Wywiady

fot. Anna Rezulak

Wojtek Mazolewski: całkowita wolność

Piotr Iwicki


Wojtek Mazolewski to instytucja na muzycznym rynku. Od pewnego czasu pełnowymiarowy czterdziestolatek, który pierwsze kroki na scenie stawiał mając lat dziesięć. Jesteśmy w roku podwójnego jubileuszu tego rozchwytywanego i bardzo zapracowanego artysty.

JAZZ FORUM: Ostatni Twój wywiad ukazał się u nas na łamach w styczniu 2015 roku, miesiąc po wydaniu albumu „Polka”. Dziś „Polka” ma status Złotej Płyty, co jest rzadkością wśród jazzowych albumów, zagraliście ponad 100 koncertów w 10 krajach. Twój kwintet jest prawdopodobnie najczęściej koncertującym polskim zespołem jazzowym.

WOJTEK MAZOLEWSKI: Jestem dumny i szczęśliwy z tego, co wydarzyło się przez ostatni rok. Ciężka praca całego zespołu, który tworzę z Joanną Dudą, Markiem Pospieszalskim, Oskarem Torokiem i Qbą Janickim, została nagrodzona. Co ciekawe, pomimo że to chyba najbardziej jazzowa moja płyta, „Polka” trafiła także w gusta słuchaczy i fanów muzyki nie tylko jazzowej. Tworzymy muzykę bez ograniczeń, dla otwartych ludzi. Ich radość i entuzjazm na koncertach są dla nas najlepszą motywacją i paliwem do dalszej pracy.

JF: Do Centrum Kultury Zamek posłuchać „Polki” przyszło podobno ponad tysiąc osób!

WM: Wspaniały koncert! Był jednym z wielu, na których frekwencja nas pozytywnie zaskoczyła. Wierzę, że tym albumem pokazaliśmy, że muzyka jazzowa może trafiać do szerokiej grupy odbiorców. Graliśmy „Polkę” na festiwalach jazzowych takich jak Istanbul Jazz Festiwal, Winter Jazz w Oslo, czy Jazz na Starówce w Warszawie, ale i na festiwalach elektronicznych, jak Tauron Nowa Muzyka, czy w klubach, które dotąd były zarezerwowane dla dużych rockowych gwiazd, jak The Garage w Londynie. W garderobie tego klubu wiszą stage passy Radiohead, Red Hot Chili Peppers, Voivod i wielu innych, a teraz także WMQ.

JF: To, co robicie, to wielka promocja polskiego jazzu wśród nowych słuchaczy.

WM: To wspaniale i cieszę się, że w ten sposób możemy pomoc całemu środowisku jazzowemu, promując go w miejscach, gdzie zazwyczaj nie dociera.Wielu ludzi, którzy przychodzą na nasz koncert, mówi, że dotąd byli uprzedzeni do jazzu, ale dzięki naszej muzyce zmienili zdanie i zaczęli szukać nowych inspiracji także w polskim jazzie. Cieszę się, bo nasza scena jest mocna, pełna wyjątkowych muzycznych osobowości i jeśli nasz sukces może pomóc też innym, to fantastyczna wiadomość. Polski jazz to wizytówka naszego kraju. Warto, aby nasze władze wspierały promocję polskich zespołów za granicą. Świetną pracę wykonały w promocji swoich muzyków Norwegia czy Szwecja, jest z kogo brać przykład. Duży wysiłek Instytutu Adama Mickiewicza w promocję polskiego jazzu to krok naprzód, ale potrzeby są dużo większe.

JF: Stworzyłeś swój Kwintet w oparciu o wybitne muzyczne osobowości.

WM: Do zespołu WMQ wybrałem muzyków cechujących się wyrazistą postawą wobec świata wyrażaną muzyką. Moje orły z Kwintetu, jak ich nazywam czasem, to światowy poziom, co często potwierdzają ludzie, kiedy gramy za granicą. Asia, Marek, Oskar, Kuba to wspaniali muzycy. W sumie to nie wiem czemu nie okupują pierwszych miejsc w ankietach JAZZ FORUM? (śmiech)

JF: Także Twój drugi gwiazdozbiór, Pink Freud, intensywnie pracował. Trasy w Kolumbii i Chinach były chyba niesamowitym doświadczeniem?

WM: Żeby dobrze opisać to, co się wydarzyło w Ameryce Południowej i Azji, potrzeba by osobnego wywiadu! Pink Freud był w Ameryce Południowej już po raz czwarty, ale pierwszy raz spędziliśmy tak długi czas w jednym kraju. Wraz z całym zespołem – Adamem Milwiw-Baronem, Karolem Golą i Rafałem Klimczukiem – wykonaliśmy ciężką pracę. Przez trzy tygodnie prawie codziennie graliśmy koncerty, jam sessions, nagrywaliśmy i uczestniczyliśmy w audycjach radiowych.

Głównym punktem całej trasy był występ na jednym z największych festiwali jazzowych w Ameryce Południowej – Jazz al Parque w Bogocie. Zagraliśmy tam dzień po przylocie do Kolumbii. Byliśmy pierwszym zespołem jazzowym z Europy, który tam wystąpił, mimo że odbyło się już sześć edycji tej imprezy. Program festiwalu był pełen gwiazd: Wayne Shorter, Esperanza Spalding, Henry Butler, Steven Bernstein & The Hot 9. Nasz występ na tym festiwalu to w dużej mierze efekt dwóch wcześniejszych pobytów w tym kraju i masy koncertów w poprzednich latach. Wielotysięczna publiczność poniosła nas swoją energią, koncert został uznany za odkrycie festiwalu. Posypały się propozycje kolejnych występów, ludzie zaczepiali nas na ulicy i gratulowali grania. Byliśmy niesamowicie szczęśliwi z takiego obrotu spraw. Było sporym wyzwaniem zdobyć serca publiczności, która czekała przede wszystkim na koncert Wayne’a Shortera.

JF: Fama głosi, że po waszym koncercie Wayne zaprosił was na krótkie spotkanie.

WM: Spotkać tego legendarnego muzyka było wspaniałym przeżyciem. Kiedy widzieliśmy, jak go chronią, nie podejrzewaliśmy, że będziemy mieli okazję go poznać. Był pilnie strzeżony i miał cały czas kordon ochroniarzy, więc byliśmy wniebowzięci, kiedy dostaliśmy zaproszenie do jego garderoby. Był bardzo miły i towarzyski – cieszył się i chętnie opowiadał swoje historie. Rozmawialiśmy o muzyce, o Chopinie, o tym jak zaczynał z kolegami… Dał nam też radę, abyśmy robili swoje i nie oglądali się na innych. Na koniec spotkania powiedział kilka razy: „Keep on pushing!”. Chodziło nam to po głowach przez kolejne dni, aż napisaliśmy o tym piosenkę! W tekście pada jego przesłanie „Keep on pushing!”.

JF: Wspomniałeś, że nie tylko koncertowaliście, ale i nagrywaliście.

WM: Tak, to były całkowicie spontaniczne sytuacje. Po koncercie w klubie Click Clack okazało się, że chce nas poznać Andres Cabas – gwiazda muzyki latino. Był pod wrażeniem naszego koncertu i zaproponował wspólne jam session. Po całonocnym graniu dostaliśmy zaproszenie do studia. W ciągu kilku godzin przygotowaliśmy nasze wersje jego nowego singla. My zaproponowaliśmy, aby zaśpiewał w nowym utworze, który napisałem jeszcze w Polsce. W ten sposób mu się odwdzięczyliśmy. Wspólnie z Cabasem napisaliśmy tekst i nagraliśmy utwór. Przed kolejną płytą studyjną będziemy udostępniać to nagranie. Myślę, że potencjał piosenkowy jest w tym zespole od dawna. Nagraliśmy też jeden utwór zatytułowany Fab Fever z legendą sceny klubowej w Kolumbii – zespołem Diva Gash. Album z tym kawałkiem jest już sprzedaży.

JF: Nagrywaliście ostatnio utwory na albumy innych artystów, ale i wy wydaliście nowy – „Pink Freud Plays Autechre”. Ten album sporo namieszał…

WM: To dobrze. Muzyka powinna wzbudzać emocje, dyskusje. Ta płyta to długo dojrzewająca koncepcja, nad którą pracowałem od lat. Wypracowaliśmy coś nowego, co czułem, że nas rozwinie i da nam satysfakcję. Jednocześnie będzie zaskoczeniem dla słuchaczy i koneserów muzyki.

JF: Popełniłem błąd podchodząc do niej jako do płyty jazzowej zamiast do nagrania muzyki improwizowanej.

WM: W przypadku tej płyty chyba bardzo ciężko jest znaleźć odpowiednie określenie. Punktem wyjścia jest twórcze przetransponowanie muzyki IDM, czyli inteligentnej elektroniki w jej ekstremalnym wykonaniu przez grupę Autechre na kwartet improwizujący bez instrumentu harmonicznego, jakim jest Pink Freud. Jeśli już mógłbym sugerować, to raczej wsadziłbym go do kategorii open lub koncept album. Przed nagraniem muzykę z tego albumu testowaliśmy na festiwalach typu Open’er czy Weekender – gdzie wiedzieliśmy, że działa na ludzi. Jednocześnie usłyszeliśmy, co jeszcze poprawić i dopracować.

JF: Uchodzisz za muzyka jazzowego, ale Ty unikasz tej etykietki. Gdzieś wyczytałem po twojej kolejnej japońskiej trasie, że grasz muzykę punk.

WM: Jestem człowiekiem, który kocha muzykę całym sercem. Gram od dziecka. Zaczynałem w wieku zaledwie kilku lat w punkowej kapeli w połowie lat 80. w Gdańsku. Potem poszerzałem swoje zainteresowania o hard rock, psychodelię, blues, jazz, otrzymałem też klasyczną edukację w klasie kontrabasu. Potem była nasza nadmorska rewolucja i ewolucja yassowa, gdzie wymieszaliśmy wszystko razem.

Jestem zapalonym słuchaczem i fanem wszystkiego, co się dzieje w świecie dźwięków. Uwielbiam grać i występować dla ludzi. Mam to wielkie szczęście, że mogę to robić, za co czuję wielką wdzięczność. Jak zauważyłeś od kilku lat jestem ciągle w trasie. Granie dla publiczności w wielu, często egzotycznych, miejscach, gdzie kultura muzyki i grania jest zupełnie inna, potwierdza to, o czym mówiłem, że kategoryzowanie nie jest potrzebne, a wręcz szkodliwe. Wierzę w ludzi, ich inteligencję, intuicję i otwarte serca – nie trzeba im tłumaczyć tak uniwersalnego języka, jakim jest muzyka.

JF: Podmiotem wszystkiego, co grasz, jest improwizacja.

WM: Tak – improwizacja to świętowanie chwili. Albert Einstein improwizację postrzegał jako emocjonalną i intelektualną konieczność! W pełni się z nim zgadzam, nie tylko w tym zresztą. Improwizacja jest chyba najstarszą praktyką muzyczną. To najprostsza i najbardziej bezpośrednia forma ekspresji. Z drugiej strony to niezwykle skomplikowany i wyrafinowany akt twórczy.

Kiedy biorę instrument do ręki, szybko skręcam z ćwiczenia etiud w improwizację. Wtedy dzieją się najlepsze rzeczy. Przestaje myśleć. Idę za intuicją i skaczę w przestrzeń oddając się temu, co tam jest. W takich momentach przychodzą najlepsze pomysły. To są odkrycia. W ten sposób najczęściej wpadam na nowe pomysły, wymyślam nowe utwory.

W zespołach także stawiam na spontaniczne granie. Najpierw przygotowujemy na próbach kompozycje i szlifujemy komunikację, ale gdy wchodzimy na scenę, to wszystko jest możliwe. Każdy z artystów może dodać do tej muzyki to, co uzna za stosowne. Całkowita wolność! Improwizacja kolektywna. W grze zespołowej ujawnia się istota improwizacji, jej intuitywny i telepatyczny charakter. Trzeba poszukiwać i odkrywać. Nie ma nic piękniejszego niż połączone w jakieś magiczny zespół otwarte umysły i talenty muzyków grających razem na scenie.

JF: Przyznam, że śledząc twoją aktywność gubię się w ilość formacji i projektów, które realizujesz. Autorski Kwintet, Pink Freud, pojawiło się też Jazzombie, o którym jeszcze nie rozmawialiśmy… co jeszcze?

WM: Jazzombie to połączone siły Pink Freud i zespołu Lao Che. Zaistniało po raz pierwszy w marcu zeszłego roku, kiedy zagraliśmy z kilkunastokoncertową trasę w dużych polskich klubach. Wyszło fantastycznie, jazzowo-rockowa chemia, jaka pojawiła się między nami na scenie zmobilizowała nas do dalszej wspólnej pracy. Efektów 10-dniowej sesji w Rolling Tapes Studio, można posłuchać na debiutanckim albumie formacji zatytułowanym „Erotyki”. To była piękna sesja. W promieniach górskiego, czerwcowego słońca na werandzie, w szczerym polu nagrywaliśmy w bardzo pierwotny sposób na kilka mikrofonów całą orkiestrę!

Jeszcze w kwietniu ukaże się nakładem wytwórni U Know Me Records album z remiksami „Polki”. W maju odbędzie się koncert, na który bardzo czekam – na Red Bull Music Academy Weekender Warsaw 2016 zagram z legendą polskiego jazzu Zbigniewem Namysłowskim w ramach projektu Big Bang. Cieszę się z tego wydarzenia niezmiernie, bo album „Grzybobranie”, który nagrałem wiele lat temu, był swego rodzaju odpowiedzią współczesnych młodych muzyków na „krzyk wolności”, jakim jest „Winobranie” Pana Zbigniewa. Jest też współpraca z innymi artystami, jak Dennis Gonzalez, John Porter, czy Wojtek Waglewski. Uwielbiam to. To mnie uskrzydla. I przy okazji wiele się uczę. Zdobywam nowe umiejętności, które później przenoszę na moje regularne zespoły Wojtek Mazolewski Quintet i Pink Freud.

JF: Gdzie publiczność przyjmuje Was najcieplej?

WM: Wspomniana już Ameryka Południowa przyjmuje nas bardzo gorąco. Tam ludzie żyją muzyką, każdy tańczy, śpiewa. Nasza muzyka jest inna niż ta, jaką znają, ale doceniają nasze granie i pokochali to, co robimy. Po ostatnich wojażach mamy mocną grupę fanów w Kolumbii. Podobnie jest w Japonii. Ale fantastyczne rzeczy dzieją się w różnych miejscach. Właśnie wróciłem z Irlandii i Anglii – tam było prawdziwe szaleństwo! Jeszcze w kwietniu wracamy do Anglii. W tym roku mamy plan odwiedzić Afrykę, wracamy z dużą trasą do Azji – Chiny, Korea Południowa, Japonia…

JF: A jak tam odczytują wasze granie? Jesteście dla nich jazzmanami, czy zwyczajnie bezkompromisowymi muzykami z dalekiego kraju?

WM: Są poruszeni. Mówią, że nigdy czegoś takiego nie widzieli. Gdy zaczyna się koncert, nikt nie myśli o podziale na gatunki, tylko chłonie naszą muzykę. itd. Tu wracamy do tego, co już mówiłem – muzyka nie potrzebuje etykiet i tłumaczenia. To jest czysta energia!

JF: Jesteś celebrytą, człowiekiem z okładek pism i twarzą rozmaitych gal. Czy nadszedł czas, że podobnie jak dla Tomasza Stańki, Michała Urbaniaka jest znowu miejsce w mainstreamie na człowieka jazzu? A może tam też istniejesz bardziej jako Wojtek Mazolewski – firma showbiznesu z własnym programem artystycznym? (śmiech)

WM: Robię swoje. Oddaję muzyce całe swoje serce. Marzyłem, żeby najbardziej odjechana muzyka miała swoich słuchaczy i szacunek. Czasami wbrew wszystkim i wszystkiemu twierdziłem, że to możliwe i że nam się uda. Chciałem jeździć w trasy jak Miles Davis czy Jimi Hendrix – i w końcu się udało. Od lat prawie nie bywam w domu. Ale ma to sens, jeśli robisz to dla ludzi. Moim największym marzeniem jest jednak, żeby ta praca, ten przykład otwierały serca i umysły słuchaczy! Przypominały o ich marzeniach i potencjale! Nigdy nie jest za późno – róbcie to, co kochacie. Róbcie to, co wy czujecie, a nie otoczenie, nauczyciele itd. Żeby to działało trzeba dużo zaangażowania. Bez ludzkiej pasji i pracy nic się samo nie stanie.

Dlatego nie odpuszczam. Czuję, że ludzie kochają kulturę wysoką – tak to nazwijmy na potrzeby tej rozmowy. Trzeba im ją tylko pokazać. My robimy to dbając o jakość, przygotowując koncerty i jeżdżąc w wielkie trasy. Media w tym mogą pomóc. A nawet powinny. (śmiech)

JF: Swego czasu Tymon Tymański drwił ze sposobu dbania o wygląd i kreację polskich jazzmanów, czy raczej braku takowych, Ty jesteś tego zaprzeczeniem. Nawet uznano Ciebie swego czasu najlepiej ubranym muzykiem. Piotrek „Bocian” Cieślikowski, Piotrek Baron, Paweł Kaczmarczyk, Marek Napiórkowski, cała młoda jazzowa scena, oni wszyscy mają świadomość, że wchodząc na scenę rozpoczynają artystyczne misterium, w którym strój jest elementem bardzo istotnym. Nie wolno wyglądać obciachowo.

WM: Dla mnie to naturalne. Muzyk musi mieć styl. On jest w Tobie. Powinien wynikać z Ciebie, z tego, co chcesz wyrazić i powiedzieć, a nie z tego, co ci ktoś doradza! To się czuje. I nieważna jest kasa czy marki. Liczy się twój flow. Przykłady można mnożyć bez końca: Thelonious Monk, Eric Dolphy, Miles Davis, Carla Bley, Jimi Hendrix, Led Zeppelin, David Bowie.Nasz wspaniały Tomasz Stańko mawia, że „szpan musi być”, a ja powiedziałbym, że zabawa musi być.

JF: A słowa Tymona?

WM: Drwin nie lubię. Nic dobrego z tego nie wynika. Najlepszym paliwem rozwoju jest zachwyt. Jest źródłem mocy niezbędnej do wielkich przełomów.

JF: Do JF dołączamy dla prenumeratorów płytę z Twoimi nagraniami.

WM: To nasza muzyka na żywo – zmieniająca się, spontaniczna, oddająca ducha naszych czasów. Szczera i prawdziwa. WMQ to przede wszystkim zespół, który odlatuje na żywo! I fragmentem tej aktywności chcieliśmy się z czytelnikami JF podzielić. I zachęcić do przyjścia na koncert – bo to trzeba przeżyć. Czasami codziennie gramy coś nowego, świeżego, innego. Są tu np. dwie kompletnie inne wersje utworu Polka, ale zagrane na tej samej trasie. Jedna na 5/8 druga na 4/4. A w środku totalny kosmos.

JF: A na koniec dosyć przewrotne pytanie. Stajesz przed Świętym Piotrem i ten każe ci się zdecydować – kontrabas czy basówka elektryczna? Wiesz w niebie tłok i możesz zabrać tylko jeden instrument…

WM: To wezmę gitarę. (śmiech)

Rozmawiał: Piotr Iwicki,Polskie Radio



Zobacz również

Tadeusz Federowski – archiwalny wywiad

Z legendarnym perkusistą rozmawia Jerzy Bojanowski, Jazz Forum 2/1993 Więcej >>>

Grzegorz Grzyb atomowy

Archiwalny wywiad z perkusistą, który zginął tragicznie 23 lipca 2018 w wypadku na ulicy… Więcej >>>

Eryk, syn Eryka

Z wybitnym perkusistą Erykiem Kulmem rozmawia Marek Gaszyński. Więcej >>>

Kuba Więcek: another raindrop

Urodzony w Rybniku 21 października 1994 roku saksofonista i kompozytor Kuba Więcek jest chyba… Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu