Festiwale Recenzje
Zbigniew Namysłowski Quintet: Sławek Jaskułke, lider, Paweł Puszczało, Jacek Namysłowski i Grzegorz Grzyb
Jarek Rerych

Recenzję opublikowano w numerze 6/2015 Jazz Forum.

Wiosna Jazzowa Zakopane 2015

Bogdan Chmura


Już po raz dwunasty stolica Tatr gościła czołowych artystów polskiego jazzu i muzyków z Europy. Festiwal Wiosna Jazzowa Zakopane trwał cztery dni, wszystkie koncerty – tak jak przed rokiem – odbywały się w kinie Sokół, dysponującym obszerną salą z dobrą akustyką; w kawiarni hotelu Hyrny kwitło życie jamowe i towarzyskie. Pogoda, jak to bywa pod Tatrami, zmieniała się dość szybko, turystów było jakby trochę mniej niż zwykle o tej porze, natomiast chętnych do słuchania dobrej muzyki nie brakowało ani przez moment.

International Jazz Day

Festiwal wystartował 30 kwietnia, a więc dokładnie w Międzynarodowym Dniu Jazzu. Imprezę otworzył dyrektor Biura Promocji Zakopanego Andrzej Kawecki. Po chwili rolę konferansjera przejął Karol Konarski, który po obszernym „zagajeniu” zapowiedział występ Kwintetu Zbigniewa Namysłowskiego. Jednak zanim popłynęły pierwsze dźwięki, na scenie pojawił się Paweł Brodowski, który przypomniał sylwetkę i zasługi bohatera wieczoru, po czym wręczył mu dyplom laureata ankiety Jazz Top w kategorii „saksofon altowy”; był to niejako początek Gali, która rozwinęła się podczas dwóch kolejnych dni.

Kwintet (Jacek Namysłowski - puzon, Sławek Jaskułke - fortepian, Paweł „Pszczoła” Puszczało - kontrabas, Grzegorz Grzyb - perkusja) wykonał program z najnowszego albumu „Polish Jazz – Yes!”, nad którym prace – o czym poinformował słuchaczy sam lider – właśnie zostały zakończone (płyta ukaże się jesienią). Słuchaliśmy kolejno utworów: Nieokrzesany, Jako tako, Świr na lewo, świr na prawo, Abrabeska („połączenie abrakadabry z arabeską”), Obermajster (czyli „mistrz oberka”), Karpaty. Na bis zespół zagrał Jadąc Zakopianką – jest to prawdopodobnie jedyne dzieło poświęcone temu komunikacyjnemu koszmarowi, który śni się po nocach kierowcom. Utwór intrygujący, choć dyskutowałbym, czy jego żwawe tempo dobrze oddaje charakter przemieszczania się tą trasą – bardziej pasowałoby molto adagio, wszak jazda zakopianką polega głównie na staniu w korkach.

Wszystkie utwory wydawały się lekkie i pełne muzycznego humoru, ale tak naprawdę operowały bardzo zaawansowanymi środkami. Namysłowski na małej przestrzeni zgromadził niewiarygodną ilość elementów (skomplikowaną metrorytmikę z przemieszczającymi się akcentami, wyrafinowaną, quasi-etniczną melodykę opartą na skalach, bogatą, często mocno dysonującą, czy wręcz politonalną harmonię, krótkie, szybko zmieniające się odcinki o różnych tempach i typach faktury, piętrowe aranże, liczne odniesienia do folkloru polskiego, a nawet do muzyki Orientu) – trudno sobie wyobrazić, ile pracy on i jego zespół musieli włożyć w realizację tego przedsięwzięcia. Jednak warto było, bo końcowy efekt po prostu zwalał z nóg.

Lider wciąż pozostaje w wybornej formie także jako saksofonista. Jego sola na alcie i sopranie – mocne, precyzyjne, skondensowane w formie, rozwichrzone melodycznie i podawane z charakterystycznym „ludowym” zaśpiewem, idealnie wtapiały się w stylistykę całości. Ramię w ramię z nim szedł jego syn Jacek (w pamięci utkwiło mi wybitne solo w Abrabesce), muzyk, który powoli, acz konsekwentnie przebija się do ścisłej czołówki polskiego jazzu – w tym roku zdobył aż dwie nominacje do nagrody Fryderyka! Podobał mi się też, jak zwykle nieprzewidywalny, Sławek Jaskułke oraz „atomowy” Grzegorz Grzyb.


Enrico Rava Quartet: Francesco Diodati, Gabriele Evangelista, lider, Enrico Morello

Po przerwie wystąpił trębacz Enrico Rava z zespołem złożonym z młodych muzyków. Artyści zaprezentowali materiał przygotowywany na nową płytę, która zostanie wydana pod szyldem ECM – już wiadomo, że będzie to arcyciekawy album. Koncert rozpoczął standard You Don’t Know, What Love Is, potem słuchaliśmy kompozycji lidera, gdzieś w połowie przemknął, nieco „zawoalowany”, Insensatez Jobima, a na bis zabrzmiała My Funny Valentine.

Część utworów Ravy była utrzymana w klimacie jazzowej ballady, eksponowała kantylenę i brzmienie, pozostałe – z nerwowymi, poszarpanymi tematami granymi unisono i w szybkich tempach – nawiązywały do klasycznego bopu. Ten repertuar pozwolił Ravie błyszczeć zarówno w roli subtelnego kolorysty, jak i wybitnego wirtuoza, wykorzystującego wszystko to, co wydarzyło się w nowożytnej historii jazzowej trąbki.

W zespole moją uwagę przykuł młody gitarzysta Francesco Diodati. Grał ekspresyjnie, zadziornie, nawiązywał śmiałe dialogi z liderem, chętnie skręcał w stronę ostrego fusion, a nawet noise’u (stosował liczne przetworniki brzmienia). Doskonały koncert, prawdziwa uczta dla ucha i ducha.

Gala Jazz Top

Kolejnego wieczoru słuchaliśmy zwycięzców Jazz Top – najpierw Tria Marcina Wasilewskiego, które okazało się najlepszym zespołem akustycznym, a nagrany przez niego „Spark Of Life” – Albumem Roku. Po ceremonii „dyplomatycznej” i „chwili dla fotoreporterów” do muzyków Tria dołączył gość specjalny, szwedzki saksofonista Joakim Milder. Artyści wykonali większość kompozycji z nagrodzonego albumu: Sudovian Dance, Message in a Bottle Stinga, Largo Grażyny Bacewicz, Night Train to You (z płyty „Faithful”), balladę Austin, temat Mildera Still, zaś na koniec standard Hancocka Actual Proof.


Laureaci ankiety Jazz Top2014: Marcin Wasilewski, Michał Miśkiewicz, Sławek Kurkiewicz i Joakim Milder ( „Spark Of Life")

Słuchając tego koncertu zastanawiałem się, skąd muzycy czerpią energię, która pozwala im grać z taką świeżością i entuzjazmem. W ich interpretacjach nie było ani grama rutyny, ani przez moment nie pojawiło się wrażenie „zmęczenia materiału”, a przecież prezentowali już ten repertuar dziesiątki razy, objechali z nim świat wzdłuż i wszerz. Wydaje się, że przyczyną tego stanu rzeczy jest ich absolutny profesjonalizm oraz doskonale napisane kompozycje – te utwory są tak dobre, że mogą „funkcjonować” nawet bez saksofonisty, o czym przekonałem się podczas grudniowego koncertu Tria w Krakowie. Mówiąc szczerze, nawet wolę ich słuchać w wersji na trio; co prawda saksofon wzbogaca je kolorystycznie i fakturalnie, ale jednocześnie wprowadza pewną dosłowność. Tak się stało na przykład z moim ulubionym utworem Wasilewskiego Night Train to You, który z saksofonem zabrzmiał, przynajmniej dla mnie, w sposób zbyt oczywisty, wytracił część swojej aury. Tak czy inaczej, był to fantastyczny koncert, jeden z najjaśniejszych momentów całego festiwalu.

W drugiej części wieczoru oklaskiwaliśmy kolejnych laureatów – na scenie pojawił się Włodek Pawlik, zwycięzca w kategorii Muzyk Roku oraz Cezary Konrad, który po tytuł najlepszego perkusisty sięgnął już po raz 23. Po chwili dołączył do nich także wysoko notowany basista Paweł Pańta, i tak oto mieliśmy Trio Włodka Pawlika w komplecie.

Lider przygotował program, na który złożyły się kompozycje z różnych okresów jego przebogatej twórczości. Koncert rozpoczął utwór Pieniny (autor szybko zmienił jego tytuł na Tatry) zare­jestrowany pierwotnie na płycie „The Waning Moon” w 1999. Później słuchaliśmy muzyki z filmu „Rewers”, tematu Witkacy (z „zaprawdę dziwnym materii pomięszaniem”), ballady Good Evening… Monsieur Chopin (z „The Waning Moon”) zakończonej cytatem z preludium A-dur oraz dynamicznego utworu Gnom (z płyty „Live in Kyiv”).

W końcu przyszedł czas na suitę „Night in Calisia”. Zespół przedstawił trzy fragmenty dzieła w opracowaniu na trio jazzowe; ostatni z nich, tytułowy Night in Calisia, publiczność nagrodziła owacją na stojąco. Na bis usłyszeliśmy Transylvanian Dance (z albumu „Anhelli”), utwór przypominający nieco muzykę Bartoka.


Muzyk Roku Włodek Pawlik i jego Trio: na kontrabasie Paweł Pańta, na perkusji Cezary Konrad

Włodek Pawlik jest gwiazdą i czuje się w tej roli wyśmienicie. Wystąpił w cekinowej marynarce, która dosłownie biła po oczach, tryskał energią i humorem, sam zapowiadał swoje utwory, opatrując je komentarzami – niestety, nie wszystkie trzymały poziom. Grę Pawlika cechowała ogromna skala dynamiki – od zwiewnego piano do potężnego fortissimo, kiedy to jego fortepian brzmiał tak, jak gdyby grało na nim co najmniej dwóch pianistów.

Ta żywiołowość dobrze korespondowała z nie mniej dynamiczną grą Czarka Konrada. Rewelacyjnie spisywał się Paweł Pańta, muzyk o niezwykłych umiejętnościach, grający pięknym, selektywnym dźwiękiem, co było słychać szczególnie, gdy zapuszczał się w najwyższy rejestr swojego instrumentu. Hasło „Pawlik” wciąż działa na fanów jak magnes – sala kina Sokół była wypełniona po brzegi.

Gala Jazz Top II

Następnego dnia odbyła się II część Gali Jazz Top. Jako pierwszy wystąpił pianista Michał Wróblewski, zwycięzca w kategorii Nowa Nadzieja. Warto przypomnieć, że oprócz trzech autorskich płyt Wróblewski ma na koncie współpracę z Terence’em Blanchardem, która zaowocowała trasą po Polsce i wspólnym albumem nagranym w Nowym Jorku. Pianiście towarzyszyła znakomita sekcja: Michał Kapczuk - kontrabas i Sebastian Kuchczyński - perkusja.

W programie znalazły się utwory pochodzące z najnowszej płyty lidera „City Album”: Warsaw Blues, Take Nine, City Lights, Chopin Street (będący jazzową wersją Etiudy es-moll Chopina), przepiękny Children in the Park, żartobliwy Subway dedykowany Herbie’emu Hancockowi oraz niemal popowy Joyride. Dodajmy, że album został entuzjastycznie przyjęty przez fanów i uplasował się na III miejscu ankiety Jazz Top w kategorii Płyta Roku.


Dyplom Jazz Top dla Nowej Nadziei: redaktor JF Paweł Brodowski i Michał Wróblewski

Muzyka Wróblewskiego, łącząca współczesny jazz akustyczny z elementami klasyki (impresjonizmu, romantyzmu), stanowi przykład doskonałego rzemiosła i kreatywności. Z jednej strony finezyjne kompozycje (w City Lights temat oplatały misterne ornamenty), z drugiej – nieskazitelny dźwięk, doskonała technika, żywa narracja. Sztuka młodego pianisty ma ogromny, jeszcze nie do końca ujawniony potencjał, może rozwijać się w różnych kierunkach i nieustannie zaskakiwać.

W drugiej części wieczoru wystąpiło Trio pianisty Alana Benzie ze Szkocji, młodego artysty o filigranowej posturze, ale wielkim sercu do grania i sporym talencie. Wydawało się, że po wyczynach Wasilewskiego, Pawlika i Wróblewskiego jego muzyka będzie miała nikłe szanse na przebicie się do publiczności. A jednak tak się nie stało – Benzie pokazał nam własny, bardzo osobisty świat dźwięków i emocji, muzykę wysublimowaną, nasyconą kolorami, oscylującą wokół nowoczesnego postbopu i jazzu europejskiego z pewnymi wpływami grupy EST. Trio zagrało utwory, w większości autorstwa Benziego, z jego debiutanckiego krążka „Traveller’s Tales”, który był do nabycia w foyer kina Sokół. Na bis zabrzmiał (przepięknie!) standard Ellingtona Prelude to a Kiss. Nie do końca przekonała mnie sekcja (Andrew Robb – kontrabas, Marton Juhasz – perkusja), która w pełni podporządkowała się liderowi.

Wyszehrad Blues spotyka Zakopane


Boogie Boys: Great Balls of Fire

Okazale wypadł ostatni dzień festiwalu, podczas którego grały zespoły z krajów Grupy Wyszehradzkiej. Na pierwszy ogień poszedł polski Boogie Boys, czwórka fantastycznych muzyków, z liderem, pianistą i wokalistą Bartkiem Szopińskim na czele. Kwartet oszołomił słuchaczy prawdziwie wybuchową mieszanką boogie, bluesa, R&B i klimatów spod znaku Jerry’ego Lee Lewisa. Atrakcyjność występu podniosły popisy pianistyczne Szopińskiego i Michała Cholewińskiego  oraz akrobacje z instrumentami, w czym celował szczególnie basista Janusz Brzeziński. Grupa grała głównie własny repertuar, choć wśród utworów znalazł się również temat Fortepian i ja Wojciecha Skowrońskiego, ikony polskiego bluesa i boogie.

Po Boysach – raptowna zmiana klimatu. Na scenie pojawił się duet ze Słowacji: wokalista i harmonijkarz Erich „Boboš” Proházka oraz gitarzysta Marek Wolf. Muzycy wykonali nastrojowe, pełne przestrzeni ballady osadzone w tradycji bluesa, muzykę oszczędną, ale poruszającą, bogatą w detale i brzmienia. Prohazka operował głęboko osadzonym głosem, na harmonice grał niewiele, ale wystarczył jeden dźwięk, by zelektryzować publiczność. Bluesową konwencję koncertu przełamała na chwilę czeska wokalistka o pseudonimie Zeurítia, która ze swoim Trio śpiewała bossa novy i standardy.

Wieczór zakończył występ węgierskiej for­macji harmonijkarza i wokalisty Mátyása Pribojszki. Należy on do ścisłej czołówki wirtuozów harmonijki ustnej w Europie, jest laureatem prestiżowych konkursów i ekspertem w dziedzinie tego instrumentu. Grupa grała żywiołowego bluesa z elementami funku; obok obłędnie dysponowanego lidera szczególnie wyróżniali się pianista Erik Kovács i gitarzysta Ferenc Szász. Świetny koncert, trudno o lepsze podsumowanie festiwalu. Zespoły wyszehradzkie, podobnie jak grupę Ravy i Trio Alana Benzie, zaprosiła do Polski Agencja Koncertowa JBBO Tolka Lisieckiego.

Uczta w Grocie

Podczas Wiosny Jazzowej w Zakopanem  w sobotę 2 maja miało miejsce „konkurencyjne” wydarzenie, jakim był koncert Walk Away na Jazzowej Majówce w  nowootwartej Muzycznej Grocie w Karczmie Młyniskiej pod Giewontem.

Świętująca jubileusz 30-lecia działalności grupa wystąpiła żelaznym składzie wypróbowanych przyjaciół: Adam Wendt - ts, Bernard Maseli - KAT, Zbigniew Jakubek - keyb, Tomasz Grabowy - b i Krzysztof Zawadzki - dr grając z taką samą energią, fajerwerkami i poczuciem humoru jak za dawnych lat.


Zobacz również

Jamie Cullum: Finał Zadymki

Finał Zadymki miał miejsce w sali koncertowej NOSPR w Katowicach.  Więcej >>>

Jazz Jantar: edycja wiosenna

Skompletowanie „band of dreams” i nagranie z takim zespołem zaproponowanego przez siebie repertuaru –… Więcej >>>

Jazz Od Nowa Festival 2017

Odbył się po raz siedemnasty (22-25 lutego, trzy pierwsze wieczory w sali koncertowej ACKiS… Więcej >>>

Rawa Blues 2016

W Katowicach podczas 36. Edycji festiwalu (29 września - 1 października) było dłużej niż… Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu