Wywiady
Witold Zińczuk
fot. Piotr Gruchała

Artykuł został opublikowany w numerze 3/2014 Jazz Forum.

Wheels of For Tune

Marek Romański


W ciągu pół roku wydali 24 płyty z muzyką oryginalną, tworzoną przez kreatywnych, niekonwencjonalnych, najczęściej polskich artystów. W planach mają następnych 36 płyt. Takiego tempa nie ma chyba żadna niezależna wytwórnia na świecie – tym bardziej, że mowa tu o muzyce improwizowanej, współczesnej, a czasem w ogóle wykraczającej poza istniejące gatunki czy style.

Firma For Tune założona i kierowana przez trzech entuzjastów-idealistów Witolda Zińczuka, Jarosława PolitaRyszarda Wojciula to ewenement w sytuacji ogólnego upadku przemysłu fonograficznego. Wszyscy jednak zgodnie podkreślają, że nie interesuje ich walka z wiatrakami – chcą funkcjonować na zdrowych zasadach ekonomicznych.

O historii firmy, aktualnej działalności i bogatych planach opowiadają jej trzej muszkieterowie w przytulnej siedzibie na warszawskiej Pradze-Południe.

WITOLD ZIŃCZUK: Wystartowaliśmy kierując się analizą sytuacji rynkowej w naszym kraju. Jarek Polit twierdził, że istnieje u nas coś takiego jak „podziemie jazzowe” – czyli grupa wykonawców, którzy artystycznie sięgają nieba, ale nie mają szansy publikowania swojej muzyki na płytach. Ostateczny impuls pojawił się, gdy usłyszeliśmy znakomity koncert kilkunastu muzyków składających się na kolektyw Power Of The Horns Piotra Damasiewicza. To było coś niesamowitego – w małej przestrzeni klubu Szpulka w Warszawie rozbrzmiały dźwięki o takiej intensywności, że niemal wciągały ludzi z ulicy. Wtedy padł pomysł, żeby stworzyć przedsięwzięcie o charakterze fonograficznym, które miałoby na celu kreację naszych własnych pomysłów, a jednocześnie utrwalanie interesujących, niekoniecznie komercyjnych projektów. Uświadomiliśmy sobie, że z nielicznymi wyjątkami właściwie nie mamy firmy, która zajmuje się kompleksowo sferą jazzu.

Naszą pierwszą realizacją był zapis koncertu Power Of The Horns z katowickiego Gugalandera, w ramach festiwalu Jazzart. Zrobiliśmy to od razu w formie audio i wideo. Wyszła z tego płyta z katalogowym numerem pierwszym, i tak to się zaczęło.

JF: Katalog jest bogaty, większość nagrań skierowana raczej do koneserów muzyki improwizowanej, czy to się może opłacić?

WZ: Chcemy, żeby jednak to przedsięwzięcie było dochodowe. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że nie ma co liczyć na wielkie zyski, ale zależy nam, żeby wpływy przekraczały nakłady. Zacznijmy od tego, że życzylibyśmy sobie, żeby słuchacze kupowali nasze płyty, a nie zaspokajali się ich nielegalnym ściąganiem z internetowych portali. Niedawno Jarek wyśledził całą grupę internetowych oszustów, którzy próbują rozprowadzać nasze albumy w formie plików, razem z poligrafią.

Reasumując – nie jesteśmy naiwni, wiemy o wszystkich ograniczeniach rynku, spadającej sprzedaży płyt, konkurencji Internetu, o tym, że nie jest to muzyka, która może zainteresować masowego słuchacza. Zdajemy sobie sprawę z biznesowej ryzykowności tej branży, ale uważamy, że zwyczajnie, możemy wyjść na swoje. Poza tym – jeśli nikt się tego nie podejmie, to będziemy mieli samospełniającą się przepowiednię o upadku rodzimej kultury, a tego chyba nikt z nas nie chce?


Ryszard Wojciul
fot. Magda Błaszczyk


JF: Jak wygląda sprzedaż płyt For Tune?

WZ: Na razie trudno nam to dokładnie określić. Postanowiliśmy najpierw zbudować nasz katalog i poważnie wkroczyliśmy na rynek dopiero w lecie ub.r. – czyli całościowe rozliczenia z dystrybutorami są jeszcze przed nami. Nie otworzyliśmy też jeszcze wielu kanałów sprzedaży, które stopniowo, konsekwentnie planujemy uruchamiać. Mówię tu m.in. o dystrybucji międzynarodowej. Na tym rynku trzeba postępować bardzo ostrożnie, trzeba liczyć każdą złotówkę i ufać, że wynik będzie zadowalający.

JF: Jak przedstawia się aktualnie dystrybucja waszych płyt?

WZ: Mamy trzy kierunki dystrybucji zagranicznej – Europa, Japonia i USA. Nie jest to łatwe – bo wiadomo, że każdy rynek preferuje artystów i firmy, które są w jakiś sposób rozpoznane, mają jakąś renomę – a to wypracowuje się latami. Amerykanie zamawiają przede wszystkim znane nazwiska – Williama Parkera, Anthony’ego Braxtona, Dennisa Gonzaleza. Nawet w przypadku płyt polskich artystów idą jak po sznurku – zamówili Wacława Zimpla ponieważ znają Klausa Kugela, chociaż ostatnio trochę się w tej kwestii zmieniło – bo już sam Zimpel jest tam znany, ukazało się sporo recenzji jego płyt i trafiają się zamówienia tylko pod jego kątem. On zresztą dużo gra poza granicami naszego kraju i jest tam może nawet bardziej rozpoznawalny niż u nas.

JAROSŁAW POLIT: Tu wszystko przebiega dynamicznie – nasza firma buduje sobie stopniowo renomę zagranicą i wzrasta też zaufanie do naszych projektów. My wysyłamy płyty polskich muzyków do zagranicznych dystrybutorów, oni je przesłuchują i, jeśli im się spodobają, to napływają zamówienia. Tak już się dzieje w przypadku zespołów Power Of The Horns, Obara International, czy Hunger Pangs. Czekamy na odzew w sprawie innych projektów – to jest działalność mająca na celu promocję polskiej muzyki na świecie, co powinno być w interesie nas wszystkich.

JF: Czy prasa – nie tylko muzyczna – w jakiś sposób zareagowała na waszą ofertę?

RYSZARD WOJCIUL: No cóż, przesyłamy płyty, dzwonimy, spotykamy się, rozmawiamy. Jakiś tam odzew jest, ale na pewno mógłby być większy. W pewnym sensie sami sobie zgotowaliśmy ten los. W ciągu pół roku wydaliśmy ok. 20 płyt, i kiedy na spotkaniach z dziennikarzami wyjmujemy ten stosik albumów to widzimy na twarzach przerażenie. (śmiech) Słyszymy pytania: „O wszystkim mam napisać?”, „Co z tego wybrać?”.

Podsumowując – wszystkie polskie media zajmujące się jazzem, czy to papierowe, czy elektroniczne, zauważyły nas i zamieściły artykuły o For Tune. Na świecie też jesteśmy już trochę rozpoznawalni. Ukazało się sporo recenzji płyty Wacława Zimpla. W magazynach „Down Beat” i „Wire” jeszcze nas nie było, mamy jednak nadzieję, że i tą barierę przełamiemy. „AllAboutJazz” zrecenzował kilka naszych albumów, także kilka innych, anglojęzycznych portali.

Zauważyłem zresztą dwa równoległe zjawiska dotyczące naszej działalności – jedno to zainteresowanie naszymi płytami, a drugie – to naszą działalnością w ogóle. Dużo większe zaciekawienie mediów, zwłaszcza tych niekoncentrujących się na jazzie, budzi sam fakt prowadzenia tak niekomercyjnej działalności wydawniczej. Jedna z nielicznych naszych płyt, które można usłyszeć w mainstreamowych stacjach radiowych, takich jak Radio ZET czy Radio Pin – to album braci Olesiów i Jorgosa Skoliasa „Sefardix”. Spora w tym zas­ługa Mirona Zajferta, który wydeptał własne ścieżki i wciskał ją wszędzie, gdzie się dało.

JF: W jaki sposób jest podzielony wasz katalog? Bo przecież wydajecie nie tylko jazz.

JP: Na początku, i dotyczy to pierwszych 10 płyt przez nas wydanych, zamierzaliśmy proponować, mniej lub bardziej awangardową, muzykę jazzową. Jednocześnie trwały dyskusje nad charakterem naszej oferty i postanowiliśmy z czasem rozszerzyć formułę o muzykę współczesną, niekonwencjonalny rock, World Music, właściwie o każdy rodzaj muzyki, który nosi znamiona oryginalności i indywidualne piętno twórcy. Dlatego podzieliliśmy katalog kolorami okładek – czerwony oznacza jazz, zielony – World Music, pomarańczowy muzykę współczesną, niebieski – avant pop (na razie dotyczy to tylko jednej płyty, formacji The Ślub), żółty obejmuje muzykę trudną do zaklasyfikowania np. Marcina Maseckiego „dekonstruującego” Scarlattiego.

JF: Wasze projekty graficzne okładek są dosyć charakterystyczne, mi kojarzą się nieco ze szwajcarską firmą Hat Hut. Czy to są pomysły artystów, czy wasza inwencja?

WZ: O te okładki toczą się z artystami często ostre spory, nieraz ostrzejsze niż o muzykę na płycie. Czasami czekamy na propozycję artysty, np. okładka „Sefardix” została zaproponowana przez muzyków, podobnie płyty Zimpla. W wielu innych przypadkach my proponujemy własne pomysły. Priorytetem jest to, żeby projekty wyglądały dobrze i pasowały do ogólnej wizji graficznej naszego wydawnictwa.

JF: W opisie misji waszej firmy jest napisane, że koncentrujecie się na nagraniach live, jak to wygląda w praktyce?

WZ: Tak, naszym zdaniem koncert jest wydarzeniem artystycznym par excellence – czyli mamy wykonawcę i odbiorcę. W związku z tym góruje pod względem przekazywanych emocji nad nagraniem studyjnym. Niestety, nie zawsze jest to również stanowisko artystów, niektórzy z nich w ogóle wykluczają wydawanie koncertów argumentując, że czynnik przypadku w takiej rejestracji jest zbyt wysoki. Dlatego nie jesteśmy bardzo radykalni w tej kwestii, mamy sporo realizacji studyjnych, czasem nawet namawiamy muzyków do wejścia do studia.


Jarek Polit
fot. Wojtek Krzywkowski


JF: Czy materiał, który wydajecie proponują wam artyści, czy też sami aranżujecie projekty muzyczne?

JP: W 90 procentach przypadków to my proponujemy artystom nagranie konkretnych projektów. Kilka dostaliśmy w gotowej formie, np. Dąbrowski/Sorey Duo czy Hunger Pangs. Czasem sami sugerujemy dobór muzyków do kolejnego projektu, tak będzie np. w przypadku duetu Marka Kądzieli i Ksawerego Wójcińskiego. Trzy osoby decydują, jaka muzyka zostanie wydana na płycie. Robimy po prostu burzę mózgów, rozważamy wszystkie za i przeciw, na końcu wydajemy lub odrzucamy materiał.

JF: Czy planujecie też wydawanie płyt winylowych?

WZ: Tak, myślimy o tym. Sądzę, że do końca tego roku uda nam się pokonać wszystkie problemy z tym związane. Na razie nie potrafię powiedzieć, czy wersje winylowe będą miały wszystkie płyty z katalogu, czy tylko wybrane. Być może zrobimy ankietę wśród naszych fanów, jakie płyty chcieliby mieć w formie winylowej.

Planujemy też kolejne wydawnictwa DVD (kilka już mamy w katalogu). Wersje wideo łączą się oczywiście z większymi kosztami produkcji, co wiąże się też z wyższą ceną albumu. Nie zawsze materiał zasługuje na realizację DVD – choćby ze względu na to, że na scenie niewiele się dzieje. Mamy atrakcyjny materiał projektu Orange The Juice, który jest niezwykle frapujący nie tylko od strony dźwiękowej, ale także wizualnej – na pewno wydamy go również w wersji wideo.

JF: Prowadzicie również dystrybucję plików w Internecie?

JP: Tak, mamy swojego dystrybutora, można je sobie ściągnąć za odpowiednią opłatą. Są na serwisach w rodzaju Amazon czy iTunes.

JF: Które płyty For Tune cenicie najwyżej?

WZ: Każdy z nas pewnie ma innych faworytów. Ja bardzo lubię Power Of The Horns, a także Williama Parkera – on zresztą sam reklamuje tę płytę u siebie w kraju, co też o czymś świadczy. Często słucham „Sefardix” Olesiów i Skoliasa.

JP: U mnie to się zmienia, obecnie chyba najlepiej słucha mi się Braxtona.

RW: Ja wymieniłbym Wacława Zimpla i koncert Bester Quartet.

JF: Czy planujecie też animowanie koncertów swoich muzyków, może nawet festiwal For Tune?

RW: Tak, od dłuższego czasu myślimy o własnym festiwalu. Mamy tak licznych i różnorodnych artystów, że jesteśmy w stanie zapewnić bogaty i zróżnicowany program. Pojawiają się zresztą takie propozycje z różnych stron Polski. Oczywiście najtrudniejsze jest w takim przedsięwzięciu znalezienie funduszy, bo ważne jest by festiwal miał odpowiednią – niestety kosztowną – oprawę. Mieliśmy już swój koncert na ostatniej Warszawskiej Jesieni, ale nie jest to nasze ostatnie „festiwalowe” słowo.



Zobacz również

Michał Kulenty: poeta saksofonu

Piękny, uduchowiony wywiad z Michałem Kulentym opublikowany w Jazz Forum 12/2007 Więcej >>>

Janusz Kozłowski: graliśmy naprawdę dobry jazz

Z nieodżałowanym kontrabasistą na łamach JAZZ FORUM rozmawiał Tomasz Szachowski Więcej >>>

Ida Zalewska: Storytelling

Nie tylko o jej autorskiej płycie rozmawia z wokalistką Joanna Wieliczko. Więcej >>>

Toots Thielemans: pomiędzy uśmiechem a łzą

Rozmowa z legendarnym muzykiem była ogromną przyjemnością.  Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu