Festiwale

fot. Lidia Kaiser

Opublikowano w JAZZ FORUM 1-2/2017

Ystad Sweden Jazz Festival 2016

Marek Piechnat


Siódmą edycję Ystad Sweden Jazz Festival (3-7 sierpnia ub. r.) można by nazwać festiwalem powrotów. Wielu artystów występujących w tym roku, na uważanym za najlepszy w Szwecji festiwalu jazzowym, gościło już w Ystad w latach wcześniejszych. Na szczęście poziomu tegorocznej imprezy to nie obniżyło.

Pewne karty

Joe Lovano to gwiazda, która może być ozdobą każdego festiwalu. Tak też było i tym razem w Ystad gdzie Lovano wystąpił ze szwedzkim Bohuslän Big Band. Występu nie poprzedziły chyba żadne próby, ale już od pierwszego riffu wiadomo było, że wszystko pójdzie wspaniale. Oczywiście cały koncert zbudowany był na zasadzie wielki solista z akompaniamentem big bandu, ale co w tym złego? Pełne inwencji improwizacje i przepiękny ton saksofonu Lovano wynagradzały z nawiązką brak wyrafinowanych aranżacji. A i tak znalazło się miejsce zarówno na tenorowe battles (Inner Urge Joe’ego Hendersona) jak i solo akordeonu i fletu (The Street of Naples Lovano).

Z drugą gwiazdą – izraelskim kontrabasistą Avishai Cohenem nie poszło równie dobrze. Po sukcesach zespołu z udziałem pianisty Shai Maestro w pierwszej dekadzie XXI wieku, kariera
Avishai Cohena przybrała dziwny kierunek, który najkrócej można by określić jednym słowem – stagnacja. Formuła tria (Omri Mor - fortepian, Daniel Dor - perkusja) z wiodącą rolą basu nie może się równać z oktetem z czasów legendarnej „Aurory”. Nowe kompozycje niebezpiecznie przypominają te stare, a niekończące się sola basisty zaczynają nużyć. Szkoda, ponieważ Cohen to wspaniały artysta, który najwyraźniej od kilku lat przeżywa poważny kryzys artystyczny.

Powroty

Pierwszym powrotem był występ tria Mare Nostrum (Jan Lundgren - fortepian, Richard Galliano - bandoneon, Paolo Fresu - trąbka), którego występ został entuzjastycznie przyjęty kilka lat temu przez publiczność szczelnie wypełniającą Teatr Miejski. W tym roku przyszedł czas na drugą odsłonę, czyli Mare Nostrum II. Formuła generalnie ta sama co poprzednio, czyli muzyka inspirowana kulturą basenu Morza Śródziemnego. A jednak sequel Naszego Morza okazał się być, co wszak nieczęsto się zdarza, lepszy od swojego poprzednika. Kompozycje członków tria były bardziej zróżnicowane, a zagrana na bis kompozycja Claudio Monteverdiego Si Dolce È Il Tormento godnie zwieńczyła ten udany występ. Poza Mare Nostrum wszyscy członkowie tria mieli okazję zaprezentować się w innych projektach. Jan Lundgren w znanym już, chyba także w Polsce, programie poświęconym muzyce szwedzkiego pianisty i kompozytora Jana Johanssona. Paolo Fresu w interesującym projekcie łączącym muzykę średniowiecza z improwizacją jazzową, a francuski wirtuoz bandoneonu Richard Galliano w solowym recitalu w kościele św. Marii. I właśnie ten ostatni z wymienionych występów zrobił na mnie największe wrażenie. Całkowicie pozbawiony nagłośnienia bandoneon Galliano bez trudu wypełnił wnętrze romańskiej bazyliki z XIII wieku. Kompozycje bandoneonisty w naturalny sposób przetykane były utworami Erika Satie i... Marsylianką. I nawet Imagine Johna Lennona nie zakłóciło francuskiej atmosfery tego wspaniałego popołudnia.

Południowoafrykański trębacz i wokalista Hugh Masekela podobnie jak trzy lata temu zaprezentował mieszankę jazzu, bluesa, funku i rytmów mbaqanga. Nie zabrakło oczywiście utworu Mandela, który poderwał do tańca entuzjastyczną publiczność wypełniającą do ostatniego miejsca salę Teatru Miejskiego.

Polska ekipa

Adam Bałdych oraz Marcin Wasilewski Trio, a jeżeli dodamy do tego szwedzką wokalistkę polskiego pochodzenia Vivian Buczek i basistę Roberta Kubiszyna, który wystąpił ze szwajcarskim mistrzem harmonijki ustnej Gregoire Maretem to trudno będzie zaprzeczyć, że tak silnej jak w tym roku ekipy polskiej na festiwalu w Ystad jeszcze nie było. Tym bardziej cieszyć powinien fakt, że występy polskich artystów należały do najbardziej udanych na tegorocznym festiwalu. Sala Muzeum Sztuki, w której odbywają się koncerty popołudniowe, została podczas dwóch dni, mówiąc dosłownie, opanowana przez polskich artystów. Rozpoczął Adam Bałdych z Helge Lien Trio. O kunszcie polskiego skrzypka pisać już chyba nie trzeba. 30-minutowe Polesie, długie solowe intro Adama w Karinie, duet fortepianu i skrzypiec pizzicato w June to już jest najwyższa klasa. Nawet jeżeli po koncercie pojawiły się głosy, że tegoroczny występ nie był równie magiczny jak ubiegłoroczny to i tak był to koncert wspaniały.

Dzień następny należał do norweskiego gitarzysty Jacoba Younga, w którego zespole poza nim samym i saksofonistą Trygve Seimem grają Marcin Wasilewski - fortepian, Sławomir Kurkiewicz - kontrabas i Michał Miśkiewicz - perkusja. Na program koncertu złożyły się utwory z wydanej przed dwoma laty w wytwórni ECM płyty, firmowanej przez Younga a zatytułowanej „Forever Young”. Szczególnie mogły się podobać kompozycje lidera I Lost My Heart to You, My Brother oraz Beauty z dynamicznym solem Wasilewskiego. Ciekawe też było porównanie dwóch, jakże odmiennych, estetyk – wytwórni ACT, dla której nagrywa Adam Bałdych, i ECM – wytwórni, dla której nagrywa Marcin Wasilewski & Co.

Nowa scena

Do tradycyjnych scen festiwalowych jak Teatr Miejski, Muzeum Sztuki i Kąpielisko Morskie dołączyło w tym roku zupełnie nowe miejsce – pochodzący z XII wieku, należący kiedyś do Franciszkanów, klasztor. Wspaniała akustyka klasztornych wnętrz pozwalała zrezygnować
z nagłośnienia i cieszyć się czystym dźwiękiem instrumentów. Trudno sobie wyobrazić lepsząś oprawę dla solowego recitalu Joachima Kuhna. Niemiecki pianista od wielu lat plasuje się poza głównymi nurtami eksperymentując na pograniczu jazzu i muzyki poważnej. Nie inaczej było i tym razem, kiedy potężne klastery lewej ręki i błyskotliwe pasaże prawej dominowały cały recital. Wyjątkiem była zaskakująco liryczna wersja Sleep, Safe and Warm Komedy.

W rozmowie po występie Kuhn wspominał bardzo ciepło zarówno Komedę, jak i całe polskie środowisko jazzowe. Duet Michael Wollny - fortepian i Heinz Sauer -saksofon zaprezentowało program z wydanej w wytwórni ACT płyty „Don’t Explain”. Niekonwencjonalne podejście obu muzyków do gry na swoich instrumentach sprawiało, że nawet dobrze znane tematy (Evidence Monka, All Blues Davisa) były dość dobrze zaszyfrowane. Muzyka niemieckiego duetu niepozbawiona była posępnego piękna.

Saksofonista Dave Liebman i pochodzący z Maroka pianista Jean-Marie Machado zakończyli cykl koncertów w klasztorze. W zasadzie repertuar był tutaj nieistotny, chociaż zagrali Ravela i fado z repertuaru Amalii Rodrigues. Istotna była pozbawiona słów konwersacja dwóch wspaniałych artystów.

Nie sposób wymienić wszystkich muzyków występujących w ciągu pięciu dni festiwalu, ale nie można pominąć występu weterana szwedzkiego jazzu – Bernta Rosengrena. To właśnie jemu Krzysztof Komeda poświęcił swoją kompozycję Ballad for Bernt. Ten dawny partner Komedy ma się zaskakująco dobrze i pomimo swoich 79 lat zaskakuje witalnością i poczuciem humoru. Na drugim biegunie wiekowym plasuje się szwedzki wirtuoz harmonijki ustnej Filip Jers, który ze swoim zespołem podąża śmiało drogą wytyczoną kiedyś przez Jana Johanssona twórczo interpretując utwory szwedzkiej muzyki ludowej. Warto było posłuchać znakomitego szwedzkiego trębacza Andersa Bergcrantza, który pojawił się w dwóch wcieleniach – jako członek hardbopowego zespołu
Per-Arne Tollboma oraz jako sideman w zespole swojej córki Iris.

Na oddzielną wzmiankę zasługuje również koncert poświęcony duńskiemu skrzypkowi Svendowi As­mus­senowi. Koncert zamierzony był jako tribute dla wielkiego muzyka, który w tym roku skończył, bagatela 100 lat! Trzeba było zobaczyć minę lidera zespołu, wieloletniego współpracownika Asmudssena, gitarzysty Jacoba Fishera, kiedy ujrzał dostojnego jubilata wsród publiczności. Niespodzianka została przygotowana w kompletnej tajemnicy przez szefa festiwalu Thomasa Lantza. Można sobie wyobrazić entuzjazm muzyków i publiczności. Owacjom nie było końca.

180 artystów, 37 koncertów (w większości wyprzedanych) na 11 scenach – to może imponować, ale to nie decyduje o wyjątkowości tego festiwalu. To wspaniała atmosfera, której daremnie by szukać na innych festiwalach sprawia, że z radością powraca się co roku do maleńkiego Ystad w południowej Szwecji.



Zobacz również

Jazzbląg 2016

Trzy dni, od 22 do 24 września, trwał zeszłoroczny festiwal w Elblągu.  Więcej >>>

Jamie Cullum: Finał Zadymki

Finał Zadymki miał miejsce w sali koncertowej NOSPR w Katowicach.  Więcej >>>

Jazz Jantar: edycja wiosenna

Skompletowanie „band of dreams” i nagranie z takim zespołem zaproponowanego przez siebie repertuaru –… Więcej >>>

Jazz Od Nowa Festival 2017

Odbył się po raz siedemnasty (22-25 lutego, trzy pierwsze wieczory w sali koncertowej ACKiS… Więcej >>>

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu