapamiętałeś ten wyjazd, ludzi, miejsca, kluby, wielkich muzyków, których mieliście okazję poznać?

ZN: Ja byłem cały czas w jakimś szoku, bo trudno było przestawić się i cywilizacyjnie i muzycznie. To było zetknięcie z największymi sławami, największymi na świecie muzykami jak Coltrane, Rollins, kilkakrotnie także Julian Cannonball Adderley! Słuchaliśmy na żywo Davisa w klubie, byliśmy świadkami nagrywania płyty Wesa Montgomery’ego z Johnnym Griffinem. Już nie wspominam o Newport Jazz Festival, na którym były absolutnie wszystkie największe gwiazdy, łącznie z orkiestrami Ellingtona i Basie’ego. Z muzykami z tych big-bandów mieliśmy również okazje potem grać na „jamach”. To było niesamowite, szok zupełny! A poza tym szok cywilizacyjny. My z głębokiej komuny nagle znaleźliśmy się w głębokim kapitalizmie.

JF: Wróćmy do Twojego kwartetu, najpierw w składzie z Gulgowskim, potem z Makowiczem, choć pytanie ma charakter znacznie szerszy. Na ile muzycy Twoich zespołów, zwłaszcza pianiści, realizują Twoje założenia, a w jakim stopniu pozostawiasz im wolną rękę?

ZN: Jak się przynosi na warsztat do zespołu kompozycję, to mniej więcej się wie, jak ona powinna brzmieć. Ja najczęściej komponuję przy fortepianie i później partia fortepianu w kompozycji zawsze jest oczywista. Oczywiście mówię tylko o tematach, bo improwizacje to jest absolutna dowolność i nigdy nie wtrącałem się do tego. Albo szkicowałem jakiś temat pianiście i basiście lub pokazywałem, jak sobie wyobrażam, że to należy zagrać. I to wszystko.

JF: Jaka różnica była między Makowiczem a Gulgowskim? To jednak byli zdecydowanie różni pianiści.

ZN: Tak. Ale jeśli szukać różnic miedzy tymi pianistami, to głównie w solówkach, wtedy mogli pokazać swoje ja.

JF: Nigdy nie próbujesz czegokolwiek sugerować w partiach solowych, np. gdy chodzi o długość czy rozłożenie kulminacji?

ZN: Kiedyś zupełnie nie dbało się o to, jak długą solówkę ktoś gra, nigdy nic nie skracałem nikomu, a i sam też grałem długo, przeważnie za długo, i tak to było. Natomiast, gdy coś nagrywaliśmy, trzeba było ze zrozumiałych względów ograniczać solówki.

JF: Skoro wspominamy tamte czasy, to warto wspomnieć o niezwykłej podróży na antypody z Novi Singers. Indie, Nowa Zelandia i Australia.

ZN: Tak, ale muszę to po raz kolejny sprostować. To nie było tak, że nasz zespół był po to, by akompaniować wokalistom. To myśmy dostali propozycję tego wyjazdu, a Jan Byrczek wpadł na pomysł, żeby wzbogacić skład o grupę Novi Singers.

JF: Chcę wrócić do płyty „Astigmatic”. W sieci cytowana jest Twoja wypowiedź o całej sesji, m.in. taki fragment: „Właściwe próby do nagrania i samo nagrywanie odbywały się w tym samym czasie. Wszystkiego uczyliśmy się w chwili nagrywania. Sekcja rytmiczna i w ogóle cały skład grupy powstał zupełnie przypadkowo”. No więc jak to jest Zbyszku z elementem przypadku w jazzie? Przecież wielka płyta „Kind Of Blue” Davisa także powstała podczas jednej sesji.

ZN: Trochę się dziwię swojej wypowiedzi, bo to nie było tak spontanicznie i tak bałaganiarsko. Krzysztof to wszystko sobie wcześniej przygotował w głowie. A skład był tylko częściowo zmieniony – z Lenzem, Carlssonem, Stańką i ze mną. Lenz i ja byliśmy nowymi muzykami w tym zestawie. A jeśli chodzi o szczególny zbieg okoliczności? Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Graliśmy normalnie i nie wyczuwaliśmy, żeby działo się coś nadzwyczajnego.

JF: W plebiscycie JAZZ FORUM na polską jazzową płytę wszechczasów jesteś na trzech pierwszych miejscach – jako członek Kwintetu Komedy („Astigmatic”) oraz z własnymi zespołami w wypadku płyt „Winobranie” i „Kujawiak Goes Funky”. I to jest dobry moment, żeby wrócić w ogóle do tematu „polskiego jazzu” czy „jazzu w Polsce” (jak kto woli). Jest bowiem w Twoich i nie tylko Twoich utworach jakiś szczególny ton, w którym my, słuchacze, się odnajdujemy. Dzieje się to niezależnie od komentarzy samych muzyków i nawet niezależnie od tego, czy jest akurat cytowany, czy stylizowany jakiś motyw ludowy.

ZN: OK. Ale co ja mam na to odpowiedzieć?!

JF: To może inaczej. Jak Twoja muzyka była i jest odbierana za granicą? Czy również publiczność zagraniczna identyfikuje Twoją muzykę z naszym typem emocjonalności?

ZN: Muszę Ci powiedzieć, że zawsze za nami ciągnęło się hasło „polski jazz”. Obojętnie gdzie graliśmy i to zwłaszcza wtedy, gdy występowałem ze swoim zespołem. Ponieważ byliśmy zapraszani z kwartetem na wiele festiwali i tras europejskich, to graliśmy repertuar swój, nie standardy, a głównie moje kompozycje. Tym samym te kompozycje narzucały pewien styl. Byliśmy przez to rozpoznawalni i sądzę, że byliśmy atrakcyjni właśnie dlatego, że graliśmy inaczej. Nikt w ten sposób nie grał.

JF: Interesuje mnie Twój warsztat. Namysłowski-kompozytor. Jak pracujesz? Na ile skończone są kompozycje, które przynosisz na próby?

ZN: Zawsze tak jest, że utwór, jaki przynoszę, jest w znacznej mierze tylko naszkicowany. Natomiast w trakcie grania, próbowania, wiele rzeczy się zmienia, poprawia i czasami dodaje. I gdy np. Sławek Jaskułke zaproponuje coś, to ja w ciemno to biorę. Sławek jest tej klasy muzykiem, że nie potrzeba go weryfikować. Zresztą, takich trafnych jego wstawek było bardzo wiele.

JF: A jak bywało w przeszłości?

ZN: Zawsze tak bywało, że na próbach wiele się zmieniało. Temat, który się przynosi na próbę, to jest właściwie melodia i harmonia, z którą trzeba coś zrobić. Bardzo dużo rzeczy powstaje w trakcie próby. I również w trakcie koncertów.

JF: Pozostając przy temacie kompozycji – rytmika! Należysz do tej grupy twórców, którzy – mówiąc najkrócej – nie upraszczają, a komplikują. Rytm przecież jest istotą jazzu, trzeba to przypominać w czasach, gdy powstają produkcje arytmiczne podszywające się pod jazz. Nie każda improwizacja jest jazzem. Przynajmniej kilka z Twoich utworów to przeboje, które same wchodzą w ucho, ale gdyby je ze słuchu próbować zapisać, to nie jest takie proste, zwłaszcza w kwestiach metrycznych.

ZN: Nieprawda! Choć oczywiście zdarzają się utwory, w których można by sądzić, że są tam bardzo pokomplikowane rzeczy. Na przykład na naszej najnowszej płycie jest utwór, który nosi tytuł Chór z gór. Całość łącznie z solówkami utrzymana jest w metrum 5/4, natomiast jest przerywnik, który ma budowę dosyć skomplikowaną.

JF: I jak ktoś sobie w trakcie utworu tupie nogą, to wypada z rytmu.

ZN: To jego sprawa! Do takiej melodii jest taki rytm i nic na to nie poradzę. To nie jest jakaś sztuczna komplikacja, wynika to z melodii, która tam się przewija. Nie improwizujemy tego fragmentu, ma on charakter interludium między solówkami. Ale całość utrzymana jest w 5/4 i to jest nic nadzwyczajnego, bo przecież już Brubeck grał w tym metrum.

JF: Lubisz metra nieparzyste.

ZN: U mnie metra bardziej złożone rozpoczynają się od Piątawki („Lola”, 1964) i Siódmawki (Polish Jazz vol. 6, 1966). Ale najbardziej skomplikowanym z tej grupy był Kujawiak Goes Funky. Wszystkie części tej suity utrzymane są w metrum 15/8, tylko że to 15/8 było w różnych częściach inaczej potraktowane. W pierwszej części było to 3 x 5/8; druga na 5/4, ale każda ćwiartka zawierała trzy ósemki, więc wychodziło też 15; ostatnia Appenzeller’s Dance już zupełnie inaczej była podzielona, ale w piętnastce się mieściła! Tylko akcentowanie było inne. Czy to było skomplikowane? Ostatnio, jak graliśmy Kujawiaka z Marcusem Millerem, to żadnych problemów z graniem nie było.

JF: Myślisz całością utworu, czy on powstaje stopniowo? Przypomniało mi się, jak kiedyś w rozmowie dla Dwójki Krzysztof Penderecki o jednym ze swych nowych utworów kameralnych powiedział coś takiego: „Ja słyszę utwór w całości. Jeszcze go nie zapisałem, ale w mojej głowie jest on już skończony od początku do końca”.

ZN: No to ja nie jestem Krzysztofem Pendereckim i nie mam zaprogramowanego utworu od początku do końca, często mam tylko jakiś motyw, który mi sugeruje, jak z niego wybrnąć i brnę, wtedy dopiero powstaje utwór, to znaczy robię z tego jakąś ostateczną formę.

JF: Jacy muzycy mieli wpływ na Twoją grę i twórczość?

ZN: Pierwszym był alcista Art Pepper, nawet chyba przed Parkerem, potem oczywiście Parker, który przebił Peppera techniką, pomysłami i strukturą bebopową. Potem przerzuciłem się z altu na tenor, to znaczy bardziej podobali mi się saksofoniści tenorowi, przede wszystkim John Coltrane i Sonny Rollins, i wydaje mi się, że oni wywarli jakiś wpływ na moje granie. No i to chyba koniec.

JF: A epizod z Air Condition?

ZN: Specjalnie na nikim się tu nie wzorowałem, po prostu nasłuchałem się tej muzyki, która była wszechobecna w radiu wtedy, gdy byłem w Nowym Jorku. I jak przyjechałem do Polski, to koniecznie chciałem grać taką samą muzykę, czyli troszeczkę bardziej komercyjną od głównego nurtu jazzowego. Przez parę lat bawiłem się w to, i fajnie było.

JF: Skoro mówisz o komercji, to żal trochę, że powstało tak mało Twoich piosenek. Sprzedaj mnie wiatrowi to – patrząc z dzisiejszej perspektywy – arcydzieło w swoim gatunku!

ZN: Piosenek napisałem dużo, tylko ja nie umiem sprzedawać wokalistom tych utworów.

JF: Wróćmy do polskich muzyków, z którymi pracowałeś. Przez Twoje zespoły przewinęło się kilkudziesięciu muzyków, którzy potem zrobili indywidualne kariery, często z własnymi zespołami. Niektórzy z nich, jak Zbyszek Wegehaupt, Tomek Szukalski, czy Sławek Kulpowicz już odeszli. Mówi się czasem w środowisku, że tzw. szorstkie przyjaźnie owocowały wspaniałymi wydarzeniami na scenie i w studiu. Ja oczywiście nie mam nikogo konkretnego na myśli.

ZN: Chyba jednak masz.

JF: No dobrze, ale kim dla Ciebie byli, jak graliście razem?

ZN: Powiem ogólnie. Wszyscy ci muzycy, z którymi grałem, ci nieżyjący i ci żyjący, są najlepszymi muzykami, jakich mogłem sobie wymarzyć. Jak grałem ze Zbyszkiem Wegehauptem, to nie wyobrażałem sobie lepszego basisty. Jak grałem z Szukalskim, był dla mnie najlepszym saksofonistą. To samo jest ze współczesnym zespołem. Ci, z którymi gram, są najlepszymi muzykami, jakich mogę sobie wymarzyć. I tak było od samego początku. Ale jeśli mam już wspominać nieżyjących, to najbardziej poruszyła mnie śmierć Janusza Muniaka.

JF: Z którym przecież tak dużo nie grałeś.

ZN: No tak, trochę w Studiu Jazzowym PR, również w Chałturniku, wielokrotnie na Kalatówkach. Janusz był moim bliskim przyjacielem.

JF: Czas przyjść do płyty najnowszej, która ukazuje się na Twoje 77. urodziny z numerem 77 serii Polish Jazz. Bardzo mocny tytuł płyty, który nosi cechy manifestu: „Polish Jazz – YES!” Coś w Tobie dojrzewało w ostatnich latach, że zdecydowałeś się na taki tytuł? Zabierasz mocny głos w sprawach polskiego jazzu.

ZN: Oczywiście! Sprowokował mnie kiedyś taki animator polskiego jazzu (którego nazwiska nie ma sensu wymieniać), który rzucił hasło „Polish Jazz – No!”, które było wypisane na znaczkach osób działających w nieistniejącym już klubie Akwarium. To była niesamowita prowokacja. Muzycy byli oburzeni. Przypomniałem sobie tamte czasy i stąd tytuł „Polish Jazz – YES!”.

Wymowa tamtego hasła „Polish Jazz – No!” od kilku lat niestety realizuje się na polskiej scenie. Jest coraz więcej festiwali, na których nie ma miejsca, albo pozostawia się bardzo niewiele miejsca, dla polskich muzyków. To jest oczywiście także wynik braku związku muzyków, który byłby mocny tak jak w Ameryce, we Francji, czy w Wielkiej Brytanii. Jeśli chcesz zagrać w tych krajach, musisz mieć zezwolenie na pracę, u nas czegoś takiego nie ma. Przyjeżdża ktoś z zagranicy, rozkłada instrument i już gra na wszystkich festiwalach.

JF: To jest ważny temat do podjęcia. Bo skoro jest w Polsce tak dobry rynek, tak duże audytorium fanów jazzu, to chyba najwyższy czas, by tę sprawę próbować załatwić. Na przykład w ten sposób, że organizatorzy festiwali byliby zobowiązani do zapraszania polskich muzyków na część koncertów, ale za jakieś godziwe honoraria. Dotychczasowa praktyka polega na tym – jak sobie znajdziecie sponsora, to zagracie. Albo grajcie bez honorariów.

ZN: To chyba jest ważny temat dla nowego zarządu PSJ, albo nowego związku zawodowego, który powinien powstać.

JF: Wróćmy do najnowszej płyty. Tytuły utworów to swoista zagadka. Na przykład Świr na prawo, świr na lewo.

ZN: Kiedyś miałem przyjemność występowania z orkiestrą włościańską z Zamościa imienia Karola Namysłowskiego i oni zaproponowali utwór ludowy, tegoż właśnie Karola Namysłowskiego, pod tytułem Świr za kominem. Ja do tej kompozycji dopisałem część jazzową i wspólnie wykonaliśmy całość na koncercie. Ta moja część była niezależna i można ją było wykorzystać w moim kwintecie. Dałem mu tytuł Świr na lewo, świr na prawo. A sam „świr” to oczywiście świerszcz, czyli konik polny. Aluzje polityczne? Dopuszczam i taką interpretację.

JF: Inne tytuły – Poseł
Mazur, Nie O’krzesany, Ślepa
komenda, Jadąc Zakopianką, Ober-meister, Jako tako…

ZN: Poseł w gwarze góralskiej znaczy „poszedł”, a Mazur to Mazur. Nie O’krzesany to taniec góralski krzesany, tylko że nieokrzesany. Ślepa komenda to ślepa komenda,  komentarz jest zbędny. Jadąc Zakopianką – w tym utworze są motywy krakowskie i zakopiańskie. Szukałem czegoś, co łączy Kraków i Zakopane – więc Zakopianka. Ober-meister to w żadnym wypadku nie jest kelner. Lecz po prostu „mistrz oberka”! Jako tako to przywitanie góralskie. Powiedzmy, że ktoś do ciebie przychodzi i pyta: „Jako?” Możesz odpowiedzieć: „Jako tako”.

JF: Aż pięć tytułów na płycie kojarzy się z folklorem góralskim.

ZN: Można powiedzieć, że moje związki z muzyką góralską rozpoczynają się od kompozycji Piątawka. Potem powstało wiele innych utworów o tym charakterze. Ale ukoronowaniem tej pasji była niewątpliwie współpraca z góralami – prawdziwymi twórcami tej muzyki. Ta „przygoda” trwała parę lat, a jej ukoronowaniem była płyta„Kwartet Zbigniewa Namysłowskiego i Zakopane
Highlanders Band” iogromny sukces na JJ ’94. Nasza współpraca obfitowała w liczne trasy koncertowe m.in. w Meksyku, Niemczech, Francji, no i oczywiście koncerty w Polsce.

JF: Prowadzisz w Warszawie na Bednarskiej zespół, który nosi nazwę Namysłowski Super Band. Jak Ci się pracuje z młodymi ludźmi? Jacy oni są w porównaniu do pokolenia, w którym Ty wzrastałeś?

ZN: Jestem twórcą tego zespołu, wszystkich kompozycji i aranżacji. Praca z tymi muzykami sprawia mi dużą przyjemność. Różnica polega przede wszystkim na ilości znakomitych muzyków. Kiedyś były to jednostki, wszyscy się znaliśmy, a w tej chwili jest to tak duża grupa, że ja już nie wiem, ilu jest dobrych w Krakowie, ilu w Katowicach, ilu w Gdańsku. Wszystkich staramy się zapraszać na Kalatówki, między innymi w tym celu, żeby ich poznawać. Mamy też świetnych wykładowców, edukatorów, którzy przyczyniają się do tego, że jest tak liczna grupa młodych, dobrych muzyków w Polsce.

JF: Wszyscy chcą zrobić karierę i żyć z jazzu, co nie jest takie proste. Co byś im doradził?

ZN: Oni sobie sami bardzo dobrze radzą! I to nie tylko jako stricte jazzowi muzycy. Często dołączają do grup rozrywkowych, biorą udział w telewizyjnych show. Grywają w różnych składach. A jeśli jest to utalentowany muzyk i ma to „coś”, co decyduje o stylu i osobowości, to na pewno sobie poradzi. Oczywiście zawsze jest naturalna selekcja i na to nie ma rady.

JF: Co myślisz o kontynuowaniu serii Polish Jazz? Twoja płyta ukazuje się jako numer 77 po wielu latach przerwy od numeru poprzedniego. Z drugiej strony rynek płytowy oferuje masę nowości. Tak sobie myślę, że nagranie albumu w serii Polish Jazz powinno być szczególnym wyróżnieniem i jednocześnie wydarzeniem dla artystów i fanów. Nieżyjący Andrzej Karpiński, który prowadził tę serię w Polskich Nagraniach, dbał o to.

ZN: Jeżeli mamy wydawcę, który chciałby tę serię pociągnąć, to nie ma nic lepszego dla jazzmanów. Mamy teraz całą plejadę znakomitych muzyków. Proszę bardzo – numer 78 powinien się ukazać!

JF: Czego Ci życzyć na 77. urodziny?

ZN: Następnej płyty. Za rok.

Rozmawiał: Tomasz Szachowski



Zobacz również

Kuba Więcek: another raindrop

Urodzony w Rybniku 21 października 1994 roku saksofonista i kompozytor Kuba Więcek jest chyba… Więcej >>>

Wacław Zimpel: Wystarczy mi samo free, nie muszę…

Artysta nietuzinkowy o wielu twarzach muzycznych, uwielbia eksperymentować, odkrywać, kreować. Więcej >>>

Joachim Kuhn: ucieczka do wolności

Niemiecki wirtuoz fortepianu jest legendą jazzu europejskiego, jednym z pierwszych muzyków, którzy w tej części świata… Więcej >>>

Piotr Lemańczyk: otwieranie drzwi

Głównym powodem naszego spotkania i rozmowy jest wydanie – i to zarówno w formacie CD, jak i w wersji… Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu