Wytwórnia: C&P SO Jazz Records

 

Sylwester Ostrowski Quartet
„Don't Explain”

 

Tracklista (fragmenty utworów w plikach mp3):

1. Soul Eyes (Mal Waldron)
2. The Ruby and the Pearl (Evans/Livingston)
3. Lonesome Lover (Max Roach)
4. Don’t Explain (Billie Holliday)
5. Tin Tin Deo (Dizzie Gillespie)
6. Mr. Syms (John Coltrane)

Muzycy:
Sylwester Ostrowski - saksofon tenorowy;
Reggie Moore - fortepian;
Wayne Dockery - kontrabas;
Newman T. Baker - perkusja

Don’t Explain

Sylwester Ostrowski Quartet

SYLWESTER OSTROWSKI: SAKSOFON W SERCU
Renata Kicińska

Sylwester Ostrowski, saksofonista i animator kultury. Jako muzyk zdobył główną nagrodę w konkursie standardów jazzowych Siedlce 2002. Jako producent otrzymał Fryderyka 2007 za płytę Piotra Wojtasika „Circle”. Za działania na rzecz utworzenia Akademii Sztuki w Szczecinie w 2010 r. Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bogdan Zdrojewski przyznał mu odznaczenie „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Ma na swoim koncie dwa krążki: „When The
Groove Is Low” (2011) i ten najnowszy „Don’t Explain” (2013), który, wraz z najnowszym numerem, otrzymują prenumeratorzy JAZZ FORUM. Obie płyty nagrał z amerykańskimi jazzmanami, znanymi między innymi ze współpracy z Billym Harperem. Obecnie współtworzy projekt „Jazzmania z Nordeą”, a jego kariera artystyczna wyraźnie przyspiesza.

JAZZ FORUM: Gdy czytam Twoją biografię, to się gubię. Kim jesteś? Muzykiem, producentem, animatorem, działaczem, czy społecznikiem?

SYLWESTER OSTROWSKI: Szczerze… sam się gubię. (śmiech) Ale odpowiadając z głębi serca, mogę powiedzieć, kim się czuję – jestem muzykiem.

JF: Co się z Tobą działo przez całą dekadę? W 2002 wygrałeś w Siedlcach znaczący dla polskiej sceny jazzowej konkurs, a Twoja pierwsza płyta pojawiła się dopiero po blisko 10 latach.

SO: Na jakiś czas zamieniłem instrument na statuty, przelewy, pieczątki... (śmiech) Po prostu zajmowałem się różnymi sprawami, dzięki którym np. dziś w Szczecinie młodzi ludzie mogą studiować muzykę i plastykę w publicznej uczelni artystycznej.

JF: Robiłeś to własnej woli?

SO: I tak, i nie. Na pewno była to moja własna, świadoma decyzja, do której skłoniło mnie życie. W 2000 r. po skończonej szkole muzycznej chciałem wyjechać ze Szczecina, ale nie dostałem się na studia dzienne do Katowic. Zacząłem więc studiować tam na wieczorówce. Dalej mieszkałem w moim mieście, które wówczas, dyplomatycznie to ujmując, nie należało do szczególnie „jazzowych”. Później się ożeniłem, kupiliśmy z żoną mieszkanie i na dobre „zakotwiczyłem” w Szczecinie. Zacząłem zmieniać otaczającą mnie rzeczywistość na lepsze.

Założyłem stowarzyszenie, zacząłem organizować koncerty, konkursy, festiwale. Otwierałem kluby. Potem je zamykałem. (śmiech) Wydawałem i do dziś wydaję płyty. Apogeum tych działań to lata 2008 - 2010. Wówczas Marcin Zydorowicz, wojewoda zachodniopomorski, powołał mnie jako swojego pełnomocnika ds. utworzenia publicznej uczelni artystycznej.

Później zrobili to jeszcze Marszałek i Prezydent. Szczecin to było jedyne duże miasto w Polsce, które takiej uczelni nie posiadało i my, tzw. ludzie kultury i sztuki, naprawdę bardzo odczuwaliśmy ten brak. O Akademię starano się od 30 lat, niestety bezskutecznie. Ostatecznie, mój blisko trzyletni udział w tym procesie, wsparty pomocą bardzo wielu osób, doprowadził do utworzenia Akademii Sztuki w Szczecinie.

JF: Jak powstaje taka uczelnia?

SO: Na mocy ustawy sejmowej, zaopiniowanej pozytywnie przez uchwałę Senatu, oraz podpis Prezydenta RP.

JF: Czy to oznacza, że głosowałeś w Sejmie RP?

SO: Ja nie. Głosowali posłowie. Ale referowałem zasadność powołania uczelni. Brałem udział w posiedzeniach sejmowych komisji, w spotkaniach z ministrem kultury, marszałkiem sejmu, itp.

JF: A gdzie był wówczas twój saksofon?

SO: Zawsze był ze mną, w przenośni i dosłownie. Saksofon miałem zawsze w sercu. A często również ze sobą. Gdy przychodziły ciężkie chwile, np. pat w negocjacjach, to zawsze mogłem na nim zagrać dla poprawy atmosfery.

JF: A na serio?

SO: Cała dekada 2000-2010 była okresem mojej intensywnej działalności jako animatora kultury. Zrobiłem kilka wartościowych rzeczy. Z perspektywy lat – też parę całkowicie niepotrzebnych, ale przede wszystkim czuję się spełnionym, nazwijmy to, działaczem, i już wystarczy. Teraz staram się skupić na muzyce.

Ważne jest, że przez te lata robiłem te wszystkie rzeczy dla muzyki, przebywając wśród muzyków i artystów. Na saksofonie ćwiczyłem i grałem raz częściej, raz rzadziej. Ukończyłem studia w Katowicach i miałem kontakt ze sceną. Co ważne, w tym czasie poznałem wspaniałych artystów, takich, jak Piotr Wojtasik, Billy Harper, Newman T. Baker, Wayne Dockery.

JF: Newman Baker w ostatnim wywiadzie dla JF chwalił twoją grę i powiedział, że udaje ci się robić niemożliwą rzecz – być muzykiem i robić cały ten jazz-bussines.

SO: Newman jest znakomitym muzykiem i niezwykłym człowiekiem. Jest również bardzo łaskawy w ocenie mojej osoby. Z pewnością w jednym ma rację. Nie da się łączyć bycia muzykiem i organizatorem. To jest niemożliwe i mi również się to nie udaje.

JF: Który z wymienionych muzyków jest szczególnie ważny dla Ciebie?

SO: Piotr Wojtasik – jest szczególnym artystą i wyjątkową osobowością. To mój mentor i najlepszy przyjaciel. Gdyby nie on, dziś nie mógłbym z wiarą w wypowiadane słowa powiedzieć: „jestem saksofonistą jazzowym”. Oszczędzę czytelnikom JF mojej opinii na temat jego twórczości, bowiem dobrze znają jej wartość, ale chciałbym podzielić się swoim odczuciem, jaką rolę pełni dla polskiej sceny jazzowej. Za Piotrem nie stały i nie stoją „duże pieniądze” światowych koncernów fonograficznych.

To, czym zjednuje do siebie muzyków z tych wszystkich legendarnych zespołów, takich, jak Reggie Workman z kwartetu Johna Coltrane’a, Billy Hart z zespołów Milesa Davisa i Herbie’ego Hanckocka, czy Billy Harper z Jazz Messengers, to sposób, w jaki gra i jak bardzo oddany jest muzyce. Na przykład ostatnio graliśmy w Tarnowie, gdzie spotkaliśmy się z Kennym Garrettem. Kenny wysłuchał koncertu, gratulował Piotrowi gry, skomponowanych utworów i powiedział „słyszałem od Kirka Lightseya, że będzie to nagrywać. Jakbyś chciał, mam dzisiaj wolne…” I tak się dzieje za każdym razem, kiedy tylko wyciągnie trąbkę i zagra.

Ale co najważniejsze, Piotr utrzymuje te kontakty i dzieli się nimi ze swoimi kolegami i studentami już od ponad 15 lat. To dzięki niemu wielu artystów, którzy mieli znaczący wkład w kreatywny rozwój jazzu, regularnie i chętnie przyjeżdża do Polski, grając z nami koncerty, robiąc warsztaty, spotykając się i ucząc polskich muzyków, jak grać. W tym sensie Piotr Wojtasik, jak nikt inny, przybliżył nas do sedna jazzu, skracając dystans do NYC.

JF: To, co mówisz, jest ciekawe, ale najczęściej w wywiadach muzycy mówią o sobie. O swoich poglądach na muzykę, o inspiracjach. Opowiadają o swojej twórczości.

SO: No i bardzo dobrze, że tak robią. Jeśli chodzi o mnie, to zapraszam do wysłuchania mojej płyty. Każdy, kto jej posłucha – usłyszy, co mam do powiedzenia, co próbuję przekazać poprzez swoją twórczość.

JF: Inspiracje?

SO: John Coltrane, Dexter Gordon, Sonny Rollins, Stanley Turrentine, ale także Dewey Redman, Archie Shepp i Billy Harper. No i oczywiście Piotr Wojtasik.

JF: Przyświeca Tobie jakieś motto? Przesłanie?

SO: Tak. Szczególnie bliskie jest mi przesłanie nieodżałowanego Tomasza Szukalskiego. „Muzyce powinniśmy służyć, a nie wysługiwać się nią”.

Rozmawiała: Renata Kicińska

 

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm