Festiwale

autorem wszystkich zdjęć jest Łukasz Rak

Rawa Blues Festival 2014

Ryszard Gloger


Zeszłoroczny festiwal odbywał się nie tylko w Spodku, ale także w NOSPR. Relacja Ryszarda Glogera

W ponad trzydziestoletniej historii festiwalu zdarzyło się to po raz pierwszy. Zanim dźwięki bluesa tradycyjnie wypełniły katowicki Spodek 11 października, impreza rozpoczęła się dzień wcześniej, piątkowym koncertem w dopiero co oddanej do użytku sali koncertowej Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. 



Pierwszy dzień festiwalu rozpoczął Eric Bibb, który z akompaniamentem gitary akustycznej zaśpiewał utwór Going Down Slow. Słuchaczy zdumiał bogaty dźwięk zaledwie dwóch instrumentów – głosu i gitary, rozchodzący się w przestrzeni wyczarowanej przez japońskiego specjalistę od akustyki Yasuhisę Toyotę. Nasycenie dźwiękiem powiększył, gdy do solisty doszedł drugi gitarzysta Knut Reiersrud z Norwegii. Niski, ciepły głos Bibba z towarzyszeniem dwóch gitar znacznie ożywił występ, wcześniej zapowiadany jako skład trio. Blisko godzinę trwający koncert miał ciekawie ułożony program, mieszający tradycyjne pieśni, własne kompozycje Bibba oraz tematy country bluesa. Artysta znany z bogatego repertuaru zaprezentował kilka sztandarowych utworów New Home, Turner’s Station, On My Way to Bamako, With My Maker I Am One. O sukcesie koncertu w dużym stopniu zadecydowały talenty Knuta Reiersruda, który wzbogacił muzykę grą na gitarach, harmonijce ustnej, śpiewając drugi głos lub ozdabiając utwory bogatszym akompaniamentem i solówkami techniką slide. Z kolei Bibb uwodził głosem, kładł duży nacisk na rytmikę utworów lub zniewalał melodyką. Przy aplauzie ponad 2 tysięcy słuchaczy, duet wykonał jeszcze kompozycje Needed Time i Don’t Ever Let Nobody Drag Your Spirit Down. 



Głównym bohaterem pierwszego dnia festiwalu był jednak Irek Dudek. Po raz pierwszy wokalista zaproponował koncert z towarzyszeniem własnej sekcji rytmicznej i pełnego składu NOSPR. Z tak dużym aparatem wykonawczym rozpoczął z energią utworami Everyday I Have the Blues i Tell Me Pretty Baby. Impet solisty szybko podchwyciła orkiestra pod dyrekcją Krzesimira Dębskiego. Jeszcze efektowniej wypadł mocno nasycony swingiem Everything Must Change. Aranżacje utworów z repertuaru Dudka przygotowane przez Dębskiego, w stosunku do wcześniejszych wersji, nabrały dużego rozmachu i soczystości brzmieniowej. Powoli pojawiła się też większa swoboda w orkiestrze, która z czasem przerodziła się w jazzowy luz i spontaniczność. Po niespodziance, jaką było zaśpiewanie słynnego tematu House of the Rising Sun i bluesa From Alojz to Alex, dwaj panowie D zagrali na skrzypcach. A zaraz potem zaskoczona publiczność usłyszała jeszcze bardziej efektowny Something Must Have Changed, z ostinato granym w szybkim tempie i licznymi improwizacjami wyznaczanych tym razem przez Dudka solistów. Lider z werwą śpiewał i szalał na harmonijce, zaś Dębski wtórował mu na skrzypcach. Ostatnia sekwencja koncertu przekształciła się już w ogólną zabawę pod dyktando dwóch dyrygentów. Nic dziwnego, skoro raz za razem słychać było piosenki Och Ziuta!, Tak dobrze mi tu, Zastanów się co robisz, Au Szalalala i instrumentalny utwór Przebierka. Z drugiego planu dochodziły zgrabne popisy solowe gitarzysty Grzegorza Kapołki i pianisty Tomasza Pali. 

W drugim dniu festiwalu miejsce akcji jak zwykle przeniosło się do Spodka. Już przed południem ruszyła Mała Scena. Z ponad 40 zgłoszonych zespołów, do ostatecznego konkursu zakwalifikowano siedem. Na pierwszy ogień poszła śląska grupa Juicy Band, która wykonała trzy własne utwory Deep Blue, You Need Love oraz Millions of Eyes. Dwie pierwsze kompozycje utrzymane w bluesowej formie, muzycy starali się okrasić jazzującymi improwizacjami harmonijki i organów. Ogólne wrażenie psuła nachalność brzmienia organów i detonująca chwilami wokalistka. 

Znacznie lepiej wypadł w czterech zróżnicowanych utworach kwartet Cotton Wing z Gdańska. Grupa łączyła elementy bluesa, rocka i soulu. Zespół złapał żywszy kontakt z publicznością już w pierwszym utworze Hot & Ready i przechylił szalę na swoją korzyść piosenką How Can I Get Your Love. Mieszane uczucia wzbudził kwintet Jaw Raw, który zaprezentował doskonałe zgranie instrumentalne i jazzowe ciągoty. Wokalista Szymon Porowski grał także na trąbce, jednak całość krótkiego występu nie odpowiedziała na podstawowe pytanie, jaką muzykę chce grać ta ambitna grupa. Podobnie jak w poprzednim roku na boczną scenę zakwalifikował się zespół The Plants. Oprócz pewniejszego grania dwóch gitarzystów, dokonały się niewielkie zmiany w stylu uprawianej przez zespół muzyki. Młodych muzyków kręci głównie rockabilly i archaiczny rock and roll, jednak The Plants pozostają na etapie odtwórstwa. Na bluesowe tory sprowadził przesłuchania Instant Blues z Zielonej Góry. Zagrał z dużą energią i przytupem godnym teksańskiego blues-rocka. Występ bardzo spodobał się publiczności. Trio Fingerstyle Bob & Blues Society z Poznania zaproponowało repertuar z wydanej w tym roku debiutanckiej płyty. Muzycy grali z dużym wyczuciem poziomu i barwy dźwięku. Zabrakło jednak wewnętrznej siły, która zdecydowanie poruszyłaby słuchaczy. 

Konkurs zamknął sekstet Jerry’s Fingers z Jaworzna, który od pierwszych taktów narzucił wykonywaną muzyką taneczno-zabawowy styl. Dla przypadkowego słuchacza na scenie dużo się działo, potyczki harmonijki, saksofonu i gitary podkręcał na tarze wokalista zespołu. Jednak cały występ trącił nieznośnym naśladowaniem formuły wypracowanej przez Blues Brothers. Dlatego zarówno wizerunkowo, jak i poprzez charakter utworów, grupa sprowadziła swoją prezentację do nieco jarmarcznego wymiaru. 



Na Dużej Scenie tuż po godzinie 15:00 solo harmonijki Irka Dudka rozpoczęło główny koncert 34 edycji festiwalu Rawa Blues. Z uwagi na amerykańskie gwiazdy Blind Boys Of Alabama i Robert Randolph & The Family Band, wydawało się, że tym razem w takt bluesa podążymy wszyscy w kierunku religijnej duchowości i wzniosłości muzyki gospel. Nim to jednak nastąpiło, kilka tysięcy internautów wprowadziło na scenę Spodka zespół SKL Blues z Kłobucka. Septet okazał się bardzo zgraną grupą muzyków, z upodobaniem do solidnego bluesa. W dodatku zespół zaprezentował własne utwory z polskimi tekstami. Żywa muzyka udekorowana solówkami instrumentalnymi, uwidoczniła trzy mocne punkty grupy: wokalistę, harmonijkarza i gitarzystę. Dobre tempo i poziom koncertu utrzymał następny laureat, tym razem z Małej Sceny, wybrany przez jury społeczne. Muzyka grupy Cotton Wing w nowej, znacznie większej przestrzeni nie straciła nic z energii i chwytliwości piosenek zaprezentowanych wcześniej w kameralnych warunkach. 



Po dłuższej przerwie na festiwal powrócił solista Paweł Szymański. Od samego początku kariery demonstrował wyczucie stylu w prezentowaniu archaicznego bluesa w wydaniu akustycznym. Artysta jest wiarygodny w tym, co śpiewa i gra na gitarze akustycznej oraz harmonijce ustnej. Wykonał kolejno standard St. James Infirmary z polskim tekstem, a potem Trouble in Mind, Who’s Loving You Tonight i That’s All Right. 



Coraz liczniejsza publiczność gorąco przyjęła zespół Cree. Okazja nadarzyła się wyjątkowa, bowiem grupa świętuje 20 lat istnienia. Sebastian Riedel w roli frontmana dojrzał i nabrał pewności siebie, śpiewał z większym zaangażowaniem i siłą przekazu. Feeling z jakim gra na gitarze stawia muzyka wśród największych na krajowej scenie bluesowej. Cree dał słuchaczom dużą dawkę rockowej energii, przetykaną soczystymi brzmieniami gitar i zadziornością godną rasowej kapeli z pogranicza bluesa i rocka. Usłyszeliśmy m.in. Po co mi więcej, Południe i Ty i utwór Dżemu Sen o Victorii dedykowany „tym, których już nie ma”. Widownia żegnała zespół po półgodzinnym koncercie z uczuciem niedosytu. 



Sekwencję krajowych wykonawców na festiwalu zamknął koncert Grzegorz Kapołka Trio. Zespół dysponujący tak wybornym liderem zaproponował publiczności zestaw muzyki instrumentalnej z gitarą w roli głównej. Kapołka prezentuje dość rzadkie na naszej scenie sprzężenie znakomitej techniki gry, zmysłu melodycznego, wrażliwości brzmieniowej i fantazji improwizatorskiej. Dzięki temu recital był pełen dynamicznych zwrotów tempa, rytmiki i charakteru muzyki, począwszy od utworu Machine, poprzez Mrs. Doc, She and He, aż do Blues 4 You. 



Po weteranie naszej sceny muzycznej pojawił się młody amerykański zespół Fox Street All Stars. Wcześniej nieznana w Polsce formacja okazała się trafionym wyborem organizatorów festiwalu. Bardzo dobry wokalista ze skłonnością do ekspresyjnego śpiewu, solówki gitary i saksofonu na przemian, intensywna rytmika, utwory o niebanalnej strukturze, złożyły się na udany i ekscytujący występ. Młodzi Amerykanie pokazali, że łącząc bluesa, rocka i funk z jazzową improwizacją, można tworzyć oryginalną muzykę. 



Duże oczekiwania towarzyszyły pierwszemu występowi grupy Shawn Holt And The Teardrops. Bywalcy Rawy zapewne pamiętali koncert Magic Slima, ojca Shawna w 1997 roku. Dla młodego bluesmana konfrontacja z legendą ojca wypadła rewelacyjnie. Ze sceny popłynęły mięsiste dźwięki gitarowe osadzone na mocnym fundamencie rytmu i tematy utworów znanych z debiutanckiego albumu „Daddy Told Me”. Holt junior okazał się bardziej zaawansowanym gitarzystą, wyrazistym wokalistą, a cały zespół grał z większym przekonaniem. Obok Daddy Told Me, Bright Lights Big City, Shawn zaśpiewał standardy So Many Roads i Cross Cut Saw. Bardzo efektownie komponowały się partie gitar lidera i drugiego gitarzysty Leviego Williama. 



Pierwsze minuty koncertu legendarnego zespołu Blind Boys Of Alabama wywołały pewien zgrzyt i konsternację. Powodem tego był zupełny rozgardiasz dźwiękowy, przy którym dudnienie sekcji rytmicznej przykryło zupełnie głosy pięciu śpiewaków w błękitnych garniturach. Na szczęście realizatorzy dźwięku powoli opanowali sytuację i melodia People Get Ready wyeksponowała dobrze harmonię i barwę głosów poszczególnych wokalistów. Śpiewali siedząc na krzesłach i tylko powstanie któregoś z nich sygnalizowało przejmowanie roli solisty. Zadziwiająco czysto i donośnie brzmiał falset najstarszego Jimmy’ego Cartera. Zespół wykonał kompozycje I’ll Find a Way, Take Your Burden to the Lord, Rainbow in the Cloud. Muzykę wypełniały z równą siłą ekspresyjny śpiew i przenikliwe dźwięki organów i gitary. W I Shall Not Be Moved do grupy dołączył Robert Randolph z pięknymi wstawkami instrumentalnymi zagranymi na pedal steel guitar. Zaskakujące było zmieszanie melodii Amazing Grace i House of the Rising Sun. W drugiej części koncertu gospelowy charakter utworów zamienił się w bardziej rozrywkowe show. Na scenę zaproszono kilkanaście dziewcząt z widowni, a muzyka nabrała cech tanecznych. Dyskretnie prowadzony przez przewodnika Jimmy Carter ruszył w publiczność. Zespół wykonał Shake Your Hip, Use Me Up i uwodził wszystkich rytmem utworu I Can’t Stand the Rain. Występ Blind Boys Of Alabama wywołał duże wrażenie i pokazał dotąd nie prezentowane na Rawie wątki muzyki afroamerykańskiej. 

To był jednak dopiero wstęp do eksplozji rytmu jaki dostarczył Robert Randolph & The Family Band. Grupa złożona z siedmiu osób od pierwszych taktów nasyciła swoją muzykę nieprawdopodobnym stężeniem rytmiki, synkop i wręcz polirytmicznego rozpasania. Proste motywy rytmiczne mutowały w bogatsze figury instrumentalne, a te przeradzały się w kolejne utwory za sprawą znakomitych instrumentalistów, z perkusistą na czele. Randolph wydawał się owładnięty nieustannym eskalowaniem rytmicznego transu. Skutecznie wkręcił widownię w taniec, a strona wokalna służyła głównie zachęcania do wspólnego przezywania muzyki. Technika gry i środki wykorzystywane przez lidera udowodniły jego wirtuozowską klasę. Okazał się on również świetnym showmanem, który stosuje ekwilibrystyczne sztuczki nie mniej efektowne, jak gitarzyści wychowani na sztuce Hendriksa. Na bis rozgrzanej publiczności zespół zafundował motyw utworu Whole Lotta Love Led Zeppelin. A potem już nikt na widowni nie był w stanie zliczyć wszystkich cytatów z kanonu muzyki, którymi zasypał Robert Randolph. Trudno byłoby ten koncert zakwalifikować do bluesa. Raczej mieliśmy udana próbę stopienia w jedną całość afroamerykańskiej tradycji muzycznej złożonej z bluesa, rocka, funku i soulu. Rodzinna kapela podała to w niebywale efektownej, nowoczesnej formie. 

Po tak dużej dawce wrażeń i wielu godzinach koncertów prawie połowa z czterotysięcznej widowni opuściła Spodek. Zostali słuchacze oddani niezmiennie muzyce zespołu Dżem i jego wokalisty Ryśka Riedla. W 20. rocznicę jego śmierci przygotowano koncert „Tribute To Rysiek Riedel”. Wykonawcami byli śląscy muzycy skrzyknięci przez Leszka Windera i Sebastiana Riedla. Kilkudziesięciu instrumentalistów i solistów ożywiło wiele piosenek wykonywanych przez Ryśka. Niektóre z wersji przebojów Dżemu zrobiły duże wrażenie, kilka wypadło blado. Może późna pora spowodowała, że koncert nie miał spójności, brakowało też zaangażowania wszystkich muzyków zgromadzonych na scenie. Na szczęście nie wpłynęło to na odbiór widowni, która żywo reagowała na kolejne punkty programu. Jak zwykle ostatni akt festiwalu Rawa odbył się na jam session w hotelu Novotel, gdzie wielu zagranicznych muzyków popisało się nieujawnionymi talentami. Robert Randolph okazał się bardzo dobrym perkusistą, a największą kondycją w jamowaniu popisali się Grzegorz Kapołka i Krzesimir Dębski. 



Zobacz również

Ad Libitum 2016

11. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej odbyła się w Warszawie w dn. 19… Więcej >>>

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

Jamie Cullum: Finał Zadymki

Finał Zadymki miał miejsce w sali koncertowej NOSPR w Katowicach.  Więcej >>>

Jazz Jantar: edycja wiosenna

Skompletowanie „band of dreams” i nagranie z takim zespołem zaproponowanego przez siebie repertuaru –… Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu