Coda

Witold „Dentox” Sobociński

Paweł Brodowski


Wybitny operator filmowy, pionier polskiego jazzu zmarł 19 listopada 2018 roku.

Jeden z najwybitniejszych operatorów w historii naszego kina, perkusista i puzonista jazzowy, w latach 50. członek legendarnego zespołu Melomani, zmarł w swoim domu w Konstancinie-Jeziornej. Miał 89 lat.

Witold Sobociński przyszedł na świat w Ozorkowie 15 października 1929 roku. Jazzem zainteresował się po wojnie, być może pod wpływem filmu „Serenada w dolinie słońca” (z udziałem Orkiestry Glenna Millera), który wszedł na polskie ekrany w 1947 roku i cieszył się olbrzymią popularnością, był inspiracją i impulsem dla całego pokolenia muzyków tamtych lat.

Sobociński jeszcze jako licealista zaczął grywać na zabawach szkolnych. Jego pierwszą miłością była gitara, ale z dużą łatwością uczył się grać na innych instrumentach – na perkusji, kontrabasie, później również na puzonie. Był autodydaktą, miał wrodzony talent muzyczny, poczucie rytmu.

W 1947 roku reaktywowano w Łodzi ośrodek YMCA, przy którym założono Klub Muzyczny Melomani. Na wieczorkach tanecznych grali tam m.in. Andrzej Wojciechowski na trąbce i Sobociński na perkusji. To właśnie z nimi zetknął się pod koniec roku 1949 klarnecista i saksofonista Jerzy „Duduś” Matuszkiewicz, który przyjechał z Krakowa na studia w Wyższej Szkole Filmowej (na wydziale operatorskim). Zdążyli zagrać razem na jednym czy dwóch wieczorkach, gdy wszystkie oddziały YMCA zostały nagle zlikwidowane, a jazz zabroniony. Jazz zszedł do podziemia. Młodzi muzycy z tym większym zapałem poświęcili się zakazanej muzyce. Jazz był dla nich symbolem wolności.

Zawiązała się, początkowo jeszcze nieformalnie, bez nazwy, grupa muzyków z Krakowa – Jerzy „Duduś” Matuszkiewicz, pianista Andrzej Trzaskowski oraz kontrabasista Witold Kujawski i z Łodzi – Andrzej „Idon” Wojciechowski oraz Witold „Dentox” Sobociński (ksywki dwóch ostatnich wzięły się od środków czyszczących). Okazjonalnie dojeżdżał do nich z Poznania pianista Krzysztof Trzciński (jeszcze nie Komeda). Tworzyli razem pierwszy w historii polski zespół grający muzykę jazzową w sposób świadomy. Spotykali się na „potajemnych” jamach w mieszkaniach prywatnych, grali na potańcówkach w Łodzi (m.in. w „Filmówce”), w Krakowie i Warszawie (na zabawach studenckich w klubie sportowym na Foksal, czy ASP). Z czasem przylgnęła do nich nazwa Melomani. Scementowało ich trzymiesięczne wakacyjne granie w Ustroniu Morskim w 1952 roku.

W tamtym okresie dokonali kilku nagrań w Radiu Kraków. Przechowane przez „Dudusia” „konspiracyjne taśmy” zostały pół wieku później wydane na płytce CD przez redakcję JAZZ FORUM. Jest wśród nich m.in. Drums Boogie z solówką perkusyjną Dentoxa w stylu Gene’a Krupy, który był jego największym idolem. Podczas koncertów, gdy Dentox walił w bębny, publiczność szalała, „fruwały marynary”. Następowała stopniowo odwilż, kończył się okres katakumbowy, jazz zaczął wychodzić z podziemia.

Melomani mieli w swoim repertuarze utwory o dużej rozpiętości stylistycznej – swingowe, nowoczesne, ale i tradycyjne. Publiczność oczekiwała muzyki, przy której można było potańczyć, przy której można się było wyżyć i wykrzyczeć (nie było jeszcze rock and rolla, ale rock and roll wisiał w powietrzu).

Na potrzeby dixielandu „Dentox” przerzucił się na puzon, który opanował w mig, a jego miejsce przy perkusji zajął pochodzący również z Łodzi Antoni Studziński. W nowym przetasowanym składzie Melomani grali począwszy od I Krakowskich Zaduszek Jazzowych, które miały miejsce w listopadzie 1954 roku. Zaduszki kończyły okres katakumbowy i otwierały drogę dla Tyrmandowskiego okresu frenezji. Ten nowy etap zainicjowało słynne Jam Session nr 1 zorganizowane przez Leopolda Tyrmanda w baraku na Wspólnej w Warszawie, po którym nastąpiła cała seria koncertów pod egidą Warszawskiej Estrady Jazzowej w kilku miastach Polski: Seans z Powidłami, Zimno i Gorąco, Studio 55.

Prawdziwym przełomem był I Festiwal Muzyki Jazzowej w Sopocie w 1956 roku, gdzie Melomani odegrali pierwszoplanową rolę. Na drugim Festiwalu w Sopocie w 1957 zespół wystąpił pod nową nazwą jako Hot Club Melomani, w nowej obsadzie personalnej (z pierwszego składu odpadli „Idon” i Kujawski), podzielony na dwie różne frakcje: tradycyjną i nowoczesną. „Dentox” grał w obu.

Ostatni koncert Hot Clubu Melomani miał miejsce na początku 1958 roku w Filharmonii Narodowej. Było to wydarzenie historyczne, bowiem był to pierwszy w Polsce koncert muzyki jazzowej w filharmonii. Melomani osiągnęli swój cel, spełnili misję. Drogę, jaką przebyli, Jerzy „Duduś” Matuszkiewicz nazywa „od katakumb do filharmonii”. Tę drogę przeszedł razem ze swoimi kolegami, pionierami polskiego jazzu, Witold Sobociński, który właśnie wtedy zakończył przygodę muzyka jazzowego, by poświęcić się życiowej pasji operatora filmowego.

W sposób błyskotliwy i z właściwym sobie poczuciem humoru scharakteryzował  Sobocińskiego Wojtek Karolak w wydanym niedawno albumie Andrzeja Wasylewskiego „Jazzowe dzieje Polaków” (IPN):

„Dentoxa uwielbiam, to był i jest tak nieprawdopodobnie muzykalny, fantastycznie zdolny facet, artysta w każdym calu. Czego się nie dotkanie, to staje się szlachetne. Dlatego że to filmowiec plus inteligencja, poczucie humoru i jeszcze jazzman, a wtedy jazzmani byli królami Polski, i luzak. Wspaniały, genialny, cudowny człowiek. Okazało się to dopiero potem, bo wtedy tak grał na bębnach, że myśmy sobie nie wyobrażali, że może robić cokolwiek innego. I kiedy odszedł od grania i wrócił do swojego wyuczonego zawodu – filmowej operatorki, to myśmy uważali, że stała się straszna krzywda. I dopiero potem przyszło olśnienie, i jednocześnie jakaś ulga, że wcale nie jest gorszym operatorem niż perkusistą. A on sam wiedział, że jest dużo lepszym operatorem, mówi o tym w twoim filmie. Pamiętam, jak wszyscy byli wściekli, gdy jego żona mówiła: Witku, idziemy do domu, but mnie gniecie… No, wszyscy mieli ochotę ją wtedy zatłuc.”

Do roli operatora filmowego „Dentox” zaczął przygotowywać się już na początku lat 50. W okresie, gdy grał w zespole Melomani, jednocześnie studiował na Wydziale Operatorskim Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi (1951-1955).  Karierę w tej dziedzinie rozpoczął w drugiej połowie lat 50. jako operator filmów dokumentalnych i reżyser światła w łódzkiej telewizji, a następnie w Wytwórni „Czołówka”. Od 1963 roku pracował przy produkcji filmów fabularnych, był kamerzystą w filmie „Faraon” Jerzego Kawalerowicza (1965). Jako główny operator wystartował w 1967 roku w filmie Jerzego Skolimowskiego „Ręce do góry”, który niestety trafił na półkę cenzorską i został pokazany dopiero w połowie lat 80.

Jego największe, mistrzowskie dokonania jako operatora filmowego to obrazy Andrzeja Wajdy „Wesele” (1972) i „Ziemia obiecana” (może najwybitniejszy film w dziejach polskiego kina), a także Wojciecha Jerzego Hasa „Sanatorium Pod Klepsydrą” (1973). W drugiej połowie lat 80. pracował z Romanem Polańskim przy filmach „Piraci” i „Frantic”. Szczególne miejsce w jego filmografii zajmuje „Był jazz” Feliksa Falka (1981), film osnuty na historii zespołu Melomani i losach Krzysztofa Komedy.

Od 1980 Sobociński był profesorem Szkoły Filmowej w Łodzi. Studenci bardzo cenili jego wykłady, uwielbiali jego anegdoty i poczucie humoru.

W pośmiertnym wspomnieniu na portalu Culture.pl  Bartosz Staszczyszyn pisał, iż „Sobociński często powtarzał, że kluczem do jego operatorskiego sukcesu było naturalne wyczucie rytmu, które wykształcił w nim jazz. (…) Muzyka pomagała mu także wtedy, gdy perkusję zamienił na kamerę. Wiedział, jak budować rytm i kiedy warto mu się poddać. Mawiał, że ‘słyszy przestrzeń’ kadru, że właśnie muzyczna wyobraźnia pozwala mu lepiej dostrzegać filmowy obraz”. 

Bakcyl jazzu pozostał w nim do końca życia. W swojej willi w Konstancinie miał zawsze do dyspozycji zestaw perkusji, na której ćwiczył w wolnych chwilach. Okazjonalnie siadał za bębnami w klubie Tygmont. Podczas Sopot Molo Jazz Festival w 2007 roku Andrzej Dąbrowski ustąpił mu na jeden utwór miejsce przy perkusji w reaktywowanym zespole Polish Jazz Quartet. Dwa lata później „Dentox” popisywał się solówką na perkusji na jubileuszu 80-tej rocznicy urodzin w warszawskim kinie Kultura.

Słowo „jazz” przewijało się we wszystkich  przemówieniach pożegnalnych podczas nabożeństwa żałobnego, które miało miejsce 27 listopada w Kościele Wizytek na Krakowskim Przedmieś­ciu. Legendarnego Melomana żegnali muzyką Michał Urbaniak na saksofonie altowym (!), Robert Murakowski na trąbce, Bogdan Hołownia na fortepianie i Paweł Pańta na kontrabasie. Przed rozpoczęciem nabożeństwa zagrali standard Alone Together i temat z filmu „Ziemia obiecana”, a na zakończenie –  Manhattan Man (Urbaniaka) i balladę Body and Soul.

Witold Sobociński pochowany został na Powązkach Wojskowych w grobie rodzinnym obok żony i syna Piotra, który był również wybitnym operatorem filmowym. Wszystko wskazuje na to, że tym śladem pójdą dalej jego wnukowie.

Żegnaj, Dentox!

Paweł Brodowski



Zobacz również

Aleksander Bem

Założyciel i lider zespołów Bemibek i Bemibem zmarł 17 lipca 2019 we Freiburgu. Więcej >>>

Wiesław Wasielewski

Dobry duch Warsztatów w Chodzieży zmarł 24 maja 2019 roku. Więcej >>>

Wanda Warska

Pierwsza Dama Polskiego Jazzu zmarła 6 lipca 2019 roku w Laskach pod Warszawą. Więcej >>>

Rosław Szaybo

Wybitny artysta grafik zmarł w Warszawie 21 maja 2019 roku. Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu