Książki Recenzje
Antonio Muñoz Molina, „Zima w Lizbonie”, tłum. Wojciech Charchalis, Poznań 2016

Recenzję opublikowano w numerze 12/2016 Jazz Forum.

Zima w Lizbonie

Stanisław Danielewicz


Bohaterem powieści jest jazzowy pianista. Jednak jazz to wdzięczny pretekst, nie zaś temat wiodący.

„Minęły prawie dwa lata od chwili, kiedy po raz ostatni widziałem Santiaga Biralba, a jednak gdy się spotkaliśmy o północy przy barze w ‘Metropolitano’, brak było w naszym powitaniu entuzjazmu, zupełnie jakbyśmy pili razem poprzedniej nocy, nie w Mad­rycie, ale w San Sebastian, w barze Flora Blooma, gdzie Biralbo swego czasu grywał. Teraz grał w ‘Metropolitano’, razem z czarnym kontrabasistą i perkusistą o nordyckim wyglądzie, bardzo młodym i nerwowym Francuzem, na którego mówiono Bupy. (…)

Jeszcze zanim go zobaczyłem, niemal rozpoznałem go po stylu gry na fortepianie. Robił to tak, jak gdyby wkładał w muzykę tylko tyle wysiłku, ile uważał za niezbędne, i jakby to co grał, nie miało z nim nic wspólnego. Siedziałem przy barze, plecami do muzyków, a jednak kiedy usłyszałem, jakby z oddali, dźwięki utworu, którego tytułu nie potrafiłem sobie przypomnieć, ogarnął mnie nagły niepokój – może to było jakieś nieokreślone wspomnienie przeszłości, które czasami odnajdywałem w muzyce  – a odwracając się, wciąż jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że to, co rozpoznaję, to jedna z tych straconych nocy w ‘Lady Bird’ w San Sebastian, gdzie nie byłem już tak dawno.”

Pierwsze zdania, zapisane barokowymi frazami, pełne wtrętów, doniesień i zapowiedzi historii, które mają się nieuchronnie wydarzyć, przywodzące na myśl prozę G.G. Márqueza, J. Cortázara, J. Donoso, rodzą nadzieję, że za chwilę rozpocznie się podróż, w trakcie której autor „Zimy w Lizbonie” w sposób prawie nadprzyrodzony zdoła przemienić zapis dźwięków  w odpowiadające muzycznym frazom zdania. Ta nadzieja nie była pozbawiona podstaw.

Zajmując się motywami muzycznymi w światowej i polskiej literaturze, poznałem przecież przed laty opowiadanie Cortazara „Pościg”, w sposób wręcz genialny przetłumaczone na język polski przez Zofię Chądzyńską. Nie będę tu o nim pisał, zachęcam jednak, by – jeśli ktoś owego opowiadania nie zna – czym prędzej się z nim zapoznał, jeśli mu jazz miły! Oto bowiem utwór literacki (koniecznie należy go czytać „na raz”, bez przerw) zmienia się w ciąg impresji, jeszcze nie będących muzyką, bo słyszanych tylko wewnętrznym uchem, ale już czymś więcej niż zestaw znaczeń kolejnych słów. Cortázar w swoim opowiadaniu przetworzył wielochorusowe, ekstatyczne solo Charlie’ego Parkera – nazwanego w opowiadaniu Johnny Carter – w ciąg skojarzeń słownych (lecz nie onomatopei, to nie ta prosta sztuczka), które dają złudzenie elementów słownie niewyrażalnych: dynamiki, frazowania, różnych wartości nut, rytmów.

Taką nadzieję stwarzało słowo „jazz” w reklamowym opisie na okładce książki („Miłość i samotność. Alkohol, jazz i Lizbona nocą”), a potem jednoznaczne odniesienia do historii życia Cheta Bakera, trębacza czasem dziś pomijanego w skrótowych monografiach, lecz w latach 50. XX w. cieszącego się estymą gwiazdy, swego rodzaju białego odpowiednika Milesa, z którym zresztą wygrywał w ankietach „Down Beatu” (!).

Porzućcie nadzieję! A.M. Molina nie poszedł tropem Cortázara, zresztą do tej pory nikomu się taka sztuka nie udała. Niemniej kunsztowny styl, pełne refleksji wtrącenia, szeroka fraza, wreszcie umieszczenie narratora poza teatrem kolejnych, dość dramatycznych wydarzeń – czynią z tej powieści dzieło w pewnym sensie porównywalne z poetyką tekstów jazzowych standardów i ballad.

Bohaterem powieści jest jazzowy pianista, a miłosna historia, pełna uniesień i zakrętów, osnuta jest na kanwie jego współpracy z jazzowym trębaczem, narkomanem i alkoholikiem, nazwanym tu imieniem Billy’ego Swanna.  Jednak jazz  to wdzięczny pretekst,  nie zaś temat wiodący. „Zima w Lizbonie” to bowiem romans, po trosze powieść łotrzykowska, wzbogacona lirycznymi zapisami stanów emocjonalnych, apologia egzystencjalistycznych interpretacji ludzkiego losu. Autor ściąga płaszcz złudzeń z postaci ani dobrych, ani złych, bo nie podlegających ocenie narratora, co być może tłumaczy powodzenie, jakim cieszy się ta powieść w ponowoczesnym świecie.

Miłość jest w tej powieści nieznośnie bliska, dotyka i rani, nie pozwala rozpłynąć się w codzienności. Jest jednak miłością niemożliwą, nigdy do końca niespełnioną – z czego zdajemy sobie sprawę dopiero wraz z ostatnim zdaniem powieści, choć okazuje się, że autor do finalnej konkluzji przygotowywał nas przez ponad dwieście stron.

Nie ośmieliłbym się szukać jakiegokolwiek słabego punktu owej niezwykłej powieści.


Zobacz również

Coltrane według Coltrane’a

Stanisław Danielewicz recenzuje książkę, którą opracował Chris DeVito, a przełożył na polski Filip Łobodziński. Więcej >>>

Lady Day śpiewa bluesa

Autobiografię Billie Holiday recenzuje Stanisław Danielewicz. Więcej >>>

Festiwal Jazzowy w Piwnicy Pod Baranami

Jubileuszowa edycja XX Letniego Festiwalu Jazzowego w Piwnicy pod Baranami wystartowała 26 czerwca. Więcej >>>

DŽEZAKY

Festiwal Bratislava Jazz Days dla słowackich melomanów jest, jak dla nas Jazz Jamboree. Więcej >>>

JAZZ FORUM 12/2017

Aktualnie w sprzedaży
Więcej >>>

Parallax Error

Leszek HeFi Wiśniowsk

Płyta miesiąca

Leszek Możdżer & Holland Baroque

Earth Particles

  • Ocena - 5
Linki
Z galerii

Leszek Możdżer „Te Deum”

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm
Dokument bez tytułu