Festiwale

fot. Filip Błażejowski

Opublikowano w JAZZ FORUM 9/2016

Warsaw Summer Days 2016

Maciej Krawiec i Barnaba Siegel


Mało który z rodzimych festiwali jest w stanie zaprosić taką ilość gwiazd światowego jazzu. Tegorocznej edycji Warsaw Summer Jazz Days, która odbywała się na scenie Soho Factory w dn. 7-10 lipca, towarzyszyły szczególne okoliczności – finałowa faza Mistrzostw Europy w piłce nożnej oraz szczytu NATO, który miał miejsce na pobliskim Stadionie Narodowym. Tłumnie odwiedzająca festiwal publiczność przedłożyła jednak miłość do jazzu ponad emocje sportowe, niestraszne okazały się utrudnienia komunikacyjne. 

Koncerty pierwszych dwóch dni recenzuje Maciej Krawiec, pozostałe – Barnaba Siegel.

Dzień I

Festiwal otworzyło trio pianisty Torda Gustavsena w składzie z niemiecko-afgańską wokalistką Simin Tander i perkusistą Jarle Vespestadem. Wykonali materiał ze swojej najnowszej płyty „What Was Said”, na której interpretują dawne norweskie hymny religijne.



fot. Filip Błażejowski


Jako że Gustavsen i Vespestad współpracują ze sobą od kilkunastu lat, ich muzykowanie stanowi już rozpoznawalną markę. Cechuje je subtelny groove, aura zamyślenia i dyskretna przebojowość. Ze względu na brak kontrabasu, do horyzontu brzmień dodana została elektronika. Gustavsen grał nie tylko na fortepianie, ale i na keyboardzie, zaś perkusyjne dźwięki Vespestada były wzmocnione basowym podbiciem oraz innymi syntetycznymi efektami. Eteryczna cudowność ich akustycznej muzyki prawie całkowicie się ulotniła. Z kolei Tander, silna i intrygująca wokalistka, przydawała występowi orientalnej zagadkowości (śpiewała nie tylko po angielsku, ale także w języku paszto) i swoistej, chłodnej zmysłowości.

Również kolejny zespół ma na koncie wydaną niedawno płytę w wytwórni ECM – to Ethics kontrabasisty Michela Benity. Obok lidera zagrali: Yoann Loustalot na trąbce, Nguyên Lê na gitarze, Mieko Miyazaki na koto oraz Philippe Garcia na perkusji. Ten kwintet zaprezentował repertuar z albumu „River Silver”, w którym dominowały zgrabne, przystępne melodie, ujęte w przejrzyste i przewidywalne formy. Przyjazna dla ucha, lekka muzyka kwintetu dla słuchaczy żądnych silniejszych wrażeń mogła wydawać się mdła, ale na uwagę zasługiwały sekwencje duetowe Benity z Miyazaki oraz Loustalotem. Najsłabszym ogniwem zespołu, pomimo efektownego brzmienia, był Lê – nie zdążył, zdaje się, w pełni opanować materiału (na płycie grał Eivind Aarset) i raz po raz się gubił.



fot. Filip Błażejowski


Na zakończenie pierwszego dnia wystąpił trębacz Piotr Wojtasik ze specjalnym projektem „Tribute to Akwarium”, w którym towarzyszyła mu dziewiątka muzyków. Wśród nich znaleźli się m.in. Dominik Wania na fortepianie, Marek Kądziela na gitarze oraz Michał Barański na kontrabasie i gitarze basowej. Wykonane zostały przez nich nowe kompozycje lidera, przygotowane z myślą o uhonorowaniu legendarnego klubu.

Początek koncertu był obiecujący: kolektywne, mięsiste granie free, z nerwem. Z gąszczu dźwięków wkrótce zaczęły wyłaniać się efektowne motywy czteroosobowej grupy dęciaków. Ze sceny emanowała ogromna wprost energia, istny szał, gwałtowna siła, woodstockowa wolność. Z czasem muzyka nabrała jazzrockowego pulsu, który mógł kojarzyć się ze składem Milesa Davisa z Bobem Bergiem i Johnem Scofieldem. Szybko jednak okazało się, że zespół jest niezgrany. Na szczęście klasę pokazała trójka wymienionych muzyków.

Dzień II

Po „europejskim” wieczorze, który otwierał festiwal, następny przyniósł koncerty zespołów amerykańskich. Na początek zagościł oktet Steve’a Lehmana – saksofonisty, którego przed dwoma laty mieliśmy okazję słuchać na Warsaw Summer Jazz Days w składzie Liberty’ego Ellmana. 



fot. Filip Błażejowski


Tym razem przyjechał z własną grupą, z którą zaprezentował solidnie przemyślaną muzykę o złożonej, wyrafinowanej strukturze. Kolejne utwory stanowiły drobiazgowo skomponowane całości, z maestrią zaaranżowane. W ich ramach artyści mieli pole do improwizacji, choć sekwencje te wynikały z koncepcji lidera, a nie ze spontanicznej potrzeby chwili. Sztuka Lehmana naznaczona jest osobistym intelektualizmem i poważnym podejściem do dramaturgicznej formy, ale nie należy do propozycji hermetycznych – kompozycje budziły ciekawość, a pomimo ścisłego artystycznego planu, koncert miał w sobie pewną niezobowiązującą swobodę. Choćby w długim solo Lehmana na saksofonie sopranowym, które przerodziło się w oryginalnie brzmiący duet z wibrafonistą Chrisem Dingmanem. Muzykalność i luz szły więc w parze z ambicjami. 

W kwintecie Five Elements saksofonisty Steve’a Colemana obok lidera wystąpili Jonathan Finlayson na trąbce, Miles Okazaki na gitarze, Anthony Tidd na basie i Sean Rickman na perkusji. Zespół Colemana był jak perpetuum mobile – gdy zaczęli grać, wydawało się, że ich niespiesznie meandrująca, budująca napięcie muzyka nie będzie mieć końca. Powoli nabierała intensywności, władana immanentną logiką. Każdy z artystów ma w tym zespole przestrzeń, aby zarówno skutecznie współtworzyć groove’ujący jazz, jak i kreować doskonałe partie solowe. Kompozycje, kolejne improwizacje, praca kolektywu, wreszcie brzmienie – wszystko to było jak z marzeń o perfekcyjnym koncercie, który przenosi słuchacza w inny wymiar. Co ciekawe, znalazło się tam miejsce również na bebopowe nawiązania. 

Po tych ekscytujących przeżyciach nadszedł czas na finał wieczoru. Kwartet puzonisty Robina Eubanksa, w którego składzie znaleźli się keyboardzista Orrin Evans, basista Boris Kozlov i perkusista E.J. Strickland, dał ludyczny koncert w estetyce fusion. Eubanks i spółka to muzycy wysokiej klasy, sprawni technicznie i biegli w konwencji jazzu elektrycznego, ale temu, co mieli do zaoferowania, brakowało myśli, natchnienia i dobrego gustu. Ucierpiał na przykład Kashmir z repertuaru Led Zeppelin. I choć instrumentalne popisy kwartetu, owszem, mogły robić wrażenie, to co z tego, skoro kaskady dźwięków pozbawione były wdzięku i artystycznego sensu? 

Maciej Krawiec


Dzień III

Ten wieczór rozpoczął się od koncertu formacji Marc Ribot & The Young Philadelphians, który nie tylko dla mnie był największym wydarzeniem całego festiwalu. Co tym razem zaproponował amerykański gitarzysta? Coś, co wywołało ekstazę u jednych, a u drugich zakłopotanie. Elektryczny zespół z dwoma gitarami wiodącymi oraz sekcją smyczkową, zaprezentował... klasykę muzyki disco, funk i rhythm’n’blues wprost ze środka lat 70. 

Marc Ribot to tytan gitary, mający za sobą lata grania z najbarwniejszymi postaciami świata muzyki (John Zorn, Lounge Lizards, Tom Waits), może zagrać wszystko. Teraz z ogromną mocą odtworzył taneczne hity sprzed 40 lat. Utwory Love Rollercoaster amerykańskiej legendy The Ohio Players czy Fly, Robin Fly grupy The Silver Con­vention z jednej strony w ogóle nie straciły swojej dyskotekowej pulsacji, z drugiej nastawione były na instrumentalne popisy lidera oraz towarzy­szących mu muzyków. Mary Halvorson - gitara, Jamaaladeen Tacuma - gitara basowa i Grant Calvin Weston - perkusja nie omieszkali wnieść odrobinę komplikacji, szorstkości i garażowego czadu, tak oddalonego od studyjnej perfekcji mistrzów od produkcji hitów z Filadelfii. „Garażowość” przedsięwzięcia podkreślał wręcz anty-soulowy głos lidera, a awangardowości dodawały nie tylko solówki gitarzystów, ale i zaskakujące, atonalne wstawki smyczkowego tria (Max Haft, Sabome Ajrendt - skrzypce, Nathan Bontrager - wiolonczela). 

Kolejny koncert pozwolił ostudzić taneczne emocje. Po 33 latach ponownie w Warszawie wraz z triem Odyssey pojawił się amerykański gitarzysta James „Blood” Ulmer. Zespół wyposażony w gitarę, skrzypce (Charles Burnham) i perkusję (Warren Benbow) początkowo fascynował swoim konceptem, stylistyczną przeplatanką jazzu, bluesa, country, bluegrassu i przeróżnych etnicznych akcentów. Było pięknie, gdy pojawiał się surowy wokal, ale z upływem czasu magia ulatywała, muzycy zapętlali się w improwizacjach przypominających wyświechtane już struktury z początku istnienia tego zespołu.



fot. Filip Błażejowski


Ostatni akt tego wieczoru to John Medeski’s Mad Skillet: lider na organach i fortepianie, Will Berendt na gitarze, Kirk Joseph na suzafonie i Terence Higgins na perkusji. Założony rok temu kolektyw nie odbiegał daleko od formacji Medeski/Martin/Woods, ale instrumentarium i brzmienie to już inna bajka.. 

Medeski ponownie serwuje potężne, pozbawione barier granie, przy czym jego celem nie jest szokowanie czy prezentowanie zawiłych struktur, a dynamiczna gra, która jest zabawą zarówno dla muzyków, jak i słuchaczy. Plan udał się w 100 procentach. Ogniste brzmienie organów Hammonda, rockowa wręcz gra bebnów, basowy dźwięk suzafonu, wzmocniony dodatkowymi efektami (niczym u Robina Eubanksa dzień wcześniej) oraz płynnie przechodząca pomiędzy światem jazzu i rocka gitara napełniły halę Soho Factory pozytywną energią. 

Dzień IV

Finałowy wieczór połączył z jednej strony koncerty mistrzów gitary, a z drugiej występy dwóch młodych polskich zespołów. Krajową scenę reprezentowały dwie formacje. O koncert Kwartetu Mateusza Pliniewicza (lider - skrzypce, Nikola Kołodziejczyk - fortepian, laptop; Marcin Jadach - kontrabas, Szymon Madej - perkusja) odrobinę się bałem, bo ich niedawny występ w Studiu Polskiego Radia mnie nie zachwycił. Teraz, w skondensowanym secie „dłużyzny” zamieniły się w psy­chodeliczne motywy, a pomiędzy nimi królował liryzm – i to zupełnie inaczej brzmiący niż w „skandynawskiej” grupie Adama Bałdycha. 

Ciekawy skład miał również Forest Tuner, który ucieka od konwencjonalnych sposobów budowania ekspresji (Mateusz Sobiechowski - fortepian, Adam Tadel - kontrabas, Piotr Budniak - perkusja, Szymon Białorucki - puzon). 



fot. Filip Błażejowski


Reszta wieczoru należała już do zagranicznych gości. Już same nazwiska gitarowego tria Ralph Towner, Slava Grigoryan, Wolfgang Muthspiel sygnalizowały, że nie będzie to granie w stylu „Friday Night In San Francisco”. Mimo wszystko byłem nieco rozczarowany. Muzycy wykonywali poszczególne utwory w różnych konfiguracjach: solo, w duetach i w trio. Niektóre z nich były zachwycające (Towner!), ale były też sekwencje pozbawione polotu.

Set ostatni wypełniła grupa 4th Dimension największej gwiazdy festiwalu – gitarzysty Johna McLaughlina (Gary Husband - instr. klawiszowe, perkusja; Ranjit Barot - perkusja, Etienne M’Bappe - gitara basowa). Z tym składem brytyjski mistrz gitary gra już od 10 lat, zdążył zarejestrować kilka albumów koncertowych i studyjnych – najnowszy krążek „Black Light” ukazał się jesienią zeszłego roku. Na scenie SOHO usłyszeć można było całe spektrum muzyki ostatniej dekady, zaś na finał zabrzmiał przepiękny utwór z repertuaru Mahavishnu Orchestra – You Know, You Know. McLaughlin ponownie jest na fali i za plecami ma genialnie współpracujących partnerów (dodatkowe brawa dla Husbanda za kursowanie między syntezatorami a zestawem perkusyjnym!).

Organizowany przez Mariusza Adamiaka festiwal obchodził w tym roku jubileusz 25-lecia – życzymy co najmniej drugie tyle!

Barnaba Siegel



Zobacz również

Jazz & Literatura 2017

Trzecia edycja śląskiego festiwalu odbyła się w dn. 6 - 15 października. Więcej >>>

Ad Libitum 2016

11. edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej odbyła się w Warszawie w dn. 19… Więcej >>>

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

Jamie Cullum: Finał Zadymki

Finał Zadymki miał miejsce w sali koncertowej NOSPR w Katowicach.  Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu