I’m Gonna Rock You

Beata Przybytek

BEATA PRZYBYTEK

Is Gonna Rock You

rozmawia: Bogdan Chmura

Wokalistka i pianistka Beata Przybytek na swym najnowszym albumie ujawnia nieprzeciętny talent kompozytorski. Sama napisała wszystkie utwory i nadała im formę jazzujących piosenek. W repertuarze nie brakuje prawdziwych hitów, a interpretacje Beaty zachwycają bogactwem ekspresji, barwy i niuansami intonacyjnymi charakterystycznymi dla bluesa. Bo żywiołem Beaty jest blues…

Nagrała kilka płyt, ale ta najnowsza wydaje się być punktem zwrotnym w jej karierze; artystka odchodzi od mainstreamu, standardów, by stworzyć kolorową fuzję różnych gatunków. Jej album zdecydowanie wyróżnia się na tle podobnych projektów, których w Polsce powstaje wiele – jest bardziej wyrazisty, ma zdefiniowany charakter, moc i czytelny przekaz. Płyta od dnia premiery (9 listopada) spotkała się z dużym zainteresowaniem fanów i krytyków; w tej chwili piosenki Beaty Przybytek są emitowane na antenie Radia Kraków, gdzie „I’m Gonna Rock You” ma status płyty tygodnia.

Spotykamy się w małej kawiarence krakowskiego hotelu Chopin. W godzinach porannych ruch jest tu niewielki, można spokojnie rozmawiać i nagrywać. Beata ze swadą i humorem opowiada o sobie, swojej muzyce, o pracy nad najnowszym albumem.

JAZZ FORUM: To Twój drugi wywiad dla naszego pisma, wcześniej nie miałaś okazji opowiedzieć czytelnikom o początkach Twojej przygody z muzyką.

BEATA PRZYBYTEK: Moja przygoda z muzyką zaczęła się od śpiewania. Jako 3–4 letnie dziecko poczułam pierwszą radość z wydobywania z siebie dźwięków. Później zaczęłam grać na fortepianie, uczyłam się w szkołach muzycznych I i II stopnia. Odkąd pamiętam, zawsze sama sobie akompaniowałam. Pierwsze próby śpiewania z fortepianem przypadają na okres czwartej lub piątej klasy szkoły podstawowej; na przerwach grałam i śpiewałam dla kolegów i koleżanek – to byli moi pierwsi słuchacze. Oczywiście, śpiewałam także w domu, zdecydowanie wolałam to od ćwiczenia klasycznych utworów na fortepianie.

Moje śpiewanie „na poważnie” rozpoczęło się wraz ze studiami w Akademii Muzycznej w Katowicach. Ale zanim tam trafiłam, wzięłam udział w warsztatach jazzowych w Puławach, gdzie chłonęłam jazz przez 24 godziny na dobę. To właśnie wtedy poczułam nieodpartą chęć zajmowania się tą muzyką na serio, profesjonalnie. Zaczęłam intensywnie ją poznawać, słuchałam jazzowych audycji w radiu (a nawet je nagrywałam), przeczytałam jednym tchem „Wszystko o jazzie” J. E. Berendta, no i tak to poszło…

JF: Poprzednią płytę „Wonderland” nagrałaś w 2005, co ważnego wydarzyło się u Ciebie w ciągu tych siedmiu lat?

BP: Sporo się działo. Zarówno w życiu prywatnym, artystycznym, jak i zawodowym. Po nagraniu „Wonderland” zaczęłam się rozglądać za nowym materiałem, który mogłabym opracować i wydać, ale jakoś nic nie przykuwało mej uwagi. Szukałam czegoś wyjątkowego. Angażowałam się więc w różne przedsięwzięcia, m.in. projekt Małgorzaty Maliszczak, kompozytorki związanej z Akademią Muzyczną w Katowicach oraz w „Śpiewając jazz”, pod patronatem Fundacji Kalinowe Serce, z udziałem Marianny Wróblewskiej i Maćka Zakościelnego. Współpracowałam też z Jazz Band Ball Orchestra. W 2007 zostałam pedagogiem Instytutu Jazzu w Katowicach – to był bardzo ważny moment w moim życiu zawodowym. Do tego oczywiście koncerty, festiwale w kraju i za granicą – więc niby rutyna, ale na pewno nie nuda, zawsze coś się działo. Np. na jednym z takich festiwali śpiewam sobie koncert i nagle słyszę dźwięk trąbki. Nie wiem, o co chodzi, bo przecież w moim kwintecie nie ma trębacza. Rozglądam się, a obok mnie stoi… Roy Hargrove – znienacka dołączył do nas i pozostał na scenie do końca setu. Potem było jam session, podczas którego Roy przedstawił mnie swojemu menedżerowi. Okazało się, że to legendarny Larry „Ragman” Clothier, który wyprodukował m.in. słynną płytę Carmen McRae „Carmen Sings Monk”. Po tym spotkaniu zrodził się pomysł napisania piosenki z „Ragmanem” w tytule – stąd blues Be My Ragman, który znalazł się na mojej płycie. Posłałam mu ten utwór, na razie nie odpowiedział... (śmiech)

JF: Jak powstał album „I’m Gonna Rock You”? Skąd pomysły, inspiracje, no i – co chyba również ważne – wiara w sens całego przedsięwzięcia?

BP: Zacznę od końca. Wiara w sens tego przedsięwzięcia wzięła się z ludzkiego entuzjazmu. Napisałam piosenki, podobały mi się, ale nie miałam pojęcia, jak wypadną w konfrontacji z muzykami. Umówiłam się z nimi na próbę, gdzie przybyłam w stanie kompletnego roztrzęsienia. Jednak szybko zobaczyłam w ich oczach akceptację, nawet entuzjazm. Moje utwory bardzo się im spodobały, dostrzegli w nich wielki potencjał. Pokazałam im tylko kilka numerów, a oni zachęcili mnie, bym pisała dalej. To dodało mi skrzydeł, wyzwoliło dodatkową energię. Pewną inspiracją były dla mnie ostatnie projekty Herbie’ego Hancocka – „Possibilities” i „The Imaginary Project”, czyli koncept wykonywania piosenek przez jazzmanów, coś, co może sprawiać przyjemność i muzykom, i słuchaczom.

JF: Zanim posłuchałem płyty, dokładnie przyjrzałem się okładce. Emanuje z niej optymizm, ciepło (kolorystyka), słodycz (ach, te czekoladki!), ale też humor i przekora. To „pudełeczko ze słodyczami” chciałem szybko otworzyć i poznać jego zawartość. A ta okazała się zaskakująca.

BP: Czyli cel został osiągnięty, bo właśnie o element zaskoczenia mi chodziło – otwierasz pudełko czekoladek i nie wiesz, na co trafisz.

JF: Jak w słynnej sentencji z „Forresta Gumpa”.

BP: Tak, jest tu pewna zbieżność z „Forrestem Gumpem”. Mój album to swoista podróż – zmieniają się style, nastroje, brzmienia. W nagraniach znalazły się też różne vintage’owe smaczki, więc pomyślałam sobie, że warto byłoby to wszystko jakoś zasygnalizować na okładce. Jest ona stylizowana na bombonierkę z dawnych lat. Widzimy czekoladki, uśmiechniętą dziewczynę, taką trochę pin-up girl z lat 50., a wszystko w złotawo-słodkich kolorkach „z epoki”.

JF: Album to dzieło dwóch kobiet; autorką większości tekstów – poza trzema, które napisałaś sama – jest Alicja Maciejowska, Ty skomponowałaś wszystkie utwory.

BP: To są moje pierwsze poważniejsze próby kompozytorskie. W przeszłości przymierzałam się do pisania, ale byłam bardzo niezadowolona z efektów. Do skomponowania pierwszych utworów zachęcił mnie Krzysiek Maciejowski (skrzypek i kompozytor mieszkający i tworzący w Bielsku), który polecił mi Alicję jako autorkę tekstów. Ona pisze fantastyczne piosenki, zajmuje się tym od lat (z wykształcenia jest – uwaga – doktorem prawa). Od razu napisała je po angielsku; chodziło o to, by miały większą nośność, były bardziej uniwersalne.

JF: A więc komponowanie zaczynasz od analizy testu.

BP: Zdecydowanie! Chociaż jest jeden wyjątek; That’s It, jedna z moich pierwszych kompozycji, powstała chyba siedem lat temu jako utwór instrumentalny. Słowa dopisałam sama. Nie było to łatwe, ale też nie bardzo trudne, bo zajęło mi tylko godzinkę.

JF: Jak Ci się pisało do tekstów Alicji Maciejowskiej?

PB: Rewelacyjnie! I szybko! Jej teksty są szczególne, zawsze opowiadają jakąś historię i, co chyba jeszcze ważniejsze, mają w sobie bardzo wyraźny rytm, zaklętą melodię i gotową formę muzyczną. To powoduje, że biorę je do ręki, patrzę na nie i od razu słyszę muzykę. A potem szybko rach, ciach, ciach i po pół godzinie mam już dwie piosenki. (śmiech). Po tygodniu miałyśmy siedem utworów, a po dwóch – dwanaście, czyli prawie cały materiał na płytę.

JF: Piszesz pod wpływem natchnienia, impulsu?

BP: Impuls! Siadam, muszę, natychmiast, bo inaczej zapomnę. Kiedy komponowałam ten materiał byłam w jakimś szale twórczym – nie spałam, nie jadłam, wszystko się we mnie kłębiło. Kiedyś zerwałam się o trzeciej w nocy i napisałam Kind of Funny. Odkryłam też, że mogę komponować „na sucho”, bez instrumentu – piosenka Tonight for Today – nostalgiczna, sentymentalna – powstała w bardzo trywialnych okolicznościach, a konkretnie podczas jazdy autobusem PKS relacji Bielsko-Kraków. Te dwa tygodnie pracy nad piosenkami były mordercze, ale owocne. Potem zaczęłam się bać, że już nie umiem pisać, że straciłam wenę…

JF: Rossini stracił…

BP: Natchnienie to nie jest stan permanentny. Obserwuję u siebie takie przypływy i odpływy. Ale ostatnio znów piszę, czuję dobrą falę, więc nie jest źle.

JF: Notujesz pomysły na papierze nutowym, nagrywasz je, np. na dyktafonie?

BP: Nagrywam na dyktafonie, prawie identycznym, jakiego Ty używasz w tej chwili. Zapisanie muzyki w nutach nie stanowi dla mnie problemu, ale wymaga czasu, a ja się zawsze obawiam, że to, co mam głowie szybko uleci. O tym jest piosenka Catch Your Idea.

JF: Masz niesamowitą zdolność tworzenia melodii, które rozwijają się w naturalny sposób i łatwo wpadają w ucho.

BP: Nawiązując do tekstu wspomnianego Catch Your Idea, uważam, że pomysły wiszą w powietrzu. Trzeba tylko wyciągnąć ręce i złapać je. Ja może miałam to szczęście, trafiłam w dobry moment.

JF: „Śpiewać każdy może”, komponować także, ale sztuką jest napisać utwory, które natychmiast zapadają w pamięć – za mną wciąż „chodzi” Marilyn.

BP: Sama jestem tym zaskoczona, bo zawsze mi się wydawało, że postrzegam utwory poprzez harmonię, nie melodię. Często nawet żartuję, że zostałam wokalistką jazzową, a nie np. klasyczną, ponieważ nie mam pamięci do konkretnych melodii. (śmiech) Rzeczywiście, dotarło do mnie sporo sygnałów od słuchaczy i od muzyków, że moje piosenki są chwytliwe – po próbach koledzy z zespołu chodzili i nucili je.

JF: Na płycie odchodzisz od „czystego jazzu”, z którym byłaś kojarzona; teraz Twoja muzyka jest fuzją bluesa, rhythm and bluesa, soulu, funky, jazzu, także bossy i salsy.

BP: Co to jest czysty jazz, czy coś takiego jeszcze funkcjonuje? To, co teraz śpiewam wynika z mojej otwartości na muzykę w ogóle, jest wypadkową mojej fascynacji wszystkimi tymi gatunkami, które wymieniłeś. Słucham nie tylko jazzu – to oczywiste.

JF: Twoje piosenki są zdyscyplinowane formalnie, charakterystyczne jest też to, że nie ma w nich obszernych solówek.

BP: To znów wynika ze struktury tekstu, który wyraźnie sugeruje, że mamy do czynienia z piosenką, a nie z poważnym dziełem. Jeśli chodzi o solówki, zależało mi, żeby były zwarte, konkretne, natomiast podczas koncertów pozwalamy sobie na więcej, wejścia solistów są bardziej rozbudowane.

JF: Ułożyłaś utwory tak, by słuchacz nie zdążył się przywiązać do jednej stylistyki – wszystko zmienia się bardzo szybko.

BP: Dokładnie tak starałam się zrobić. Jestem zwolenniczką wartkiej akcji. Ponieważ utwory są bardzo różne w charakterze uważałam, że najlepiej ułożyć je na zasadzie kontrastu. Pamiętam, jak odpowiedzialny za miks i mastering Robert Szydło powiedział: „oj, współczuję Ci przy układaniu kolejności utworów, bo każdy jest z innej bajki, będziesz miała niezłą zagwozdkę”. Jednak okazało się, że to wcale nie było trudne. Stworzyłam taki muzyczny rollercoaster – zafundowałam słuchaczowi szybką jazdę, pełną niespodzianek i nagłych zwrotów akcji.

JF: W kilku utworach wprowadzasz pastisz, stylizację, muzyczny humor; w Political Fiction pojawiają się rytmy rock and rollowe i brzmienia gitary z lat 60., w Be My Ragman mamy żartobliwą imitację ragtime’u i stride’u, w salsowym P/L/A/S/T/I/C słychać echa Santany, a Catch Your Idea nawiązuje do muzyki funky-soul lat 70. Tych tropów jest bardzo wiele.

BP: Ale to też wiąże się z tekstami, które narzucają konwencję. Aby jeszcze silniej ją podkreślić, potrzebowaliśmy „specyficznych” brzmień. Tutaj nieoceniony okazał się Tomek Kałwak, w Political Fiction to on wymyślił te gitarki w stylu Shadowsów (albo, jak kto woli, filmów Tarrantino). Podsunął też pomysł wykorzystania efektu starej płyty i barwy organów Vermona, która może się kojarzyć z dancingiem w PRL-u, kiczem i bazarkiem. A Santana? Tak, oczywiście! Gdy nagrywaliśmy P/L/A/S/T/I/C, doszliśmy do wniosku, że potrzebujemy takiej gitarki; jak Damian Kurasz odpalił pierwszą frazę pękaliśmy ze śmiechu, ale zapadła decyzja – to musi zostać.

JF: Jesteś współaranżerką tych piosenek.

BP: Od początku miałam ogólny zarys brzmienia całości. Chciałam, żeby to był projekt akustyczny, wiedziałam, że chcę mieć np. kontrabas, a nie gitarę basową i tak dalej. Brakowało mi jednak pewnych szczególików, smaczków aranżacyjnych, które mogłyby wzbogacić nagrania, nadać im charakter. I właśnie Tomek Kałwak idealnie sprawdził się w roli mistrza detalu. Jest to aranżer i producent o wyjątkowej wyobraźni, wrażliwości, kreatywności i, co najważniejsze, nadludzkiej wręcz cierpliwości, zważywszy na mój niełatwy charakter. Moja rola polegała na ścisłej współpracy z nim; mówiąc wprost, wtryniałam się we wszystko, nadzorując cały proces aranżowania i produkcji tak, by końcowy efekt pokrywał się z moją wizją. Jednak muszę przyznać, że to Tomek nadał tym utworom ostateczny kształt i formę.

JF: I Will Pay for the Blues dedykujesz Amy Winehouse. To bardzo poruszający utwór, czy powstał on w jakichś szczególnych okolicznościach?

BP: Śmierć Amy Winehouse przyjęłam z ogromnym smutkiem. Uważam, że była to wyjątkowo utalentowana dziewczyna o przeogromnej wrażliwości, i to ta wrażliwość ją zabiła. Zapłaciła za bluesa najwyższą cenę. Ten utwór powstał zanim Amy odeszła, ale gdy się dowiedziałam o tym smutnym fakcie dopisałam tę dedykację.

JF: W Twoich interpretacjach uderza różnorodność interpretacji – każdy utwór prezentuje inne walory Twojego głosu.

BP: Nie myślałam o tym w ten sposób. Wszystko działo się podświadomie, intuicyjnie. Śpiewałam tak, jak czuję. Nie traktuję interpretacji koncepcyjnie, raczej emocjonalnie. Na początku sądziłam, że w studiu zarejestruję tylko jakieś „rybki”, a wokal dogram osobno, na spokojnie, w innym czasie, miejscu. Ale tak się nie stało, większość linii wokalnych pochodzi z sesji z muzykami na żywo. I chyba dobrze.

JF: Płyta pokazuje, że wciąż inspirują Cię Czarne wokalistki.

BP: Sposób, w jaki śpiewam, wynika z fascynacji muzyką o bluesowo-jazzowym feelingu. Kiedy zastanawiałam się nad tym, co i jak chciałabym nagrać, doszłam do wniosku, że siedzi we mnie blues. Gdy zanalizowałam to, co wyśpiewuję okazało się, że jest w tym strasznie dużo bluesowych nut, cały czas blue note’y są tam mocno obecne. Pomyślałam, że jest to jednak pewien walor, że warto zrobić z tego jakiś klucz, zaakcentować to. Pewnie dlatego wszystkie utwory na płycie są nasycone bluesem. Nie naśladuję konkretnych wokalistek – moje śpiewanie jest jakąś wypadkową tego, czym nasiąkałam przez całe życie.

JF: Twoje pomysły wzorowo realizuje towarzyszący Ci zespół i zaproszeni goście, m.in. Piotr Wojtasik, Krzysztof Dziedzic, Bernard Maseli, Marcin Wyrostek.

BP: To dla mnie przeogromny zaszczyt, że muzycy tej klasy – mam tu na myśli wszystkich występujących na płycie – zgodzili się wziąć udział w nagraniu. Do niedawna niektóre z tych nazwisk wymawiałam… szeptem. Miałam sporo szczęścia, że udało mi się zgromadzić tak doborowe towarzystwo.

JF: Na stałe mieszkasz w Bielsku-Białej. Nie kusi Cię Warszawa, Kraków?

BP: Cóż – nie. Stamtąd pochodzę, tam dorastałam, tam mam rodzinę, przyjaciół. Tam stawiałam pierwsze kroki na scenie, biorąc udział w licznych jam sessions. Bielsko-Biała to dla mnie wyjątkowe miasto. Mamy dość spore środowisko jazzowe; wielu muzyków, mimo intensywnej kariery, cały czas mieszka w Bielsku i ani myśli o przeprowadzce. Podobnie jest ze mną.

To miasto posiada klimat wybitnie sprzyjający muzyce jazzowej. Odbywają się u nas dwa ważne i znane w świecie festiwale – Jazzowa Jesień oraz Bielska Zadymka Jazzowa. Nie ukrywam też, że przy moim projekcie – zarówno jeśli chodzi o wydawnictwo, jak i organizację koncertu premierowego – otrzymałam spore wsparcie ze strony władz Gminy Bielsko-Biała. To bardzo ważne!

JF: Twoja kariera i styl wciąż ewoluują; czy wiesz, w jakim kierunku chcesz się dalej rozwijać?

BP: Nie potrafię tego przewidzieć, jestem otwarta. Na pewno będę dalej komponować, bo sprawia mi to ogromną frajdę.

Rozmawiał: Bogdan Chmura

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm