Coda

Włodzimierz Szomański
(1948-2014)

Włodzimierz Szomański

Adam Domagała


1 maja 2014 roku około południa przyszła tragiczna wiadomość: w wypadku pod Siedlcami, w drodze na koncert, zginął Włodzimierz Szomański, od 35 lat szef założonego przez siebie zespołu Spirituals Singers Band. Bus, którym podróżowała grupa, zjechał nagle z jezdni i uderzył w przydrożną, metalową barierę. Szomański umarł kilka godzin po wypadku w warszawskim szpitalu; śpiewający w zespole basem Artur Stężała został ciężko ranny; pozostali muzycy odnieśli lżejsze obrażenia.

Był „Szomol” – jak nazywali go niemal wszyscy – człowiekiem-instytucją, tytanem pracy i wulkanem dobrej energii. Zawsze uśmiechnięty, serdeczny, witający się szerokim, mocnym gestem. W latach 70., po studiach na wrocławskiej Akademii Muzycznej (wtedy Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej), pracował jako nauczyciel w X Liceum Ogólnokształcącym, był też instruktorem zespołów młodzieżowych i, oczywiście, sam też czynnie muzykował, był przecież świetnym pianistą i nieprzeciętnym wokalistą, rozmiłowanym nie tylko w muzyce poważnej, ale i rozrywkowej (mało kto we Wrocławiu był większym znawcą twórczości Beatlesów!). Po latach wspominał, że olśnienie i ostateczny wybór drogi zawodowej przyszło podczas koncertu goszczącego we Wrocławiu zespołu gospelowego ze… Szwecji.

W 1978 r. powołał do życia Spirituals Singers Band, którego przez całe późniejsze życie był kierownikiem muzycznym, dostarczycielem repertuaru, menedżerem i – już w nowych, ekonomicznie trudniejszych czasach – rzecznikiem prasowym, z którego to zadania wywiązywał się z niepowtarzalnym wdziękiem. Z początku SSB specjalizował się w śpiewaniu kunsztownie opracowanych klasyków negro spirituals i gospel. Z czasem repertuar grupy rozszerzał się o standardy jazzowe (stąd, nie całkiem odpowiadająca prawdzie, opinia o SSB jako wokalnym zespole jazzowym), popularne evergreeny, kolędy oraz autorskie, coraz liczniejsze kompozycje samego Szomańskiego.

Po kilku latach występów z towarzyszeniem grup instrumentalnych (to właśnie u boku Spiritualsów pierwsze kroki stawiał późniejszy as jazzowego fortepianu Kuba Stankiewicz), Szomański podjął decyzję o ścisłym, obsadowym sprofilowaniu grupy – przez dłuższy czas SSB występowali niemal wyłącznie a cappella, jako sekstet lub septet, i w szybkim czasie zdobyli reputację wykraczającą daleko poza granice kraju. Zespół zjeździł pół świata, a na pytanie, dlaczego nigdy nie był z występami w USA, Szomański szczerze, ze zdrowym dystansem i bez najmniejszych kompleksów odpowiadał: „A po co wozić drewno do lasu?”. To Ameryka przyjechała tutaj – za jedno ze swoich największych osiągnięć Szomański uznawał wspólny koncert z diwą Metropolitan Opera Gwendolyn Bradley.

W połowie lat 90., mając już na koncie kilka świetnych płyt i występy na niezliczonych festiwalach, Spiritualsi nieco zwolnili tempo pracy. Częściej niż do tej pory zmieniał się skład zespołu (choć jego męska część, czyli Artur Stężała i Marek Dygdała, niemal od początku wiernie trwała przy liderze; prawie tak samo długo jest w zespole Aleksandra Sozańska-Kut). Zaś sam Szomański z coraz większym zapałem zaczął oddawać się robocie kompozytorskiej – SSB stał się już nie tylko zespołem wokalnym, ale i „instrumentem”, przy pomocy którego realizował swoje muzyczne wizje. Pisał dla teatru (najbardziej ambitne z tych przedsięwzięć, zrealizowany z okazji 1000-lecia Wrocławia, musical „Honorificabilituditatibus” został wykonany jedynie dwukrotnie, ale owo niepowodzenie w najmniejszym stopniu nie było spowodowane muzyką), rozkochał się też w dużych formach oratoryjno-symfonicznych – powstało ich kilka, a wręcz oszałamiający sukces odniosła monumentalna „Missa Gospel’s”, wykonana od czasu premiery w 2001 już kilkanaście razy, nagrana na płytę i kilkakrotnie emitowana w TVP. W klasyczną formułę muzycznej liturgii Szomański włożył zbiór przebojowych, rytmicznych piosenek, z wpadającymi w ucho melodiami, przy których chce się klaskać, tupać i śpiewać – niby nie było to nic nowego, ale chyba nikomu wcześniej i później tak zgrabnie nie udało się połączenie różnych muzycznych światów. Przy większym szczęściu (i niższych ukłonach w stronę popowej publiczności) odniósłby pewnie komercyjny sukces na miarę Piotra Rubika, który podobną ścieżką podążył kilka lat później.

Niedawno spełnił jedno ze swoich marzeń i razem z żoną Elżbietą – znali się jeszcze ze szkoły i dochowali dwóch fantastycznie uzdolnionych córek Agaty i Olgi – zamieszkał w pięknie wyremontowanym domu w podwałbrzyskiej wsi. Z okien miał widok na góry, las i łąkę. Kochał harmonię w muzyce i życiu. Miał 66 lat. I jeszcze dużo do zrobienia.

Został pochowany 10 maja w słoneczny, choć chłodny dzień. Podczas mszy we wrocławskiej katedrze żegnało go grubo ponad tysiąc osób; śpiewał chór Politechniki Wrocławskiej, grali filharmonicy. A do grobu na cmentarzu przy ul. Bujwida odprowadził go jazzowy band.

Adam Domagała

Zobacz również

Andrzej Mitan – pożegnanie

Awangardowy wokalista, performer i promotor sztuki zmarł 4 listopada 2018 w swoim domu w… Więcej >>>

Tadeusz Federowski

Nestor polskich perkusistów jazzowych zmarł w Warszawie 31 sierpnia 2018 roku.  Więcej >>>

Aretha Franklin

Królowa soulu zmarła na raka trzustki 16 sierpnia br. w Detroit. Miała 76 lat. Więcej >>>

Grzegorz Grzyb

Wybitny perkusista zginął w wypadku drogowym na ulicy w Warszawie 23 lipca 2018 roku. Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu