Wytwórnia: Okeh 88875011652 (dystrybucja Sony)

Who Needs It;
Stardust;
Improvisation No. 1;
Sonata in a Minor for Oboe Solo Wq. 132: I Poco Adagio;
The Moment I Recall Your Face;
Improvisation No. 2;
Mai, op. 7;
Improvisation No. 3;
Improvisation No. 4;
Blues for One;
I’m So Glad We Had This Time Together

Muzycy: Branford Marsalis, saksofon tenorowy i sopranowy 

Recenzję opublikowano w numerze 12/2015 Jazz Forum.

In My Solitude: Live At Grace Cathedral

Branford Marsalis

  • Ocena - 4.5

Solowe płyty saksofonowe (np. Lee Konitz, Adam Pierończyk etc.) to muzyka dla słuchacza wymagającego, ale też wymagająca od słuchacza maksymalnego skupienia. Tego nie można słuchać przy okazji. To ma być celebracja przekazu artystycznego w intymnej łączności twórcy i odbiorcy...

Płyta „In My Solitude” została nagrana w Katedrze pw. Łaski Bożej w San Francisco, gdzie Duke Ellington w 1965 pierwszy raz zaprezentował swój Sacred Concert. Stąd zapewne Branford Marsalis wziął tytuł, będący tak odniesieniem do solowego charakteru występu saksofonisty, jak i początkiem tekstu jednej z kompozycji Księcia Pana (Solitude). Przestrzeń świątynna, pełna długiego pogłosu, nieużyteczna dla jazzbandu z perkusją i innymi głośnymi instrumentami, stwarza możliwość melodycznej eksploracji solowej, gdzie nakładające się na siebie, długo wybrzmiewające pasaże zaskakują słuchacza (a pewnie i grającego też) przebogatymi fakturami harmonii wyprowadzonej z – niejako zatrzymanych w czasie – kropel melodii.

Zaczyna się dostojnie i nowocześnie, przewrotnie zatytułowany Who Needs It utwór Steve’a Lacy’ego (białego, nieżyjącego już sopranisty), inspiracja będąca jednocześnie wyzwaniem. Potem nagle... Stardust! Tenor grzmiący „trójkątem” Ben Webster – Harold Ashby – Paul Gonsalves (dalej jesteśmy na książęcym dworze). Tu nie ma cienia wątpliwości – Branford, he can play saxophone, man!

Potem robi się groźnie. Sonata obojowa Bacha (nie tego, tylko jakiegoś innego), utwory o tytule Improwizacja i opatrzone kolejnym numerem porządkowym, kompozycja współczesna Mai, op. 7 (Ryo Noda) i autorskie kompozycje (?) mistrza Branforda. Co utwór to inna, mniej lub bardziej XXI-wieczna opowieść. Zatem to zbiór nowel, chociaż po takiej płycie, tak zagranej, tak nagranej, tak wydanej i tak reklamowanej spodziewałem się znamienia powieści, sagi, na dodatek Ellingtonowskiej (tytuł)... Trudno. Czytamy nowele. I dobrze, że do końca, bo wtedy wytrwały słuchacz dostaje w prezencie bluesa, ba, bluesidło (Blues for One)!

Branford urodził się w Luizjanie, i to słychać. Gra jak anioł, czarny oczywiście. Przyczepić się można jedynie do przyśpieszonych... pauz, czyli minimalnie zbyt wczesnych wejść po breakach, jakie saksofonista robi sam sobie dla siebie, no bo przecież jest tam sam. A na deser standard I’m So Glad We Have This Time Together, chapeau bas, jak przy Stardust...

Na płycie „In My Solitude” słyszymy żywą muzykę. Nie tylko muzykę zresztą. Słychać tupanie, szuranie podeszwą, onomatopeję (coś jakby sh...) po nieudanej nucie w górze rejestru sopranu, reakcje publiczności (niekiedy mocno rozbawionej, ciekawe czym), a także oddalający się od mikrofonu saksofon spacerującego po prezbiterium saksofonisty. Jestem pewien, że odbiór tego wydarzenia na żywo był doświadczeniem wielokroć mocniejszym i lepszym. Ale jestem też pewien, że gdyby nie fonografia, to nie wiedzielibyśmy nawet, że była taka niespotykana historia ujęta w zbiór panamarsalisowych nowel.

Autor: Piotr Baron

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm