Coda
fot. Andrzej Tyszko

Artykuł opublikowany w JAZZ FORUM 9/2018


Tomasz Stańko



Światowej sławy trębacz zmarł 29 lipca 2018 roku w Warszawie.

Po raz ostatni stanął z trąbką na estradzie podczas gali Stulecia ZAiKSu w Teatrze Narodowym w Warszawie 19 marca 2018 roku, by wykonać tylko jeden utwór – Kattornę Krzysztofa Komedy w konstelacji, którą utworzyli m.in. jego przyjaciele z tamtych złotych lat, tak jak on, giganci polskiego jazzu: Zbyszek Namysłowski, Michał Urbaniak i Wojtek Karolak. On jedyny nie zagrał sola, nie czuł się na siłach. Cztery dni później pojawiła się w mediach informacja, że jego New York Quartet odwołuje koncerty zaplanowane w kilku miastach Polski na początku kwietnia. Jako przyczynę podano zapalenie płuc lidera, ale diagnoza okazała się o wiele bardziej poważna: rak płuc i to bardzo zaawansowany. Zaczęło się odliczanie. Wyrok ten Tomasz Stańko przyjął podobno ze spokojem; pogodzony z losem, czuł się artystą i człowiekiem spełnionym. Zmarł 29 lipca w Centrum Onkologicznym w Warszawie. Miał 76 lat.

To wielki cios dla polskiego środowiska jazzowego i dla całej polskiej kultury. Wiadomość o śmierci legendarnego muzyka odbiła się szerokim echem nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Uderzyły w dzwon najważniejsze amerykańskie dzienniki „The New York Times” i „Washington Post”, brytyjski „Guardian”, portal All About Jazz, „Down Beat”, „JazzTimes”, „New York City Jazz Record”, wszystkie europejskie czasopisma jazzowe. Natychmiast za­reagowali przyjaciele muzycy. „Tomasz – dziękuję Ci za miłość, inspirację i zachętę na przestrzeni lat” – napisał na Facebooku czołowy trębacz amerykański Ambrose Akinmusire. „Był muzykiem unikalnym o głębokim uczuciu i delikatnej duszy” – Dave Holland. „Pozostawił nam niewiarygodne dziedzictwo, będę się starał iść za jego przykładem” – David Virelles. „Był wynalazcą, muzykiem, który wypracował nowy, prawdziwie europejski styl” – Jasper van’t Hof.

Odszedł jeden z największych, najbardziej oryginalnych muzyków w dziejach polskiego jazzu, artysta obdarzony silną osobowością, światowej klasy trębacz, kompozytor i lider, który odcisnął trwały ślad. Dla muzyka jazzowego najcenniejszy jest własny ton. Tomasz Stańko miał swój indywidualny ton, który był odbiciem jego osobowości, jego duszy. Miał swój sound, rozpoznawalny po kilku dźwiękach, charakterystyczny, nie do podrobienia – ciemny, chropawy, przybrudzony, ziarnisty, drapieżny, ale i liryczny.

Brzmieniem tym odznaczał się już we wczesnym okresie kariery. Jego pierwsze wzory to Chet Baker i Miles Davis, potem również Don Cherry i Lester Bowie z Art Ensemble of Chicago. Ale dźwięku jego trąbki nie można pomylić z żadnym innym. „Muzyka rodzi się z bólu” – mówił. W jego muzyce słychać było ból istnienia, gniew, skargę, tęsknotę, melancholię. W jego tonie był krzyk i zaduma, niepokój, cierpienie wyrosłe nie z bluesa amerykańskiego lecz tradycji słowiańskiej, polski blues naznaczony naszą historią, naszym doświadczeniem. Był przecież dzieckiem wojny.

Stworzył własny język muzyczny – miał charakterystyczny rytm, nie swingowy, ale rozswingowany: rozkołysaną frazę, melodie płynące swobodnie z głębi serca, odkształcane i przekształcane. Improwizował w przestrzeni zarysowanej przez formę utworu, traktując przygotowane wcześniej szkice jako bazę wyjściową i punkty odniesienia. „Najważniejsze w mojej muzyce są improwizacja i wolność” – mówił. Był piewcą wolności, artystą niezależnym, zbuntowanym, nieposkromionym, szedł własną ścieżką.

I miał swoje kompozycje, choć czasem mówił, że przez całe życie grał jedną i tę samą melodię, ale w różnych wariacjach, za każdym razem podawaną i rozwijaną inaczej. W gruncie rzeczy czuł się bardziej improwizatorem niż kompozytorem. Kompozytorem był Krzysztof Komeda – jego odkrywca, jego guru, guru całego polskiego jazzu. Komeda go ulepił, ale można przypuszczać, że w jakiś sposób i Stańko zmienił brzmienie Komedy, był jego nadwornym muzykiem, prawą ręką, współtwórcą jego muzyki, a po jego śmierci nie epigonem, lecz kontynuatorem jego idei.

Komeda żył krótko, zmarł tragicznie w wieku 38 lat. Stańko miał więcej szczęścia, żył dwa razy dłużej. Kariera Komedy trwała raptem 12 lat, od debiutu na festiwalu w Sopocie w 1956 roku do wyjazdu do Ameryki w roku 1968. Stańko był aktywny o cztery dziesięciolecia dłużej – przez 55 lat!

Komeda nagrał za życia tylko trzy albumy, Stańko ponad 40! Uczestniczył w ses­jach dwóch z trzech płyt Komedy: „Astigmatic” i „Meine Süsse Europäische Heimat”. Na obu grał również Zbyszek Namysłowski. Komeda, Stańko i Namysłowski – to „święta trójca” polskiego jazzu.

*

Tomasz Stańko przyszedł na świat 11 lipca 1942 roku w Rzeszowie. Jego ojciec Józef był prawnikiem, matka Eleonora nauczycielką. Miasto Rzeszów, w którym mieszkał tylko kilka lat, przyznało mu w roku 2015 obywatelstwo honorowe (Stańko skomponował hejnał), jego imieniem nazwano pośmiertnie nowe rondo.

To była muzykalna rodzina, młodsza siostra grała na fortepianie, ojciec na skrzypcach. Pewnie dlatego Tomasz uczył się gry na skrzypcach w szkole podstawowej – już w Krakowie, dokąd przenieśli się pod koniec lat 40. Pierwszy kontakt z trąbką miał w harcerstwie, grał na sygnałówce. W średniej szkole muzycznej chodził do klasy trąbki, równolegle uczył się w liceum ogólnokształcącym. Studia w PWSM rozpoczął z opóźnieniem w 1964 roku, dyplom obronił pięć lat później.

Ale jeszcze wtedy, w 1958 roku, kiedy miał 16 lat, był na koncercie Kwartetu Brubecka w krakowskiej Rotundzie, który zrobił na nim ogromne wrażenie. Słuchał już audycji Willisa Conovera w Głosie Ameryki.



„Jak zacząłem grać jazz na trąbce, to był początek mojego życia, jak nowe narodziny” 
fot. Marek Karewicz

„Jak zacząłem grać jazz na trąbce, to był początek mojego życia, jak nowe narodziny” – powiedział Rafałowi Księżykowi w wydanej w 2010 roku autobiografii „Desperado”. Pierwsze kroki jazzowe stawiał w krakowskim jazz klubie Helikon, który prowadził Jan Byrczek, późniejszy prezes Polskiej Federacji Jazzowej i założyciel JAZZ FORUM. Na pierwszych jamach grał razem z kolegami z podstawówki, pianistami Wackiem Kisielewskim i Romanem Kowalem. Trzymali się razem, bywali i grali w Piwnicy Pod Baranami, w Krzysztoforach i Pod Jaszczurami. Poznał wtedy całą czołówkę jazzową Krakowa: Wojtka Karolaka, Andrzeja Dąbrowskiego, Romana Dyląga, Krzysztofa Komedę.

Wujek przywiózł mu z Anglii używaną trąbkę, która wcześniej była własnością Humphreya Lytteltona. Chyba nigdy nie grał jazzu tradycyjnego (aczkolwiek charakterystyczne frazy i podziały rytmiczne dixielandu wyczuwalne były w jego późniejszej muzyce). Zaczął niemal od razu od free. Był prekursorem free jazzu w skali europejskiej. Jego pierwszy zespół, Jazz Darings, który założył w 1962 roku razem z pianistą Adamem Matyszkowiczem (później Makowiczem), był jednym z pierwszych w Europie zespołów uprawiających free jazz. Na kontrabasie grał z nimi Jacek Ostaszewski (kolega z liceum), na perkusji Wiktor Perelmutter. Początkowo grali standardy z repertuaru Milesa Davisa, ale trochę później, kiedy odszedł Matyszkowicz, interesował ich przede wszystkim Ornette Coleman. Gdy dołączył na saksofonie Janusz Muniak, mieli, jak Coleman, kwartet bez fortepianu, grali m.in. Lonely WomanPeace. Wiosną 1963 roku Jazz Darings zwyciężył w Konkursie Amatorskich Zespołów Jazzowych Polski Południowej, a Tomasz Stańko zdobył pierwszą nagrodę jako instrumentalista.


Kwintet Komedy. 1964: Tomasz Stańko, Michał Urbaniak, Komeda, Jacek Ostaszewski i Czesław Bartkowski
fot. Marek Karewicz

Rok 1963 był przełomowy. Jesienią Stańko zadebiutował na warszawskim Jazz Jamboree w Kwintecie Krzysztofa Komedy. Został dokooptowany w ostatniej chwili, bo nie mógł w Warszawie zostać Allan Botschinsky, trębacz duński, z którym w roku poprzednim Komeda nagrał w Kopenhadze swój pierwszy album „Ballet Etudes” (Metronome). „Stary, Komeda ciebie szuka!” – ktoś powiedział mu w kuluarach. Zaskoczony młody adept trąbki tak się przedstawił swojemu przyszłemu szefowi: „Dzień dobry panu, nazywam się Tomasz Stańko”. Stańkę podsunął Komedzie Michał Urbaniak, który już wcześniej dołączył do jego zespołu. Sekcję rytmiczną tworzyli Maciej Suzin - b i Czesław Bartkowski - dr. Kompozycje Komedy, jak m.in. Dwójka rzymska czy Alea, to szkice, które trzeba było na gorąco wypełnić. Komeda pozostawiał muzykom swobodę – to odpowiadało Stańce, który miał zasób środków i potrafił uruchomić wyobraźnię.

W 1964 roku Stańko zaczął jeździć z Komedą na koncerty zagraniczne. Grali w Kopenhadze (klub Montmartre), w Sztokholmie (Gyllene Cirkeln), występowali na festiwalach w Kongsbergu w Norwegii, w Bledzie w Jugosławii, w czeskiej Pradze. Jednocześnie do współpracy zaprosił trębacza Andrzej Trzaskowski. Występowali m.in. w Belgii i Hamburgu, RFN. W styczniu 1965 roku z Kwintetem Trzaskowskiego nagrał Stańko swój pierwszy album w serii Polish Jazz, zaś pod koniec roku wziął udział w sesji „Astigmatic” Komedy, który okrzyknięto „albumem wszech czasów” polskiego jazzu, kamieniem milowym jazzu europejskiego.

W 1967 w Baden-Baden uczestniczył w nagraniu albumu „Meine Süsse Europäische Heimat” z muzyką Komedy do wierszy wielkich polskich poetów. Po raz ostatni grał z Komedą na Jazz Jamboree 67, kiedy wykonane zostało zadedykowane pośmiertnie Johnowi Coltrane’owi Night Time, Daytime Requiem. Komeda wyjeżdżając do Ameryki obiecał Stańce, że ściągnie go do ojczyzny jazzu i będą grać razem z muzykami amerykańskimi. Plany te nie ziściły się. Komeda zmarł w kwietniu 1969 roku, jego tragiczna śmierć była wstrząsem dla polskiego jazzu.

Począwszy od 1967 roku Tomasz Stańko prezentował na Jazz Jamboree własne zespoły, które stanowiły kontynuację Jazz Darings (z Januszem Muniakiem), najpierw Kwartet, a potem Kwintet, który przyjął ostateczną formę w 1969 w kultowym składzie: Muniak - ts, ss; Zbigniew Seifert - as, od 1971 również viol; Bronisław Suchanek - b i Janusz Stefański - dr. Album „Music For K” nagrany w styczniu 1970 jako hołd dla Komedy był fonograficznym debiutem Stańki w roli lidera. Cała ta barwna piątka muzyków była tak zżyta i tak ze sobą zgrana, że osiągała w spontanicznych improwizacjach niemal telepatyczne porozumienie, wy­ładowując napięcie w zbiorowych kulminacjach. To był jeden z najlepszych zes­połów w historii polskiego jazzu. Po entuzjastycznie przyjętym koncercie na Berliner Jazztage w 1970 roku Kwintet Stańki ruszył na podbój Europy. Na Zachodzie nagrał jeszcze dwie płyty: „Jazzmessage From Poland” (1972) i „Purple Sun” (1973). Będąc u szczytu formy zakończył działalność na Jazz Jamboree 73.


Kwintet Stańki, 1973: Bronisław Suchanek, Janusz Muniak, Janusz Stefański, Tomasz Stańko i niewidoczny Zbigniew Seifert
fot. Paweł Karpiński

Już wcześniej, od 1969 roku, cały Kwintet stanowił szkielet Studia Jazzowego Polskiego Radia –  eksperymentalnego big bandu Jana Ptaszyna Wróblewskiego, wnosząc do tej orkiestry element anarchii i nieprzewidywalności. Sam Stańko dołączył do europejskiej elity free jazzu grając w Globe Unity Orchestra Alexandra von Schlippenbacha i w słyn­nym projekcie trzecionurtowym Penderecki - Don Cherry „Actions”.

W połowie lat 70. powrócił do współpracy z Adamem Makowiczem formując Unit z Czesławem Bartkowskim na perkusji. I znalazł bratnią duszę w Edwardzie Vesali, fińskim perkusiście, z którym utworzył freejazzowy kwartet TWET, w skład którego również weszli amerykański basista Peter Warren i Tomasz Szukalski na saksofonach.

To właśnie Vesala wprowadził Stańkę do ECM. Nasz trębacz zadebiutował w najważniejszej europejskiej wytwórni wydaną w 1976 roku autorską płytą „Balladyna”, na której grali Vesala, Szukalski i brytyjski kontrabasista Dave Holland, mający za sobą współpracę m.in. z Milesem Davisem. Dla ECM-u Stańko nagrał w latach 70. jeszcze kilka płyt w roli sidemana (m.in. „Satu” Edwarda Vesali), zamykając ten okres udziałem w przed­sięwzięciu kontrabasisty Gary’ego Peacocka „Voices From The Past – Paradigm”, w którym uczestniczyli również Jan Garbarek i Jack DeJohnette (1981). Na powrót do stajni ECM musiał Stańko czekać kilkanaście lat.

Tymczasem dla firmy Vesali nagrał własny album „Almost Green” i uczestniczył w sesjach fińskiego drummera (m.in. nagrany w Nowym Jorku LP „Heavy Life”). Razem z Vesalą wybrał się do Indii, by w tajemniczych okolicznościach nagrać album  na trąbkę solo w grobowcu Taj Mahal i Carla Caves (1980). Pamiętne występy na Jazz Jamboree w latach 80. to m.in. trio z z Rufusem Reidem i Jackiem DeJohnettem w 1983 i rok później w Orkiestrze Cecila Taylora.


Tomasz Stańko, Taj Mahal 1980
fot. Edward Vesala


Na początku nowej dekady wydał w serii Polish Jazz longplay „Music 81” ze Sławkiem Kulpowiczem, Witoldem Szczurkiem i Bartkowskim (album ten zostanie wznowiony przez Polskie Nagrania we wrześniu br.). Ale tamten okres to głównie przygoda (przypuszczalnie pod wpływem Milesa) z muzyką elektroniczną i rytmami funkowymi, m.in. w zespołach C.O.C.X. (Anthimos, Rek,  Torres) i Freelectronic (Rek, Skowron, Sudnik). Występ tej ostatniej formacji zarejestrowany na festiwalu w Szwajcarii ukazał się na płycie „The Montreux Performance”.

Lata 80., a zwłaszcza ich końcówka, to ciemny, dekadencki okres w życiu Tomasza Stańki, opisany przez niego samego w drastycznych szczegółach w książce „Desperado”. Wydawało się, że zatracił się, że jest bliski samounicestwienia.

I oto nagle w następnej dekadzie nastąpił nieoczekiwany zwrot wypadków. A wszystko zaczęło się od płyty „Bluish”, nagranej w trio z topowymi muzykami norweskimi: Arildem Andersenem i Jonem Christensenem. Na „Bosonossa And Other Ballads” grali z kolei Szwedzi, Bobo Stenson i Anders Jormin oraz brytyjski perkusista Tony Oxley. I wtedy rękę powtórnie wyciągnął Manfred Eicher, i dał mu drugą szansę, z której Stańko skwapliwie skorzystał. Rozpoczęła się złota passa, która trwała prawie ćwierć wieku, do końca jego życia. Miał Stańko szczęście, że na swojej drodze napotkał producenta-wizjonera, z którym znalazł porozumienie i wspólny język.

Dla prestiżowej wytwórni nagrał ponad 10 autorskich płyt, każda była artystycznym wydarzeniem. „Matkę Joannę” i „Leosię”  (dedykowaną zmarłej matce) nagrywali z nim w słynnym Rainbow Studio w Oslo: Stenson, Jormin i Oxley. Na „Litanii” (1997) z muzyką Komedy wszyscy najlepsi muzycy skandynawscy: Bernt Rosengren, Joakim Milder, Stenson, Andersen, Palle Danielsson i Terje Rypdal. Kto wie, czy „Litania” – swego rodzaju rozliczenie z dawnym guru – nie była najlepszym albumem w jego karierze. Na płycie „From The Green Hill” grał argentyński mistrz bandoneonu Dino Saluzzi.



Michał Urbaniak, Wojtek Karolak i Tomasz Stańko na gali ZAiKSu, 17 marca 2018
fot. Jarek Wierzbicki


Zaskakującą obsadę miał kolejny album „Soul Of Things” nagrany na początku nowego stulecia z młodymi polskimi muzykami. Marcin Wasilewski, Sławek Kurkiewicz i Michał Miśkiewicz już od połowy lat 90. tworzyli jego polski, „zastępczy” skład, ale teraz wyszli z ukrycia jako pełnoprawni członkowie Kwartetu, z którym wyruszył na triumfalne tournée po Ameryce (uwiecznione w filmowym dokumencie Wiesława Dąbrowskiego „Ballada o Stańce”). W roku 2002 Stańko został pierwszym laureatem nowo ustanowionej Europejskiej Nagrody Jazzowej, która utwierdziła jego status jako jednego z pierwszoplanowych muzyków  naszego Kontynentu.

Z Wasilewskim, Kurkiewiczem i Miśkiewiczem nagrał jeszcze dwa albumy, „Suspended  Night” (2004)  i „Lontano” (2005), i zaliczył trasę po Azji i na Antypodach. Powrócił do współpracy z muzykami skandynawskimi, ale już innej generacji („Dark Eyes”) i wreszcie dopiął swego, rozpoczął kolaborację z czołowymi muzykami Nowego Jorku (Ravi Coltrane, Lee Konitz, Craig Taborn,  Thomas Morgan,  Chris Potter). Nie dość tego – spełnił marzenie życia, kupił mieszkanie na Manhattanie, w stolicy jazzu, pewnie nie z próżności, lecz by poczuć się w pełni człowiekiem sukcesu, obywatelem świata.

W 2013 roku wydał podwójny album „Wisława” z utworami, dla których inspiracją były wiersze naszej noblistki (z Tho­masem Morganem, Geraldem Cleaverem i Davidem Virellesem). I trzy lata później swój ostatni już, posępny w tonie, chorałowy „December Avenue” (Virelles, Cleaver, Reuben Rogers).

Muzyków z kręgu swoich zainteresowań, nie tylko współpracowników, od kilkunastu lat zapraszał z ich własnymi projektami na Jesień Jazzową w Bielsku-Białej, gdzie od początku przez kilkanaście lat był dyrektorem artystycznym. Wciągał do współ­pracy młodych muzyków, z których, jak mówił, wysysał jak wampir świeżą krew. W ostatnim okresie współpracowali z nim m.in. Dominik Wania, Maciej Obara, Marcin Masecki, trio RGG współtworzyło jego Kwartet. Z triem pianistki Kasi Pietrzko wystąpił 14 lutego tego roku w krakowskiej Alchemii – to był jego ostatni w życiu pełny koncert.

*

Tomasz Stańko był artystą otwartym na świat, szukał inspiracji nie tylko w muzyce, ale i w innych dziedzinach sztuki – malarstwie, poezji, filmie, teatrze, literaturze, w poezji, co znalazło odbicie w jego twórczości.

Malarstwo –był malarzem jazzu, trąbka była jego pędzlem, jego zauroczenia to impresjonizm, ekspresjonizm, malarstwo abstrakcyjne – m.in. Modigliani i van Gogh.

Poezja – był poetą trąbki. Wzniosłym epizodem w jego twórczości były spotkania z Wisławą Szymborską. Szymborska recytowała swoje wiersze, a Stańko je komentował  frazami trąbki. Poetycko-jazzowy call & res­ponse zawołanie i odpowiedź. Zadedykował naszej noblistce swój album „Wisława”.  Teraz jeden z niemieckich dzienników zatytułował poświęcony mu pośmiertnie artykuł: „Edgar Allen Poe trąbki”.

Powieść – uwielbiał Williama Faulknera, jego rozchwiane frazy, melodyczną improwizowaną narrację. Jego inspiracje to również  m.in. James Joyce i William Borroughs.

Film –  jego zauroczenia to włoski neorealizm, francuska nowa fala, polska szkoła filmowa –  Federico Fellini, Jean-Luc Godard, Roman Polański. Jego muzyka miała filmową narrację, filmowy nastrój. Napisał ścieżki dźwiękowe do wielu filmów (m.in. „Pożegnanie z Marią”, i „Egzekutor” Filipa Zylbera).

Teatr – dramaty Witkacego to jego surrealistyczny świat, stworzył muzykę do „Peyotla”, ale także do „Balladyny” Słowackiego.

*

„Nie boję się śmierci, śmierć to część życia” – powiedział, gdy był już bardzo chory. I westchnął: „Ale gdyby tak było jeszcze jedno życie!”. To drugie Twoje życie, drogi Tomku, wypełni już tylko muzyka. I wspomnienia. Twoja muzyka pozostanie.

Paweł Brodowski



Zobacz również

Freddy Cole

Legendarny amerykański wokalista i pianista zmarł 27 czerwca 2020 w Atlancie, Georgia. Więcej >>>

David Pituch

Amerykański saksofonista, wybitny pedagog zmarł 23 czerwca 2020 w Evanston, Illinois. Więcej >>>

Keith Tippett

Brytyjski pianista, kompozytor i aranżer zmarł w wieku 72 lat 14 czerwca 2020. Więcej >>>

Lennie Niehaus

Amerykański saksofonista altowy i kompozytor muzyki filmowej zmarł 28 maja 2020. Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu