Wywiady

fot. Dorota Koperska

Artykuł został opublikowany w numerze 3/2016 Jazz Forum

Walk Away: Trzy dekady na topie

Bogdan Chmura


Walk Away – zespół legenda, jedyna polska formacja jazzu nowoczesnego, która przez 30 lat grała bez zawieszania działalności. Szybko zdobyli ogromną popularność, objechali pół świata, współpracowali z najlepszymi – od Urszuli Dudziak po Mike’a Sterna i Billa Evansa, nagrali 11 albumów. Po trzech dekadach nie spuszczają z tonu, grają z taką samą pasją i energią; w ankiecie Jazz Top 2015 Walk Away został uznany za najlepszy w Polsce zespół elektryczny.

O historii i muzyce grupy rozmawiam z jej „ojcem założycielem” i szefem Krzysztofem Zawadzkim:

JAZZ FORUM Pozostajesz w „stałym związku” od 30 lat. Jak się z tym czujesz?

KRZYSZTOF ZAWADZKI: Stabilnie. (śmiech) Przez 12 lat graliśmy w niezmienionym składzie, później zespół ewoluował, następowały – jak to bywa w związkach – różne turbulencje, ale wytrwaliśmy, nasze uczucie nie wygasło.

JF: W jednym z leksykonów przeczytałem, że Walk Away powstał w 1983, a jego skład był następujący: Piotr Adamski, Zbigniew Brzyszcz, Andrzej Cudzich, Jarosław Zawadzki i Ty jako lider. Pozostałe źródła podają rok 1985 i zupełnie inny skład. Jak było naprawdę?

KZ: Pierwsza wersja zespołu powstała faktycznie w 1983 i trwała bardzo krótko, bodaj 3-4 miesiące. Graliśmy wtedy jazz akustyczny, trochę w stylu Adderleya. Niestety, mój brat i Zbyszek Brzyszcz wyjechali za granicę, więc grupa się rozpadła.

JF: Jednak nazwa pozostała.

KZ: Tak, ale muzyka, którą zaczęliśmy grać w nowym składzie była totalnie różna od tamtej.

JF: Kto wymyślił tę nazwę?

KZ: W zasadzie ja, trochę przez przypadek. Jechałem z Katowic do Krakowa, by zgłosić zespół na Jazz Juniors, ale wciąż nie wiedziałem, jak nazywa się moja formacja. Siedziałem w tym pociągu i ostro główkowałem, bo za godzinę musiałem się stawić w Rotundzie i podać konkrety. Miałem ze sobą „Magazyn Muzyczny” – chyba tak się nazywała ta gazeta – zacząłem go wertować i nagle zobaczyłem, że w dyskografii Black Sabbath jeden z utworów nosi tytuł Walk Away. Wiedziałem, że to jest to!

JF: Co sprawiło, że do wspólnego grania zaprosiłeś właśnie Adama Wendta, Bernarda Maselego, Zbigniewa Jakubka i Jacka Niedzielę – fakt, że studiowaliście na tej samej uczelni i mieszkaliście w jednym akademiku nie musiał o niczym przesądzać.

KZ: Kiedy zakładałem zespół, miałem bardzo wyraźną koncepcję muzyki, stylu i skomponowane utwory, więc poszukiwałem ludzi, którzy myślą i czują podobnie. Na uczelni było mnóstwo świetnych muzyków, ale mnie zależało na tym, by w zespole panowała jednorodna chemia. To było dla mnie nawet ważniejsze niż umiejętności warsztatowe. Połączyła nas też wielka miłość do grupy Steps Ahead. To poniekąd tłumaczy skład zespołu, np. obecność wibrafonisty.

JF: Jak to możliwe, że zaledwie po trzech miesiącach byliście gotowi na podbój świata?

KZ: Zaczęliśmy próby w końcu lutego 1985, a już na początku maja pojechaliśmy na Jazz nad Odrą do Wrocławia, gdzie wygraliśmy konkurs. Nasza forma nie wzięła się znikąd – przez cały ten okres ćwiczyliśmy dzień w dzień po sześć godzin. Nawet raz, kiedy leżałem w łóżku z czterdziestostopniową gorączką, zaprosiłem kolegów do pokoju i oznajmiłem im: „Panowie, do roboty, nie ma zmiłuj”.

JF: Jaki repertuar wtedy graliście, kto komponował, kto aranżował?

KZ: Na początku ja napisałem cztery utwory, później Zbyszek Jakubek dołożył coś od siebie. Z czasem zaczęli pisać Adam Wendt i Benek Maseli. Każdy z nich przychodził z jakimś pomysłem, ale ostateczne wersje kawałków powstawały na próbach. Graliśmy i dyskutowaliśmy – może poprawmy to, może dodajmy tamto, tak więc ten szlif aranżacyjny był efektem pracy kolektywnej.

JF: Byłeś liderem, ale też najstarszym i najbardziej doświadczonym muzykiem.

KZ: Dzieliła nas różnica trzech lat – wtedy to była przepaść, dziś nie ma to żadnego znaczenia. Rzeczywiście, sporo wcześniej grałem i to ze świetnymi muzykami. Będąc uczniem Średniej Szkoły Muzycznej w Warszawie zostałem zaproszony do współpracy przez Krzysztofa Sadowskiego. Usłyszał mnie chyba w ćwiczeniówce, spodobało mu się, więc spytał: „Nie pogralibyśmy razem?”. Miałem niecałe 17 lat! No i wylądowałem w zespole, w którym był Tomek Szukalski, Sadowski i św. pamięci Andrzej Mazurkiewicz, znakomity, choć dziś już trochę zapomniany trębacz. W tym czasie, a był to bodaj rok 1981, zagraliśmy masę koncertów, m.in. na uczelniach, gdzie strajkowali studenci.

Potem Krzysiek Sadowski załapał kontrakt na statek, ale przed wyjazdem zarekomendował mnie Januszowi Muniakowi, który akurat szukał perkusisty. I tak rozpoczęła się moja współpraca z Jasiem, która trwała do 1985. Wtedy studiowałem w Katowicach, ale mieszkałem w Krakowie, bo grałem na zmianę z Muniakiem i After Action Satisfaction Wojtka Groborza. Tak więc na studiowanie nie było za wiele czasu. (śmiech) Z Muniakiem nagraliśmy m.in. jego album „Placebo”. Słuchałem ostatnio tej płyty, jest rewelacyjna. Praca z Jasiem to była jedna wielka przygoda, obfitująca w masę różnych anegdotycznych sytuacji. Pamiętam, jak wybieraliśmy się na trasę do Niemiec, a Muniakowi akurat skradziono saksofon, więc pożyczył alt i grał na nim na koncertach. Pewnego wieczoru mieliśmy występ w jakimś małym miasteczku. Przyszło pełno ludzi i ktoś do nich powiedział, że ten facet z altem jest w zasadzie tenorzystą, tyle że nie ma swojego instrumentu, bo mu go ukradli. Nagle jakiś koleś z widowni wstał i wyszedł. My gramy, a on po 15 minutach wraca z tenorem pod pachą i wręcza go Jasiowi mówiąc: „Leży u mnie w domu i się kurzy, ja nie gram, więc daję ci go w prezencie”. No i Muniak do końca koncertu grał już na tym tenorze.

Przypomniała mi się jeszcze jedna historia z kategorii „zaginione perełki”. Nagrywaliśmy z Muniakiem, Cudzichem i Puszkiem materiał dla radiowej „Jedynki”. Zarejestrowaliśmy go na setkę na wąskiej taśmie. To była fajna sesja, tyle tylko, że tę taśmę ktoś położył nie tam, gdzie trzeba, przyszedł następny artysta i nagrał na niej swoje dzieła, kasując nasze. Jako rekompensatę dostaliśmy kilka sesji, by nagrać wszystko jeszcze raz. Nie pamiętam, kto wpadł na pomysł, by zaprosić „Szakala”.

Z tym kwintetem zrobiliśmy genialne rzeczy. Co się z nimi stało – nie wiem, wierzę tylko, że nie zostały skasowane. Miałem te nagrania przekopiowane na zwykłą kasetę, wziąłem ją do Katowic, puszczałem kolegom, byli zachwyceni. Później ta taśma gdzieś mi wsiąkła – jak to w akademiku, ktoś zobaczył, pożyczył, nie oddał. Po roku odnalazła się w pokoju Maćka Sikały i Grzesia Nagórskiego. Idę tam, a oni spisują solówki z tych nagrań, sądząc że to jakiś amerykański zespół. Jakież było ich zdumienie, gdy im powiedziałem, że to Muniak z „Szakalem”. (śmiech) Warto by poszperać w radiowych archiwach, bo te nagrania były świetne. I cenne – wszak trójka bohaterów tamtej sesji już odeszła, a teraz żegnamy Jasia Muniaka… (wywiad został przeprowadzony 5 lutego w Krakowie)

JF: Wróćmy do Walk Away. 1985 to był jakiś blitzkrieg. Prawie z niebytu wskoczyliście na szczyt – zespół wygrał wszystkie znaczące konkursy, wystąpił na Jamboree, zagrał masę koncertów, znalazł się na I miejscu Jazz Topu w kategorii Nowa Nadzieja.

KZ: Szliśmy jak walec. (śmiech) Najpierw Jazz nad Odrą, później Jazz Jantar (w tamtych czasach ten festiwal był połączony z konkursem na kompozycję, dostałem chyba II nagrodę), potem Pomorska Jesień Jazzowa i Klucz do Kariery, a w końcu Jamboree – wyhaczyliśmy wszystko, co się dało.

JF: Sodóweczka nie uderzyła?

KZ: Nie. Wszystko działo się zbyt szybko. Po ogłoszeniu wyników konkursu Jazzu nad Odrą Tomek Tłuczkiewicz wręczył nam nagrodę i kopertę z pieniędzmi. Zagraliśmy koncert, spakowaliśmy graty, wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic – hotelu dla nas nie było, takie czasy. Jakieś 20 kilometrów za Wrocławiem mówię do chłopaków: „Panowie, ja pier…, zostawiłem kopertę z kasą przy bębnach, wracamy”. Leżała tam, gdzie powinna, nikt jej nie tknął. A kiedy mieliśmy znów wsiąść do auta, nagle ochłonęliśmy, spojrzeliśmy na siebie i dopiero wtedy dotarło do nas, że jesteśmy laureatami. Na sodóweczkę po prostu nie było czasu.

Częścią nagrody we Wrocławiu była też sesja nagraniowa dla Programu III. Pieniądze to pryszcz, dla nas liczyła się sesja. Wtedy nie było łatwo dostać się do studia. Niestety, organizatorzy nigdy nie wywiązali się z tego zobowiązania. Na tym festiwalu nagrodę dla najlepszego solisty zdobył Benek Maseli. Do tej pory nie otrzymał przysługującej mu gratyfikacji finansowej, o co do dziś mam pretensje do szefa imprezy. Sprawa się pewnie przedawniła – minęło 30 lat, ale niesmak pozostał.

JF: W 1986 nagraliście debiutancki krążek „Penelopa”.

KZ: „Penelopa” została nagrana da niemieckiej wytwórni Emscherland. Przyjechał jakiś koleś mercedesem, w środku było studio, on wypuścił z auta kabelki do wynajętej sali w Teatrze Wielkim, my graliśmy, a facet siedział w samochodzie – szok. W ten sposób nagrał kilka innych płyt, na pewno „Szakala” z Dutkiewiczem.

JF: Wkrótce nastąpił pierwszy „rozłam” w zespole – odszedł Jacek Niedziela, zastąpił go Zbigniew Wrombel. W ogóle najczęściej zmieniali się basiści. Z czego to wynikało?

KZ: Nie mam pojęcia. Jacek odszedł do Namysłowskiego. I trudno się dziwić – był studentem, a dostał propozycję od wielkiego artysty. Na szybko wzięliśmy Zbyszka Wrombla, ale on po roku złapał kontrakt na statek, więc znów trzeba było kogoś znaleźć. Po Wromblu był Paweł Mąciwoda, po nim Marek Błaszczyk i w końcu Tomek Grabowy, który gra z nami do dziś. Przez zespół przewinął się też Zbyszek Wegehaupt i jeszcze paru innych. To była zupełnie inna sytuacja niż dziś, kiedy na rynku jest masa muzyków i każdy z nich gra rewelacyjnie.



Walk Away 1986 i 2016


JF: W 1989 powstał album „Walk Away”.

KZ: Płyta została nagrana w studiu ITC Waltera Chełstowskiego. Na jednej stronie (analog!) grał Jacek Niedziela, na drugiej Zbyszek Wrombel.

JF: Od 1988 do 1995 współpracowaliście z Urszulą Dudziak.

KZ: Graliśmy z Ulą po 25 koncertów w miesiącu, nie mieliśmy czasu, żeby wpaść na chwilę do domu. Albumów z Ulą było chyba sześć. Oprócz „Magic Lady” nagraliśmy jeszcze m.in. „Saturation” i „Walk Away Live”, który był zapisem naszego wspólnego koncertu na Jamboree.

JF: Zespół zaczął robić furorę w Europie. Graliście supporty przed koncertami Milesa.

KZ: Ula miała swoją agentkę w Niemczech imieniem Gabi, która prowadziła firmę Gabriele Kleinschmidt Promotions. W swojej stajni miała Milesa i całą górną półkę Amerykanów. A ponieważ Gabi „robiła” i Milesa, i Ulę, nic nie stało na przeszkodzie, be zorganizować nam te supporty. To było dla nas niezwykłe wyróżnienie - wiele zespołów płaciło za możliwość grania przed Milesem. My odwrotnie - zarabialiśmy na tych występach. I to bardzo przyzwoite pieniądze.

JF: Jak przyjmowała was publiczność, która przychodziła „na Davisa”?

KZ: Bardzo dobrze. Pamiętam koncert chyba we Freiburgu. Mieliśmy grać przed Milesem w sali na kilka tysięcy osób. Scena została podzielona na dwie części. Ta wyższa (i większa) była przeznaczona dla niego. My wylądowaliśmy piętro niżej i mieliśmy zupełnie inną, dość przeciętną aparaturkę. Czyli dla Milesa wszystko, a dla nas jakiś box i słabe głośniczki. Menago Milesa przyszedł do mnie i mówi: „Macie 40 minut i ani sekundy więcej”. Gramy, a po dwóch utworach publiczność wstaje z miejsc, zaczyna się jakiś obłęd, marynary w górę itd. Menago stoi za kulisą mocno skonsternowany i pokazuje mi, żeby natychmiast kończyć – jak mamy czelność robić takie rzeczy przed koncertem Milesa! A ja spokojnie pokazuję mu zegarek – zaraz, zaraz, kolego, mamy jeszcze czas. Udało nam się skończyć dosłownie w ostatniej minucie.

JF: Kiedyś Benek Maseli opowiadał mi, że spotkał Milesa w drodze do garderoby, a ten przeszył go groźnym spojrzeniem. Było więcej takich sytuacji?

KZ: Tego akurat nie kojarzę, ale właśnie po koncercie we Freiburgu Miles – co raczej mu się nie zdarzało – zaprosił nas do garderoby na wspólne zdjęcie.

JF: Niewiarygodne!

KZ: Ale my przyjęliśmy to spokojnie. Najpierw poszliśmy coś zjeść, jakieś pogawędki, piwko. Nagle ktoś się ocknął: „Panowie, Miles czeka!” Więc rzuciliśmy się pędem w kierunku jego garderoby, a tam już „po herbacie”, nikogo nie ma, sprzęt spakowany – dramat, totalna plama! Łudziliśmy się jeszcze, że może Miles pojechał gdzieś na kolację, więc wsiedliśmy w auta i zaczęliśmy go szukać po knajpach, hotelach… Kiedy to dziś opowiadam Amerykanom, pukają się w głowę. Cóż, byliśmy wtedy szczeniakami.

JF: W I połowie lat 90. współpracowaliście z różnymi muzykami – na płycie „Help Yourself” pojawił się Grzegorz Skawiński, w 1993 graliście na Jamboree z Ewą Bem, a w 1995 z Frankiem Gambale.

KZ: No tak, próbowaliśmy różnych konfiguracji. Z Ewą Bem graliśmy na Jamboree i wyszło bardzo ok. Z kolei Frank przyjechał na Jamboree na jeden koncert, żeby zagrać z nami. Jego samolot się spóźnił, była obsuwa czasowa, więc wszedł na scenę bez próby. Zagrał ten koncert dosłownie z marszu.

JF: Pierwszą dekadę działalności Walk Away podsumował albumem „F/X”, a w nagraniu wzięły udział światowe gwiazdy.

KZ: Nagrywaliśmy tę płytę podczas Warsaw Summer Jazz Days. Na tym festiwalu grał Eric Marienthal ze swoim zespołem. Więc pomyślałem, że pójdę i pogadam z nim. Mówię do niego: Słuchaj, właśnie pracujemy nad płytą, nie zagrałbyś z nami? On zaczął pytać, a kto, a co, pokaż mi jakieś nagrania – po prostu nie chciał się zgodzić w ciemno. Więc pokazałem mu płyty, opowiedziałem, co robimy i w końcu przystał na naszą propozycję. Następnego dnia pojawił się w studiu. Miał zagrać w trzech lub czterech utworach. Zajęło mu to mniej niż pół godziny – geniusz! Nagrał jeden kawałek – rewelacja. Chcę robić następny, a on na to, że musi poprawić. Po co? – pytam. „Bo będzie lepiej”. Nagrał drugą wersję, i ta była już po prostu genialna. A on dalej swoje: „Nie, nie, to jeszcze nie to”. No i ta ostatnia to był kosmos! Kiedyś Piasek Piaseczny, wielki fan Marienthala, zaprosił go do nagrania paru utworów na swoją płytę. Jechaliśmy z Erikiem z Bielska do Warszawy, pędząc na złamanie karku, bo sesja miała się zacząć o 14:00. Dotarliśmy do studia pięć przed drugą. Zimny saksofon, trzeba było go rozgrzać, bo nie stroił. Kwadrans po drugiej było po sesji, Eric nagrał wszystkie kawałki, których nawet nie znał. Nigdy nie spotkałem kogoś takiego. No, może poza Mikiem Sternem. Kiedy nagrywaliśmy „FX”, Mike poprosił tylko, byśmy puścili mu podkład i od razu zaczął grać. Dobrze, że akustyk zdążył włączyć sprzęt. Potem wziął się za następny kawałek i od razu było super. Ten facet ma jakieś radary na uszach, potrafi przewidzieć to, co się wydarzy w muzyce. Wkrótce pojechaliśmy w trasę jubileuszową z nim i Dave’em Fiuczyńskim.

JF: W 1996 odeszli Maseli i Jakubek – Walk Away zaczął działać jako kwartet z Januszem Skowronem na klawiszach.

KZ: Graliśmy razem przez cztery lata. Do tego składu zapraszaliśmy mnóstwo gości. Przyjechał Dean Brown, Bill Evans, powstały płyty „Night Life” z Randym Breckerem i „Changes”. Współpraca z tymi artystami miała duży wpływ na muzykę zespołu i styl pracy, w naszych głowach otworzyły się nowe klapki.

JF: U progu nowego tysiąclecia także sporo się działo – w roku 2000 powstał „Double Walk”, znów spotkaliście się z Marienthalem i Brownem.

KZ: Część utworów na tej płycie grał (live) Marienthal, Brown i Skowron, a część Benek i Adam Wendt – ich numery zostały nagrane w studiu. Adam był z nami niby przez cały czas, ale zdarzało się, że jego miejsce zajmował Bill Evans. W 2004 nagraliśmy album „Zariba”, gdzie obaj mieli swoje wejścia. Na tej płycie pojawił się też Steve Logan. To był moment, kiedy Adam wrócił do nas na stałe. I tak Walk Away znów grał w pierwotnym składzie, który nie zmienił się do dziś.

JF: Mam przed sobą wasz najnowszy album „The Best Of Walk Away”. Pięknie wydany, a w środku aż trzy CD.

KZ: Trzy dekady – trzy CD, to chyba oczywiste. Utwory są ułożone chronologicznie. Przez miesiąc siedziałem, by wybrać odpowiednie kawałki. Najbardziej zależało mi na tym, by znaleźli się tam wszyscy wykonawcy, którzy z nami grali. Ten album przygotowaliśmy także z myślą o trasie ju­bi­leuszowej. Niedawno dobiegła końca, zagraliśmy 30 koncertów w całej Polsce.

JF: Wciąż jesteście piękni i młodzi, pełni energii, pomysłów. Skąd ta moc?

KZ: I tu możemy spokojnie wrócić do pytania, które padło na początku rozmowy – dlaczego wybrałem takich, a nie innych muzyków. Szukałem ich właśnie pod kątem energii. Trafiłem idealnie, ta energia przetrwała do dziś. Teraz na koncertach, już po pierwszym utworze, czujemy, że ludzie łapią tę energię, że ona ich rozgrzewa. Kiedyś po występie podszedł do nas Paweł Brodowski i powiedział: „Dziś macie jeszcze większego kopa niż 30 lat temu”. To chyba wynika też stąd, że grając, zawsze pamiętamy o tym, iż fani, niezależnie od wieku, potrzebują prostego, naładowanego energią komunikatu, że nasza muzyka powinna działać przede wszystkim na emocje.



Zobacz również

Kuba Więcek: another raindrop

Urodzony w Rybniku 21 października 1994 roku saksofonista i kompozytor Kuba Więcek jest chyba… Więcej >>>

Wacław Zimpel: Wystarczy mi samo free, nie muszę…

Artysta nietuzinkowy o wielu twarzach muzycznych, uwielbia eksperymentować, odkrywać, kreować. Więcej >>>

Joachim Kuhn: ucieczka do wolności

Niemiecki wirtuoz fortepianu jest legendą jazzu europejskiego, jednym z pierwszych muzyków, którzy w tej części świata… Więcej >>>

Piotr Lemańczyk: otwieranie drzwi

Głównym powodem naszego spotkania i rozmowy jest wydanie – i to zarówno w formacie CD, jak i w wersji… Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu