Festiwale

fot. Krystian Brodacki

Opublikowano w JAZZ FORUM 1-2/2017

Time in Jazz 2016

Krystian Brodacki


położonym na Sardynii północnej miasteczku Berchidda,  w domu przy ul. Wiktora Emanuela nr 52 tuż nad ziemią widać kwadratowe okienko piwnicy, przesłonięte metalową siatką. 40 lat temu przechodnie niemal stale słyszeli wydobywające się spod ziemi dźwięki trąbki: to Pawełek Fresu ćwiczył tam całymi godzinami i wszyscy już wiedzieli, że nie pójdzie w ślady ojca pasterza. Nikt jednak nie mógł przewidzieć, że zrobi kiedyś wielką międzynarodową karierę, ani tego, że o swym rodzinnym miasteczku nie tylko nie zapomni, lecz powoła tu do życia wielki festiwal, jeden z najciekawszych na świecie: Time in Jazz. W sierpniu 2016 odbyła się jego 29. odsłona.  Wieczorami stolicą festiwalu była Berchidda i Plac del Popolo (Ludowy), ale rano i po południu jechało się na koncerty do różnych ciekawych miejsc w okolicach. Bo z założenia jest to festiwal wędrowny. W sumie koncertów odbyło się około 30.

Fresu, dziś 50-letni, zdaje się mieć siły niespożyte – nie tylko uczestniczył we wszystkich imprezach, wszystkie sam zapowiadał, ale też wielokrotnie  przyłączał się ze swą trąbką do akcji muzycznej, starając się jak najlepiej wpasować  stylistycznie w dany kontekst. Zapytałem: „Co jest źródłem tej jego energii?”

– Pasja! Pasja życia! Pasja kreowania rzeczy pięknych. Ten festiwal to dla mnie znacznie więcej niż muzyka. To zdolność prowadzenia  dialogu z innymi, to dawanie słuchaczom możliwości odkrywania nowych miejsc, poznawania rozmaitych rodzajów muzyki. Możliwości kontaktu z naturą. Moją ideą było i jest łączenie ze sobą wielu rzeczy odmiennych. Robię ten festiwal od 30 lat, ale pasja jest wciąż ta sama.

Każda z dotychczasowych edycji Time in Jazz (w skrócie TiJ) miała swój temat przewodni – przypomnę niektóre: „Jedzenie”, „Skrzydła”, „Nogi”, „Woda”, „Powietrze”, „Ogień”, „Ziemia”. Tym razem Paolo wymyślił temat niezwykle wielostronny: „Oczy”. A więc wzrok i jego utrata, widzenie muzyki i słyszenie kolorów, chromatyka jako miejsce spotkania muzyki z malarstwem – w świetle rozważań Paula Klee. Chromatyka a światłocień. „Oczy jazzu”. Jazz jako muzyka bardziej wizualna, niż jakakolwiek inna (to ocena Fresu).

Konsekwencją tematu „oczy” było zaproszenie na festiwal kilku artystów niewidzących. Sardynię, a zatem i Europę reprezentowała Sylwia Zaru, która w malowniczym parku koło kościółka San Lorenzo w mieście Tempio Pausania, akompaniując sobie na fortepianie, dobrze zaśpiewała kilka standardów, jak All of Me, czy Almost Like Being in Love, ten ostatni uświetniony przez solówkę Fresu. Z Mali pochodzi duo wokalne dwojga niewidomych Amadou & Mariam, dzięki płycie „Dimanche a Bamako” znane wśród zwolenników World Music. Za jednego z gwiazdorów festiwalu wypada uznać 30-letniego pianistę z USA Justina Kauflina, o aparycji przypominającej naszego Mieczysława Kosza, o ile jednak Kosz był postacią tragiczną, Kauflin, który stracił wzrok w wieku 11 lat, robi wrażenie człowieka szczęśliwego. Jego pianistyka jest radosna, moim zdaniem pozostając pod wpływem Oscara Petersona, a także Mulgrew Millera, którego Justin uważa za swego idola. Podczas dwu recitali usłyszeliśmy serię standardów, od Ain’t Misbehavin’ po Someone to Watch Over Me. Duży wpływ na Justina wywarł Clark Terry, który opiekował się jego talentem w ostatnich latach życia, o czym opowiada film Alana Hicksa „Keep On Keepin’ On”, wyświetlony podczas TiJ. Pianista uczcił pamięć wielkiego trębacza kompozycją For Clark. Gorącym protektorem Kauflina jest Quincy Jones. O tym pianiście jeszcze usłyszymy!

W miejscowości Posada, u stóp zabytkowej wieży św. Jana nad samym morzem odbył się koncert, który temat „Oczy” poruszył w sposób dramatyczny. Słońce stało w zenicie i żadnej przed nim nie było osłony, toteż barwne kolory ubiorów publiczności, biel wieży i granat morza w tle miały zniewalającą intensywność. Na zaimprowizowanej scenie z kamieni i piasku pojawił się znany aktor filmowy i teatralny Giuseppe Battiston, który zaczął recytować fragment powieści Jose Saramago „Miasto ślepców”. Przejmująco. W przerwach lektury Paolo Fresu - trąbka, skrzydłówka i Daniele Bonaventura - bandoneon budowali klimaty latynoskie rodem z Argentyny, Brazylii, Chile i Urugwaju. Przymknąłem oczy i wyobraziłem sobie, że gdy je otworzę, zobaczę tylko białą nicość z powieści Saramago… albo czarną noc. Myślę, że w czasie tego koncertu-spektaklu nie tylko mnie osaczały niezbyt wesołe refleksje.

Było jeszcze jedno nawiązanie do tematu „Oczy” – msza święta w kościele parafialnym w Berchiddzie, której współpatronką obok św. Sebastiana jest św. Łucja, opiekunka ociemniałych (historia jej męczeństwa jest przerażająca, oszczędzę jego opisu). Podczas mszy Paolo Fresu i kwartet smyczkowy Alborada (w którym drugie skrzypce gra urodziwa żona Paola, Sonia Peana), zagrali Fratres Arvo Parta, Lacrimosę Mozarta, Requiem Bonaventury, tradycyjne sardyńskie Miserere di Santu Lussurgiu i inne. W kazaniu ksiądz przywołał Ewangelię według św. Mateusza, gdzie w rozdziale dziewiątym jest mowa o uzdrowieniu dwóch ślepców. Sylwia Zaru zaśpiewała tradycyjny i powszechnie tu znany utwór Ave Maria Sarda, a potem Fresu zakończył uroczystość kompozycją Leonarda Cohena Allelluja.

Pozostałe koncerty nie należały do nurtu „ocznego”, wszelako dostarczały słuchaczom mnóstwa wrażeń nie tylko muzycznych, lecz także wzrokowych. I jeszcze innych: ostrego upału w dzień, przenikliwego chłodu wieczorem, wędrówek pod górę i w dół po wertepach, ostrych kamieni zamiast krzeseł do siedzenia… Tu nikt się tobą nie przejmuje. Radź sobie sam w myśl popularnego w naszym środowisku hasła: „Jazz nie zna litości!” To samo można odnieść do Time in Jazz. Aliści gdy festiwal się skończy – odczujesz żal… I myślisz o następnym.

Oto nadmorskie stagno, po polsku staw, ale to nie jest nasz polski staw, lecz rozległy słonowodny akwen specyficznej urody, pełen ryb i ptaków. Na tle takiego stagno wystąpili Daniele Bonaventura i sławny akordeonista Gianni Coscia, lat 85, który rozbawiał publiczność do łez. W lekko parodystycznym stylu obaj panowie zagrali nieśmiertelne Non ti scordar di me De Curtisa, popularną Campagnolę (śpiewali ją ochoczo żołnierze Andersa z polskimi słowami: „Pamiętaj o tym wnuku, że dziadek był w Tobruku”), La Cumparsitę i inne tanga. Coscia zaproponował zmianę trybu Hymnu włoskiego z dur na moll, bo wtedy „byłoby z niego niezłe tango!”.

Wspaniałym miejscem „wyjazdowym” było Stagno della Peschiera koło Porto San Paolo: z widokiem na gigantyczne wypiętrzenia skalne wyspy Tavolara. Ta wyspa to podobno starożytny okręt, zamieniony w skałę przez rozgniewanego Posejdona. Granie w tym pięknym miejscu przyszło w udziale świetnej pianistce Ricie Marcotulli wraz z basistą Marco Badoscią i wspomnianym już kwartetem smyczkowym Alborada, istniejącym od 20 lat i grającym zarówno muzykę barokową, jak i współczesną, w tym jazz. Na tle Tavolary muzycy przedstawili program ze swej najnowszej płyty „Trigono” (wytwórnia Pawła Fresu Tuk Music), o bardzo różnorodnej zawartości. Zwróciłem szczególną uwagę na dwa utwory: Abide with meAndrea’s Milonga. Ten pierwszy to wielkiej urody hymn anglikański z XIX w. Williama Henry’ego Monka (muzyka) i Henry’ego Francisa Lyte’a (słowa), podobno często śpiewany w okopach I wojny światowej. Ten drugi to kompozycja 8-letniego syna Paola Fresu, Andrzeja, dokończona i zaaran­żowana przez ojca. Brawo!

Ale nie tylko nad morzem było ciekawie. Na przykład – w miasteczku Ittireddu. Dominuje nad nim góra zbudowana z…pumeksu. Wokalistka Ada Montellanico wykonała tam swoje interpretacje utworów z repertuaru Abbey Lincoln, jak Throw It Away. Zgodnie z aranżacją trębacza Ady Giovanniego Falzone wokalistka często pełniła rolę instrumentu dętego, śpiewając w unisonie z nim oraz trębaczem Filipem Vignato (młody talent!), co przywodziło na myśl rolę Cassandry Wilson w zespole M-Base. Ada jest prezesem MidJ czyli Stowarzyszenia Włoskich Muzyków Jazzowych, którego plany są ambitne (widziałem statut). Warto, by nowy zarząd PSJ nawiązał kontakt z Adą.

Wokalistką o zupełnie innym stylu jest Petra Magoni, która ze swym partnerem-basistą Ferruccio Spinettim zaprodukowała się koło kościoła Santa Giusta w mieście Calangianus w programie złożonym ze standardów takichjak Speak Low czy Nature Boy, własnych utworach, oraz typowych piosenkach włoskich, jak Quando L. Tenco czy Guarda che luna T. Malgoniego. Wszelako ich interpretacja była skrajnie nietypowa! Z szaleństwem w nieco demonicznych oczach Petra dekonstruowała je kompletnie, zamieniając łagodne melodie w wybuchy wściekłości. Magoni dysponuje niezwykłym głosem, którym może brać niebotyczne góry, tworząc coś, co nazwałbym improwizowaną koloraturą. Ten „cyrk wokalny” wielce się publiczności podobał.

Festiwal odwiedził jeszcze inne miejsca, ciekawie położone, jak Mores, Chiaramonti, Bortigiadas, ale my przeniesiemy się teraz na stałe na Piazza del Popolo w Berchiddzie by opowiedzieć o niektórych występach na centralnej scenie Time in Jazz. Wokalistka i aktorka z Tel Avivu Irit Dekel wraz z akordeonistą, pianistą i gitarzystą Eldadem Zitrinem pokazała, jak bez udziwnień i innych „dekonstrukcji” zaśpiewać ograne tysiące razy standardy w sposób świeży i własny, bo z własnym pomysłem – na przykład – na podkład rytmiczny, w takich evergreenach jak Gloomy Sunday, Chega de saudade, czy Round Midnight.

Połączone zespoły Orchestra Jazz del MediterraneoOrchestra Jazz della Sardegna pod dyrekcją kompozytora i aranżera Pawła Silvestriego i z Pawłem Fresu jako solistą przedstawiły suitę siedmiu ujazzowionych fragmentów z opery „Norma” Vincenzo Belliniego, ze słynną arią Casta Diva na czele, zachowując respekt dla oryginalnych wątków melodycznych. Soczyste potężne brzmienie big bandowe stworzyło soliście znakomite wsparcie dla improwizacji.

Bugge Wesseltoft z Norwegii z niemieckim perkusistą Christianem Prommerem dowiedli, że można wykreować ciekawą muzykę pozbawioną niemal zupełnie melodii, kładącą natomiast nacisk na barwy i jak najbogatszą warstwę rytmiczną, z pojawiającymi się w czasie występu wciąż nowymi propozycjami w tej materii, a wszystko z wykorzystaniem – obok fortepianu akustycznego i klasycznego drum setu – różnych urządzeń elektronicznych (np. Prophet 0.8). Prommer sterował swój okręt perkusyjny w kierunku techno-jazzu, co Bugge przyjmował z entuzjazmem. Ale na koniec niespodziewanie zagrał na fortepianie bardzo „po bożemu” standard I Should Care, bez żadnej elektroniki, jakby dawał do zrozumienia: „Widzicie, ja tak też potrafię!”

Gwiazdą największą TiJ był Charles Lloyd i jego kwartet (Jason Moran - fortepian, Harish Raghavan - kontrabas, Eric Harland - perkusja). Słuchając z uwagą jego saksofonu zauważyłem, nie po raz pierwszy, że ma brzmienie nie przypominające żadnego innego, odrębne, osobiste. Druga refleksja – kwartet Lloyda to alter ego kwartetu Shortera! Czy ten shorterowski jest lepszy? Rzecz do dyskusji. Śmiem twierdzić, że perkusista Lloyda jest tym, który być może wytyczy nowe drogi jazzowej perkusji. W jednym z utworów pojedynczymi, silnymi uderzeniami stworzył niebywałe napięcie… Grane były utwory lidera, np. Dream Weaver oraz Briana Wilsona i Silvia Rodrigueza. Na koniec Lloyd zaprosił na scenę Paola Fresu i razem wykonali utwór Lloyda Prayer.

W tym miejscu kończę mą relację, informując jedynie, że w festiwalu uczestniczyli także Gianluigi Trovesi, Mino Cinelu, Michel Portal, zespoły Four and More z Cagliari (Sardynia) i Bombino z Nigru (Afryka), oraz inni godni opisania. Dodam jeszcze tylko, że każdy koncert na Piazza del Popolo był poprzedzany audiowizualnym sygnałem TiJ – lamentacyjnym śpiewem Nataszy Atlas, belgijskiej wokalistki arabskiego pochodzenia. Ten przejmujący utwór nazywa się My Soul, My Spirit i znajduje się na najnowszej płycie Fresu „Eros”. Jest śpiewany po arabsku, a więc w języku ostatnio niepoprawnym politycznie… Tu nikomu to nie przeszkadzało.

Time in Jazz pozwolił zapomnieć o podziałach, o wojnach, o nienawiści, o złu panoszącym się na świecie… To być może jego największy sukces.



Zobacz również

Ad Libitum 2016

11. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej odbyła się w Warszawie w dn. 19… Więcej >>>

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

Jamie Cullum: Finał Zadymki

Finał Zadymki miał miejsce w sali koncertowej NOSPR w Katowicach.  Więcej >>>

Jazz Jantar: edycja wiosenna

Skompletowanie „band of dreams” i nagranie z takim zespołem zaproponowanego przez siebie repertuaru –… Więcej >>>

JAZZ FORUM 12/2017

Aktualnie w sprzedaży
Więcej >>>

Parallax Error

Leszek HeFi Wiśniowsk

Płyta miesiąca

Leszek Możdżer & Holland Baroque

Earth Particles

  • Ocena - 5
Linki
Z galerii

Jazz Forum Showcase

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu