Wywiady
Pat Metheny
fot. Michael Wilson

PAT METHENY: Wszystko może być jazzem

Agnieszka Antoniewska


Najbliższa wizyta mistrza gitary w Polsce to więcej niż „day trip”. Pat Metheny Trio z Christianem McBride’em (b) i Antonio Sanchezem (dr) wystąpi w ramach Warsaw Summer Jazz Days 2008 w dwóch miastach: 2 lipca w Zabrzu, w Domu Muzyki i Tańca, i 3 lipca w Warszawie, w Sali Kongresowej. Pat gościł w Warszawie pół roku wcześniej. Wpadł dosłownie na jeden dzień, by udzielić kilku wywiadów w związku z wydaniem albumu „Day Trip”. Jednym z jego szczęśliwych rozmówców była wysłanniczka naszej redakcji, Agnieszka Antoniewska. Jej wywiad opublikowany został w numerze JAZZ FORUM 3/2008.

JAZZ FORUM: Wielu młodych ludzi, mając 19-20 lat, nie wie, co zrobić ze swoim życiem. Ty w tym wieku wydałeś swoją pierwszą płytę „Bright Size Life” i zacząłeś uczyć na University of Miami oraz w Berklee College of Music. Jak to się stało? Skąd w tobie tak niespotykana muzyczna, ale i życiowa pewność w tak młodym wieku?

PAT METHENY: Kiedy patrzę wstecz, widzę, że byłem dziwnym 18-latkiem. Żyłem w swoim świecie. Muzyka stała się dla mnie wszystkim, już gdy miałem jakieś 11 lat. Odnalazłem się w niej i od tamtej pory nie chciałem tego zmieniać. Wydaje mi się, że byłem bardzo dojrzały jak na swój wiek. Zacząłem przecież profesjonalnie grać w wieku 13 lat, więc zanim skończyłem lat 18, zagrałem mnóstwo koncertów. A były to niezwykłe muzyczne spotkania. Po pierwsze, muzycy, z którymi grałem byli po prostu rewelacyjni, a po drugie, był między nami właściwie rów pokoleniowy – większość była starsza ode mnie jakieś 20, a nawet 30 lat! Nie miało to jednak negatywnego wpływu na muzykę – wręcz przeciwnie.

Z drugiej strony byłem dzieciakiem. Nie miałem przecież szans spróbować „normalnego życia” nastolatka. Zupełnie mnie to ominęło. Może to zabrzmi dziwnie, ale byłem dojrzały i niedojrzały zarazem. Paradoks, prawda? Jednak jest pomiędzy mną a tamtym Patem niezmienny łącznik – kompas, który choćbym miał wątpliwości, zawsze wskazuje dobrą drogę, właściwy kierunek podróży. Muzyka jest tym kompasem.
 
JF: Powiedziałeś kiedyś, że cieszysz się, gdy po długiej, męczącej trasie koncertowej, możesz spokojnie poćwiczyć. Co to dla ciebie teraz znaczy „poćwiczyć”?

PM: Chwile spędzone sam na sam z instrumentem są dość intymne. Bardzo potrzebne. Tymczasem jest tak, że gdy mam czas na muzykę, muszę komponować. A to często nie ma nic wspólnego z graniem. Chodzi o pomysł. Nagrałem już przecież tyle różnorodnych płyt... Często tworzę na fortepianie. Na pewno częściej niż na gitarze. Od kiedy moja praca kompozytora zaczęła dominować, czas, jaki mogę poświęcić gitarze, bardzo się skrócił. Koncentruję się na niej dopiero w trasie. Wtedy mam codzienny kontakt z instrumentem. Przed każdym koncertem gram jakieś dwie godziny. Chodzi o rozegranie – fizyczne, a także psychiczne zbliżenie się do instrumentu. Jednak fakt faktem – marzę o dwuletnim urlopie, kiedy mógłbym skupić się wyłącznie na tym, by nauczyć się tego, co wiem, że mógłbym zrobić, ale nie mogę, bo nigdy nie miałem szansy tego w sobie rozwinąć. Szczegółów nie zdradzę.

 JF: Czasami, gdy jesteś w trasie, podróżują z tobą po całym świecie twoi synowie. Czy widząc tatę na scenie nie mieliby ochoty z nim zagrać?

PM: No cóż, oni są wciąż dziećmi, mają tylko siedem i dziewięć lat.

JF: Ale przecież najwięksi muzycy zaczynali grać, gdy byli jeszcze młodsi.

PM: Z jednej strony – oczywiście masz rację. Z drugiej – moim zdaniem, wybranie muzyki jako sposobu na życie to poważne ryzyko. Grać od czasu do czasu to zupełnie co innego. Mnie chodzi o całkowite poświęcenie, oddanie w ręce muzyki. Taka droga bywa wyboista.

Powracając do chłopców – są bardzo muzykalni. Już dawno to zauważyłem. Jeśli nadejdzie taki dzień, że usłyszę: „Tato, chcę zostać muzykiem”, to zaakceptuję ten wybór. Ale gdy wyczuję u nich choćby cień wątpliwości, będę im takie życie odradzał. Bo ja je poznałem.

Główną korzyścią bycia muzykiem jest jej rozumienie. I do tego zachęcam. To wzbogaca życie jak nic innego. I każdy, kto ma taką możliwość, powinien z niej skorzystać. Jednak rozważanie muzyki w kategorii kariery w dzisiejszych czasach jest według mnie pozbawione sensu, właściwie niemożliwe, zwłaszcza w kulturze, w jakiej teraz żyjemy. Czasy się zmieniły. A mimo to myślę, że zawsze przynajmniej 1% populacji nie ma wyboru. Ja jestem w tym jednym procencie. Robiłbym dokładnie to, co robię, nawet gdybym nie dostawał po koncercie żadnych pieniędzy. Nie mogę tego nie robić. Udało mi się kiedyś przetrwać ten najtrudniejszy czas, miałem czym zapłacić za wynajęcie mieszkania czy jedzenie, a także za to, co jest mi potrzebne w pracy muzyka. Ale utrzymanie z muzyki stało się w dzisiejszych czasach rzadkością. Dlatego niewielu ludziom się udaje. Ja miałem dużo szczęścia.

JF: Wiem jednak, że twoja droga też nie należała do najłatwiejszych. Nie od razu wskoczyłeś na sam szczyt...

PM: Były czasy, gdy grałem z różnymi ludźmi w różnych dziwnych miejscach, nawet na weselach. Ale nie wstydzę się tego. Powiem więcej – cieszę się, że mogłem doświadczyć także takiego życia.

JF: Chyba mi nie powiesz, że byłeś wtedy szczęśliwy... Nie zdarzały ci się momenty załamania, że robisz coś, co w rzeczywistości niewiele ma wspólnego z tym, co naprawdę chciałbyś grać?

PM: Wiem, że zabrzmi to kontrowersyjnie, ale uważam, że kiedy odkrywasz w sobie muzyka, każde doświadczenie przynosi korzyści, nawet kiedy stykasz się z muzyką nienajwyższej próby. Chodzi po prostu o uczestniczenie w procesie tworzenia muzyki. Nawet na poziomie czysto praktycznym.

JF: Nagrałeś kilka albumów w trio, prawie za każdym razem z innymi muzykami: „Bright Size Life” (Jaco Pastorius i Bob Moses), „Rejoicing” (Charlie Haden i Billy Higgins), „99-00” i „Live” (Larry Grenadier i Bill Stewart). Teraz wydałeś „Day Trip” z Antonio Sanchezem i Christianem McBride’em. Dlaczego właśnie oni? I czym to trio różni się od wcześniejszych?

PM: Trio jest strefą mego ciągłego zainteresowania. Zwłaszcza, gdy grający w nim mu-zycy tworzą ze sobą coś wyjątkowego i sami są wyjątkowi. Przyznasz, że trio: gitara/kontrabas/perkusja właściwie nigdy się ostatecznie nie ukształtowało i nie zdefiniowało. Były wspaniałe tria fortepianowe, np. z Billem Evansem czy Oscarem Petersonem w roli głównej. Przykłady można by wymieniać bez końca. Weźmy też choćby saksofon, kontrabas i perkusję – od razu przychodzi na myśl Sonny Rollins i Ornette Coleman. A trio gitara/kontrabas/perkusja? Tutaj nie jest już tak łatwo o wskazanie świetnych przykładów.
Chyba każdy improwizujący muzyk lubi grać z kontrabasem i perkusją. Mamy tam nieskończenie wiele możliwości. Patrząc historycznie na moje składy tria, wyróżniam dwie kategorie. Pierwsza to basiści i perkusiści, którzy uwielbiają ze sobą grać, jak choćby Charlie Haden i Billy Higgins, którzy są legendą sekcji rytmicznej czy Larry Grenadier i Bill Stewart. Druga kategoria to basiści i perkusiści, którzy zostali ze sobą „zeswatani” – Jaco Pastorius i Bob Moses nie grali ze sobą przed sesją nagraniową „Bright Size Life”, innym przykładem może być Dave Holland i Roy Haynes.

Podobne połączenie miało miejsce przy moim ostatnim projekcie, „Day Trip”. Christian i Antonio poznali się wcześniej, ale nie mieli okazji ze sobą grać. Nagranie pochodzi z połowy naszej wspólnej drogi, spotkaliśmy się w studiu po jakichś dwóch, trzech latach grania razem. Nie chciałem nagrywać tej płyty od razu. Wolałem pograć z chłopakami na koncertach, dowiedzieć się, czym to trio może być, ale też czym nie może. Oni są wirtuozami. Udało mi się stworzyć muzykę, która idealnie pasuje do ich stylu. Ta płyta przypomina mi czas, gdy nagrywałem dla wytwórni ECM, tam było podobnie – najpierw trasa, potem album. I to się także tutaj sprawdziło.

JF: Jakie gitary możemy usłyszeć na tym nagraniu?

PM: Każdy utwór wymaga określonego, własnego brzmienia. Zawsze wsłuchuję się w potrzeby kompozycji. Potrzebuję brzmienia, które spełni wymagania harmoniczne i melodyczne. Wydaje mi się, że udało się to osiągnąć brzmieniem gitary elektrycznej w tym nagraniu. Tak robię zazwyczaj przy produkcjach tego typu. Albumy „Bright Size Life” i „Question And Answer” nagrałem na jednej gitarze. Natomiast na nagraniach Pat Metheny Group zdarza się, że w czasie jednego utworu zmieniam gitary nawet pięć
razy.

JF: Utwór Is This America? (Katrina 2005) przypomniał mi album „Beyond The Missouri Sky”. Brzmi też jak dziewiętnastowieczna amerykańska piosenka ludowa. Jakby nikt jej nigdy nie skomponował, jakby istniała zawsze. Wydaje mi się być momentem szczególnym na płycie. Momentem refleksji i ciszy. Opowiedz o tym.

PM: Cieszę się, że właśnie tak opisałaś swoje odczucia, bo taki był nasz cel zarówno na poziomie samej kompozycji, jak i improwizacji – odkrycie czegoś, co było zawsze, co jest prawdziwe. Utwór ten nie powstałby, gdyby nie refleksja nad tym, gdzie i jak żyjemy. Pojawiły się pewne pytania... My, Amerykanie, żyjemy w centrum świata, na świeczniku. Wszyscy nas obserwują i podziwiają. Nagle się okazało, że to, co jest niby naszą potęgą, może lec w gruzach w każdej chwili. Stąd pytanie „czy to jest Ameryka?” wydaje mi się bardzo potrzebne. Czy właśnie tym jesteśmy? Te pytania nie mają pejoratywnego zabarwienia, to nie są oskarżenia. Raczej pytania retoryczne, stwierdzenie faktu. Bardzo naturalne stawanie twarzą w twarz z rzeczywistością. I próbowanie sobie z nią poradzić, chociaż często trudno ją zaakceptować.

JF: Czy utwory zarejestrowane na płycie były stworzone specjalnie na nią, czy może graliście je wcześniej podczas koncertów? Pytam o to, ponieważ powiedziałeś kiedyś, że zazwyczaj, gdy muzycy spotykają się w studiu i grają zupełnie świeży materiał, rodzi się magia. Tym większa, im lepiej muzycy poznali się wcześniej na scenie.

PM: Rzeczywiście było kilka utworów, które zagraliśmy wspólnie po raz pierwszy w studiu: Son of Thirteen, Snova, Calvin’s Keys i Dreaming Trees. Wszystko działo się bardzo szybko. Nagrywaliśmy po dwie, trzy wersje każdego z nich. Poza tym, o 4:00 po południu Christian musiał opuścić studio, bo miał jakiś koncert. Po jego powrocie znów zabraliśmy się do pracy, by o 9:00 wieczorem ponownie uciekł ze studia na kolejny koncert. Na szczęście nagranie udało się skończyć jeszcze tej samej nocy.
Następnie pojawiła się możliwość nagrania albumu z Bradem Mehldauem. I to mnie całkowicie pochłonęło, zwłaszcza że to były aż dwie płyty („Metheny/ Mehldau” i „Metheny Mehldau Quartet”). Prawdę mówiąc, zapomniałem wtedy o triu i wspólnym nagraniu. Ale kiedy materiał na płyty z Bradem był już gotowy, postanowiłem posłuchać muzyki tria. Wróciłem do tego materiału. Odkryłem wtedy, że nagranie studyjne o wiele bardziej mnie satysfakcjonuje niż live. Trzeba go było tylko doszlifować, zmiksować i płyta gotowa.

JF: Po pierwszym przesłuchaniu „Day Trip” szczególnie zapadła mi w pamięć nowa wersja utworu The Red One. Wyraźnie wyróżnia się od pozostałych. Utwór ten został wcześniej zarejestrowany na płycie „I Can See Your House From Here”, którą nagrałeś z Johnem Scofieldem. Dlaczego dołączyłeś go do premierowych utworów, specjalnie dla tego tria skomponowanych?

PM: Po prostu pasował do nich. Jego także nie graliśmy wcześniej na żywo. Pasował nie tylko do pozostałych utworów, ale i do muzyków, a może nawet przede wszystkim do nich. Zagrali go po prostu świetnie, jestem bardzo zadowolony. To, co uwielbiam w Antonio i Christianie, to dokładnie takie samo spojrzenie na jazz, jak moje. Jazz może być wszystkim. I wszystko może być jazzem.

JF: Tytuł jednego z utworów tej płyty brzmi dosyć „egzotycznie”. Czy dobrze się domyślam, że Snova powstała podczas podróży lub była nią zainspirowana?

PM: Nawet bardzo dobrze. Kiedy z Pat Metheny Group pojechaliśmy do ZSRR w 1987 roku, poznaliśmy tam wielu świetnych muzyków. Potem, kiedy czasy się zmieniły, wielu z tych, którzy słyszeli, jak gramy, przeniosło się do Stanów. Alex Sipiagin jest teraz jednym z najlepszych trębaczy na świecie. Był dzieciakiem, kiedy graliśmy w Rosji. Twierdzi, że nasza muzyka pomogła mu zdecydować, kim będzie, że miała ogromny wpływ na to, co zrobił jako muzyk. Alex mnie poprosił (a może to ja mu zaproponowałem?), bym napisał kilka utworów na jego album. Zgodziłem się, ale pod warunkiem, że sam wymyśli tytuły (bo mnie sprawia to zawsze dużo kłopotu). „Snova” to słowo rosyjskie – znaczy: „od nowa”. Alex mówi, że idealnie pasuje do klimatu tego utworu.

JF: Motyw podróży nieustannie pojawia się w muzyce twoich albumów oraz na ich okładkach. Śledząc twój „rozkład jazdy” od kilku lat, zauważyłam, że przez większość roku jesteś w trasie, a twój dom w Nowym Jorku to właściwie tylko poczekalnia w oczekiwaniu na kolejne koncerty. Jak więc wpływa na ciebie to, że często podczas podróży jesteś sam? Co czujesz, gdy po zagranym koncercie z owacjami na stojąco, wracasz do hotelowej ciszy, w której nikt na ciebie nie czeka? Może wywołuje to w tobie szczególny rodzaj refleksji, dzięki której może powstać utwór?

PM: Wiesz, trudno tu mówić o jakiejś refleksji, bo ja gram dużo i przemieszczam się tak często odkąd skończyłem 18 lat. Przyzwyczaiłem się. Gdy jestem w trasie, mam do tego szczególne podejście – koncentruję się tylko na muzyce. Ciężko pracuję. Proza codziennego życia w trasie schodzi na dalszy plan, w ogóle mnie nie interesuje. Szkoda czasu. Bycie muzykiem to najlepsza „praca” na świecie! Przynajmniej dla mnie... Nie zdarzył mi się kiedykolwiek choćby jeden moment zwątpienia. Nie jestem i nie czuję się samotny. Zdaję sobie sprawę z tego, że wielu muzyków nie dostaje szansy, by grać tyle, ile chce i co chce. Dlatego ja to doceniam, traktuję bardzo poważnie i nigdy nie narzekam. 

JF: Gdybyś miał przekonać kogoś do słuchania jazzu, jakbyś to zrobił?

PM: Zagrałbym. Do jazzu nie trzeba przekonywać słowami.

Rozmawiała: Agnieszka Antoniewska
 


Zobacz również

Tadeusz Federowski – archiwalny wywiad

Z legendarnym perkusistą rozmawia Jerzy Bojanowski, Jazz Forum 2/1993 Więcej >>>

Grzegorz Grzyb atomowy

Archiwalny wywiad z perkusistą, który zginął tragicznie 23 lipca 2018 w wypadku na ulicy… Więcej >>>

Eryk, syn Eryka

Z wybitnym perkusistą Erykiem Kulmem rozmawia Marek Gaszyński. Więcej >>>

Kuba Więcek: another raindrop

Urodzony w Rybniku 21 października 1994 roku saksofonista i kompozytor Kuba Więcek jest chyba… Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu