Wytwórnia: Verve 00600753571552 (dystrybucja Universal)

Tenderly;
Stars Fell on Alabama;
My Man;
Yesterdays;
Come Rain or Come Shine;
Autumn in New York;
What a Little Moonlight Can Do;
Stormy Weather;
These Foolish Things (Remind Me of You);
He’s Funny That Way;
Prelude to a Kiss;
I Don’t Want to Cry Anymore;
God Bless the Child;
Strange Fruit

Muzycy: Billie Holiday, śpiew i różne składy instrumentalne 

Recenzję opublikowano w numerze 4-5/2015 Jazz Forum.


God Bless The Child

Best Of Billie Holiday

  • Ocena - 5

7 kwietnia br. świat jazzu obchodził stulecie urodzin jednej z najwybitniejszych śpiewaczek jazzowych. Oczywistym jest, że z tej okazji ukazały się reedycje jej nagrań, nowi wykonawcy wydają płyty, prezentując swoją wizję jej muzyki, odbywają się liczne koncerty pod jej hasłem, publikowane są kolejne jej biografie i artykuły w prasie. Właśnie dzięki współczesnym wykonawcom możemy lepiej zgłębić spuściznę, jaką zostawiła Billie Holiday. 

Można ubolewać, że świat dzisiaj pamięta ją jako tragiczną wokalistkę z trudnym dzieciństwem, uwikłaną w wiele nieszczęśliwych związków, z problemami z alkoholem i narkotykami, aresztowaniami przez policję i w końcu z przerwanym życiem przedwczesną śmiercią. Taki obraz można na przykład wynieść z popularnego filmu „Lady Sings the Blues” z Dianą Ross lub też z dostępnych informacji w Internecie. To absolutnie nie wystarcza, aby postrzegać Billie jako cierpiącą ofiarę swoich czasów, a według dzisiejszych standardów posiadającą brzmienie dość manierycznej śpiewaczki o płaskim chrapliwym głosie i niewielkiej skali, śpiewającą głównie niemodne ballady.

Im uważniej odbiorca wsłuchuje się w wykonywane przez nią utwory, tym bardziej można dostrzec ponadczasowe walory jej sztuki, oraz to że była wyjątkowym uosobieniem jazzu lat 40. i 50. Wymaga to wszakże pewnej dojrzałości dzisiejszego fana jazzu. Wykształciła się na nagraniach Louisa Armstronga i Bessie Smith, co nauczyło ją inteligentnego improwizowania wokół melodii i frazowania z tym zdumiewającym timingiem, poza bitem. Zawsze obecny u niej był ten nie do opisania bluesowy feeling. 

Jej interpretacje znanych utworów, pomimo pogarszającego się z wiekiem głosu, czyniły je absolutnymi majstersztykami, najpiękniejszymi wersjami tych utworów do dzisiaj. Ze swych braków wokalnych uczyniła element wirtuozerskiej ekspresji. Wielu muzyków marzyłoby, aby grać u jej boku. Posiadała bowiem ten rzadki dar komunikowania muzyki i treści piosenek, który hipnotyzował wręcz słuchaczy. Potrafiła wiarygodnie opowiadać o kondycji ludzkich spraw, o samotności, o gorzkich stronach życia, ale i o nadziei i przetrwaniu. 

Album „Best Of Billie Holiday” jest kom­pilacją nagrań z lat 1952-56. Znalazły się tu wykonania głównie z dwóch okresów: z 1952 roku – z Oscarem Petersonem i jego zespołem, oraz z roku 1955 – z zespołem pianisty Jimmy’ego Rowlesa, który pracował z Lady Day pod koniec jej kariery. Oba zespoły grają inaczej, ale oba brzmią doskonale i starannie akompaniują solistce. 

Wystarczy zamknąć oczy, by przenieść się do jednego z klubów Los Angeles (pamiętamy, że w Nowym Jorku miała wydany przez policję zakaz występów). Odczujemy całą paletę emocji. Radość Stars Fell on Alabama, wzruszenie Autumn in New York, nostalgię Prelude to a Kiss, dreszcz God Bless the Child, którego Billie jest współautorką. 

Płytę zamyka tak jak przez lata jej recitale Strange Fruit, wykonywany jak zawsze tylko z fortepianem przy zgaszonych światłach, w całkowitym skupieniu i ciszy. W tym momencie na jej koncertach napięcie i emocje sięgały zenitu. Nigdy po nim nie bisowała. To ona mimo wielu sprzeciwów menedżerów i promotorów radiowych rozsławiła ten utwór, czyniąc go jednym ze sztandarów protestu wobec rasizmu.

W ocenie tej płyty nasuwa się myśl o braku jednego lub wręcz kilku utworów z towarzyszeniem Lestera Younga. Wiadomo, że Prez i Lady Day jak siebie nazwali, byli muzycznie bardzo ze sobą powiązani, nadawali tym samym językiem jazzowym. Inspirowali się, naśladowali, i dokonali wielu wspaniałych nagrań. Fine Romance lub Fine and Mellow należą do najważniejszych w jej i jego karierze. Nieczęsto bowiem zdarza się w muzyce, aby dwoje muzyków tak wzajemnie się słuchało, rozumiało, wyrażało te same uczucia podobnymi frazami. Ich wielkość polegała między innymi na tym, że opowiadając historię zawartą w utworze, przez swoją wyjątkową interpretację, potrafili przywodzić uczucia smutku lub radości, nigdy nie pozostawiając słuchacza obojętnym. Dzisiaj wszyscy muzycy, nawet nowocześni, kochają tych dwoje i starają się ich naśladować.


Autor: Piotr Rodowicz

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm