Wywiady

fot. Hans Kumpf

Toots Thielemans: pomiędzy uśmiechem a łzą

Paweł Brodowski


Toots Thoelemans, który zmarł w Belgii 22 sierpnia 2016 roku, gościł w Polsce kilkakrotnie, jeszcze w latach 90. na Jazz Jamboree, potem w Poznaniu i wreszcie pięć lat temu w Łodzi – na Grand Prix Jazz Melomani. Poniższa rozmowa, którą przeprowadził dla JAZZ FORUM Paweł Brodowski, miała miejsce w Salzau w Niemczech podczas festiwalu JazzBaltica w 1998 roku.

JAZZ FORUM: Ladies and gentelmen, the one and only...

TOOTS THIELEMANS: ... Teets Toolman! (śmiech) W ten sposób przedstawiła mnie 30 lat temu prezenterka szwedzkiej telewizji. Krzyknęła do mikrofonu: „Oto postrach i sensacja z Belgii: Teets Toolman!”

JF: Jest pan Belgiem...

TT: Urodziłem się Belgiem, ale od 1958 r. jestem obywatelem amerykańskim. W roku 1951 złożyłem podanie emigracyjne. Wyjechałem do Ameryki i zacząłem walczyć jak każdy inny. Nie minął rok i zostałem przedstawiony George’owi Shearingowi, który miał własny kwintet. Jego gitarzysta poszedł właśnie do wojska i wtedy jeden z przyjaciół przedstawił mnie jemu: „George, oto ten gość z Belgii. Wspaniale gra na harmonijce”. George zaangażował mnie jako gitarzystę, nie potrzebował harmonijki, ale pozwolił mi grać na harmonijce raz czy dwa razy w trakcie koncertu. Grałem w jego zespole od 1951 do 1959 roku, był to więc długi i bardzo interesujący „job”. W 1951 roku Shearing miał przebój September in the Rain z tym specjalnym brzmieniem – wibrafon, gitara i fortepian. Był oczywiście pamiętny okres występów w nowojorskim klubie „Birdland”, a potem trasy koncertowe „Birdland Tours”. Wśród artystów, którzy występowali w „Birdland”, byli m.in. Count Basie, Miles Davis, Ella Fitzgerald, Sarah Vaughan, Gerry Mulligan. Menedżerowie wsadzili ich do autokaru i tak rozpoczęły się trasy pod hasłem „Birdland All Star Tour”. To była encyklopedia na kółkach. Siedziałem na przeciwko Billie Holiday a w tyle busa Lester Young.

JF: Jaka była Billie?

TT: Bardzo cicha, bardzo spokojna. To było pod koniec jej kariery. Siedziała ze swym mężem lub menadżerem. „How are you, Ms. Holiday?” – mówiłem na powitanie. „I’m O.K. How are you, baby?” A Lester był bardzo dowcipny. Do osób, które lubił, zwracał się per „Lady”. „How are you doin’ Lady? How are you doin’ Lady Thielemans?” Mam wiele wspaniałych wspomnień. Nie było w autobusie zbyt wielu białych muzyków. Z pewnością niewielu z Belgii! (śmiech)

George Shearing nie jeździł autobusem, podróżował specjalnym samochodem bądź samolotem. Pozostali to głównie czarni goście z orkiestry Counta Basie’ego. W pewnym okresie był razem z nami młody Joe Williams. Na trąbce grał Joe Newman, a Frank Foster właśnie przyłączył się do orkiestry.

Nawiasem mówiąc jazz to coś, czego nie można nauczyć się z książki albo z płyty. Czy w ogóle istnieje podręcznik do nauki jazzu? Jazzu można się nauczyć ale tylko siedząc w autobusie wraz ze swoimi idolami. A ja tam siedziałem obok Billie Holiday, z przodu Count Basie, z tyłu Lester Young, a po środku Stan Getz, czasem Miles Davis, również Cannonball Adderley, Paul Chambers...

JF: Większość z nich już nie żyje, a Pan jest jednym z ostatnich prawdziwych idoli jazzu, a tytuł mistrza harmonijki ustnej będzie Pan chyba dzierżył już do śmierci. Kiedy po raz pierwszy wygrał Pan w ankiecie  „Down Beatu”?

TT: Już nie pamiętam. W kategorii „instrumentów różnych” można się utrzymać bardzo długo. (śmiech) Prze długi czas niepokonany był Roland Rahsaan Kirk, a po jego śmierci ja odziedziczyłem ten tytuł. Wciąż wygrywam! To miłe.

JF: Ale zanim zaczął Pan grać na harmonijce, najpierw grał na gitarze?

TT: Nie, nie. Zacząłem od harmonijki. Muzycy w Belgii mówili mi: „Mógłbyś być nawet dobrym muzykiem, ale dlaczego nie kupisz sobie prawdziwego instrumentu?” Wtedy kupiłem sobie gitarę. Podczas wojny zaraziłem się wirusem jazzu.


fot. Hans Kumpf

JF: A jak wyglądała scena jazzowa z Belgii po wyzwoleniu? W Europie panowała jeszcze era swingu.

TT: To prawda, naszym wzorem, jeśli chodzi o styl gry, był Lester Young, ale moje pokolenie, w Ameryce i Europie wyczekiwało nadejścia Mesjasza. I wtedy nastąpiła era bebopu. Wielu muzyków zostało odsuniętych na bok, nie mogli nadążyć. To była rewolucja. Ale zanim to nastąpiło, ja i saksofonista Bobby Jaspar słuchaliśmy bez przerwy Lestera Younga, bez końca, całymi nocami rozprawialiśmy o jego muzyce, spisywaliśmy poszczególne chorusy, uczyliśmy się ich na pamięć. Lester Young jest nawet do dziś bardzo skomplikowanym improwizatorem. A więc kiedy nastąpił wybuch bebopu, byłem w Belgii jednym z pierwszych muzyków, którzy poszli za tym stylem.

JF: Grał Pan wtedy oczywiście na gitarze?

TT: Tak, odłożyłem harmonijkę na bok. Kupiłem gitarę i uczyłem się z nagrań płytowych. Słuchałem Django Reinhardta i Charlie’ego Christiana.

Studiowałem matematykę. Chciałem zostać nauczycielem matematyki. Ale pojawiła się muzyka i wszystko się zmieniło. Zacząłem się uczyć gry na harmonijce i spaliłem wszystkie swoje uniwersyteckie podręczniki. Całą swoją wiedzę, którą posiadłem jako gitarzysta, przełożyłem na harmonijkę. „Hej! Teraz wiem co gram! Wszystko jest jasne i zrozumiałe”. Harmonia, akordy. Można to wyczuć, jeśli ktoś próbuje improwizować, a nie ma większego pojęcia o fortepianie. George Shearing nazywał to wiedzą klawiszową (keyboard knowledge). Byłem zupełnie dobrym gitarzystą – na tyle dobrym, żeby został angaż u Shearinga. Miałem najlepszy gitarowy „job” w Ameryce!

JF: Jak się Pan w ogóle znalazł w Ameryce?

TT: Po raz pierwszy pojechałem do Ameryki w 1948 roku jako turysta. Często bywałem w barach i klubach, gdzie spotykałem muzyków. Poznałem Billa Gottlieba, słynnego fotografika, który usłyszał mnie w Miami. Bill powiedział: „Toots, kiedy będziesz w Nowym Jorku, zadzwoń do mnie. Przedstawię Cię muzykom na 52 Ulicy. „Wtedy, w latach 1947-48, nadal kwitło życie jazzowe na 52 Ulicy, działało wiele klubów. Wciąż trzymam fotografię zrobioną w klubie The Three Dueces֊.

Ostatniego wieczoru mojego pobytu w Stanach, Bill Gottlieb przedstawił mnie muzykom z zespołu Howard McGhee All Stars. Byli to: Milt Jackson, Hank Jones, Percy Heath, Jimmy Heath. Czy możesz to sobie wyobrazić? Oto ja, młody belgijski muzyk, jestem w Nowym Jorku i mówię do siebie: „Przecież ja znam tych wszystkich gości! Mam w domu ich płyty! Charlie Parker! Lucky Thompson!” A Bill Gottlieb mówi: „Tak, to ten chłopak z Belgii. Posłuchajcie jak on gra na harmonijce” Milt Jackson pyta: „Chcesz coś zagrać?” Zaproponowałem. A oni są bardzo sceptyczni. „No, tak, gość z Belgii na harmonijce? Ha! Ha! Ha!” Ale zaakceptowali mnie. Grałem z nimi całą noc. Howard McGhee All Stars występowali na zmianę z Lennie Tristano Trio. A więc tej samej nocy grałem przez godzinę z Lennie’m Tristano! Ciągnęło się to do piątej nad ranem

Był tam również ów agent, Billy Shaw, menedżer wszystkich muzyków bebopowych. „Hej! Ty jesteś z Belgii. Belgia leży w Kopenhadze!” (śmiech) Bardzo typowe. Zawsze miał cygaro w ustach. „Przyślij mi parę płyt a zrobię z ciebie króla bebopu z Belgii!” A więc tak wyglądały moje pierwsze kontakty z Ameryką. Było to 50 lat temu.


fot. Paul Gerhard Deker

JF: Ale jak o się stało, że został Pan tam na stałe?

TT: Wystąpiłem o wizę i trwało to długo. Dostałem pracę. Nie mogłem jednak pracować jako muzyk. Prze pierwsze sześć miesięcy pracowałem dla belgijskich linii lotniczych. Dopiero potem spotkałem George’a Shearinga zacząłem wyjeżdżać z nim na trasy. Stan Kenton i George Shearing, Dave Brubeck i Shearing, Gerry Mulligan Quartet. Po raz pierwszy usłyszałem Kwartet Mulligana, kiedy graliśmy Los Angeles. „Hej! Jest taki zespół w którym nie ma fortepianu!” To poszliśmy posłuchać. Wtedy po raz pierwszy poznałem Chico Hamiltona, Cheta Bakera i Gerry’ego. Przez sześć lat grałem z Shearingiem. To był dobry „job” i dobra szkoła. Mieliśmy zawsze najlepsze warunki. Podróżowaliśmy busem z orkiestrą Duke’a Ellingtona, graliśmy w college’ach razem z Brubeckiem

Widzisz, muzyk gra to, co przeżył, czego doświadczył. Czasem gram prostą nutę i zamykam oczy... To nie znaczy wcale, że w tym momencie widzę Billie Holiday. Ale moją dobrą przyjaciółką była Dinah Washington, przyjaźniłem się z Sarą Vaughan. Przez dwa tygodnie grałem z Charlie’m Parkerem. To był show Dinah Washington z Filadelfii z udziałem zespołu Charlie Parker All Stars. Grałem ze wszystkimi! Ale to wcale nie było łatwe. Później zacząłem pracować jako wolny strzelec. Stałem się muzyiem studyjnym, nagrywałem muzykę filmową – „Sesame Street”, „Midnight Cowboy”. I wtedy zacząłem zarabiać.

Dawniej niewiele zarabiałem, chyba że chodziłem do pracy. Jako muzyk zarabiałem 50 dolarów, czasem 20 dolarów za wieczór w klubie „Birdland” czy „Village Vanguard”! Za takie stawki grali muzycy w Nowym Jorku! Nie narzekam. Ale wszystko zmieniło się od chwili, kiedy zagwizdałem Bluesette i utwór ten zaczął pojawiać się w radiu. A potem nagrałem dżingiel dla papierosów. Za każdym razem, gdy reklamówka pojawiała się na ekranie, dostawałem 50 dolarów.   Oglądałem telewizję podczas weekendu i tylko liczę... Raz, dwa, trzy, cztery, pięć... Wow! Zarobiłem 500 dolców oglądając telewizję! To był początek zarabiania kasy.

Wtedy jeszcze nikt mnie nie znał, a teraz zaczynam cieszyć się popularnością. Grałem zna tylu płytach – z Billem Evansem, z Jaco Pastoriuem, Quincym Jonesem. Quincy dzwoni do mnie dwa, trzy razy w roku. Jestem jego ulubionym muzykiem. Przeczytaj co napisał o mnie na swojej ostatniej płycie „Q’s Jook Joint”. Kiedy rozmawiam, przez pierwsze pół godziny żartujemy „How are you doin’, Stink?” – pyta Quincy. Przezywa mnie „Stink” (smród), bo gram funky. Quincy ma przezwisko dla każdego, kogo lubi. Jeśli zwraca się do ciebie twoim prawdziwym imieniem, to znaczy, że nie masz nic do powiedzenia. Mówi do mnie „Stink”, albo „Suspenders”, bo noszę szelki. Na każde Boże Narodzenie i urodziny przesyła mi nową parę szelek!


fot. Rafał Garszyński

JF: Powoli zbliża się Pan do osiemdziesiątki, a ma w sobie tyle entuzjazmu i tyle humoru.

TT: Robiłem tak wiele różnych rzeczy. W 1981 roku doznałem paraliżu, nie mogłem ręką dotknąć nosa, nie mówiąc już o grze na gitarze. Ale wracam do formy.

JF: Mam nadzieję, że dziś na festiwalu w Salzau weźmie Pan gitarę do ręki.

TT: Ależ naturalnie! Ten koncert to przecież hołd dla Stephane’a Grappellego, a on przed laty grał z moim pierwszym wielkim idolem – Django Reinhardtem. Dawno temu, a było to w roku 1962, byłem razem ze Stephane’em w tej samej garderobie. Stroiłem gitarę, brzdąkałem i nagle pojawiła się piękna melodia. Stephane zapytał: „Ques que se? Zapisz to natychmiast!” W ten sposób skomponowałem mój największy hit Bluesette. Byliśmy sobie tak bliscy.

Napisano o mnie książkę – „Pomiędzy uśmiechem a łzą”. To jest brzmienie akordu molowego z septymą. Ani wesołe, ani smutne. Taki właśnie jestem, taka właśnie jest moja muzyka.

Kiedy w Brukseli obchodziłem swoje 75. urodziny, na koncert przyszło 7 tysięcy ludzi. Jestem więc legendą. Nostalgia to dobra rzecz, jeśli jest pozytywna. Zna wielu wspaniałych muzyków w moim wieku – nie chcę podawać ich nazwisk - którzy wciąż grają to samo, co 10, 20, nawet 30 lat temu. Rozumiem ich, ale jednocześnie trochę im współczuję. Przyjemnie jest być legendą, ale przyjemnie też jest być kimś zwykłym. Mówiąc prawdę ja taki właśnie jestem. I’m just another kind of guy.




Zobacz również

Kuba Więcek: another raindrop

Urodzony w Rybniku 21 października 1994 roku saksofonista i kompozytor Kuba Więcek jest chyba… Więcej >>>

Wacław Zimpel: Wystarczy mi samo free, nie muszę…

Artysta nietuzinkowy o wielu twarzach muzycznych, uwielbia eksperymentować, odkrywać, kreować. Więcej >>>

Joachim Kuhn: ucieczka do wolności

Niemiecki wirtuoz fortepianu jest legendą jazzu europejskiego, jednym z pierwszych muzyków, którzy w tej części świata… Więcej >>>

Piotr Lemańczyk: otwieranie drzwi

Głównym powodem naszego spotkania i rozmowy jest wydanie – i to zarówno w formacie CD, jak i w wersji… Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu