1. Marika
2. New Folk
3. Preludium
4. Chopin
5. Jabłuszko
6. Cracovia
7. Helsinki
8. O mój rozmarynie
9. Highlands Blues

Muzycy: Marek Konarski, saksofon; Artur Tuźnik, fortepian; Damian Kostka, kontrabas; Kuba Gudz, perkusja; gościnnie: Ania Rybacka, śpiew (8)


Konarski & Folks

Marek Konarski, rocznik 1992, to jeden z najbardziej oryginalnych i twórczych saksofonistów młodego pokolenia. Jego pozycję na rynku artystycznym ukształtowało nie tylko bogate doświadczenie koncertowe, a w tym projekty realizowane wspólnie z gwiazdami europejskiego i światowego jazzu takimi jak Jerry Bergonzi, Tim Hagans, Anders Mogensen, David Braid czy Carl Winter, ale także wysoko cenione w środowisku jazzowym rejestracje płytowe. W marcu 2021 roku ukazał się jego autorski album zatytułowany „Konarski & Folks”, który otrzymują wraz z niniejszym numerem prenumeratorzy naszego czasopisma.

Z Markiem Konarskim rozmawia Andrzej Białkowski:  

JAZZ FORUM: Należysz do grona osób, których przygoda z jazzem rozpoczęła się w gorzowskim Jazz Clubie „Pod Filarami”. Na czym polega magia tego miejsca i jego umiejętność przyciągania jazzowych talentów?

MAREK KONARSKI: Nie użyłbym tu słowa magia, to raczej konsekwentnie nawarstwiana i trwająca już kilka dekad umiejętność pracy z publicznością i młodymi muzykami, których w otoczeniu klubu nigdy nie brakuje. W tym zakresie doświadczenia gorzowskich „Filarów” i jej lidera Bogusława Dziekańskiego są imponujące. Pewnie należy do nich również umiejętność korzystania z potęgi jazzowej magii, ale o to musisz już zapytać samych zainteresowanych.

JF: A jak ty skorzystałeś z doświadczeń gorzowskich „Filarów”?

MK: Rzecz rozpoczęła się, gdy byłem jeszcze gimnazjalistą. Miałem wtedy możliwość uczestniczenia w organizowanych przez gorzowski klub audycjach Małej Akademii Jazzu. Do dziś pamiętam zajęcia prowadzone przez Adama Wendta – pełne humoru, przyjaznej, optymistycznej atmosfery i znakomitych improwizacji, które mnie zachwycały. Po jednym z takich spotkań podszedłem do Bogusława Dziekańskiego i oznajmiłem mu, że ja też jestem saksofonistą. Dostałem wtedy zaproszenie na najbliższy koncert do klubu. Pamiętam, że czułem się wtedy wyróżniony.

JF: Skorzystałeś z tego zaproszenia?

MK: Oczywiście, już kilka dni później. Sam klub nieco mnie onieśmielił. Przywitała mnie gęsta chmura papierosowego dymu, plakaty koncertowe, zdjęcia jazzowych znakomitości, których większości w tym czasie nie potrafiłem jeszcze rozpoznać, i sala koncertowa – przyciemniona, klimatyczna, z instrumentami rozłożonymi na scenie. Obraz niczym z filmu. Miałem wtedy 14 lat. Koncert rozpoczął się z małym opóźnieniem, czyli (jak się później dowiedziałem) zgodnie z jazzową tradycją. Niestety, trafiłem na awangardowe trio z saksofonem.

JF: I udało ci się wytrwać do końca?

MK: Nie, to przekraczało moje możliwości. Po dziesięciu minutach wyszedłem zawiedziony. Z doświadczeń, które wyniosłem z Małej Akademii Jazzu, miałem nieco inny obraz tej muzyki i zrozumiałem, że muszę wszystko przeanalizować na nowo.

JF: Nie zniechęciłeś się?

MK:Przeciwnie, choć okoliczność wytrąciła mnie z równowagi. Postanowiłem jednak nie odpuszczać i po tygodniu znów pojawiłem się na koncercie klubowym. Na szczęście tym razem wszystko odbyło się w atmosferze bardziej przyjaznej mojej ówczesnej wrażliwości muzycznej. Z każdym kolejnym koncertem, a starałem się ich nie opuszczać, moja percepcja zaczęła się zmieniać. Coraz więcej ogarniałem i rozumiałem. Po kilku miesiącach nawet awangardowi saksofoniści byli dla mnie do przełknięcia.

Zacząłem też doceniać możliwość słuchania wybitnych artystów w moim rodzinnym mieście, choć nie jest ono metropolią. Stopniowo uczyłem się, co z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się szczególnie ważne, alchemii klubowego życia, które okazało się dla mnie niezwykle atrakcyjne i pociągające. Podpatrywałem muzyków, którzy po koncertach zostawali w klubie, by rozmawiać z fanami lub prowadzić jazzowe dysputy przy piwie, ale także szefostwo i personel klubu. Okolicznością niesprzyjającą był tu tylko fakt, że godzina odjazdu ostatniego autobusu do domu zawsze przychodziła zbyt szybko.


Marek Konarski fot. Łukasz Bernas

JF: Dziś sam angażujesz się w działalność „Filarów” nie tylko jako artysta, ale także wykładowca Małej Akademii Jazzu. Traktujesz to jak spłacanie długu czy raczej sądzisz, że praca na rzecz publiczności to dziś powinność każdego profesjonalnego artysty?

MK: Obie możliwości, o których mówisz, są do pewnego stopnia prawdziwe. Od roku 2015 jestem wykładowcą Małej Akademii Jazzu i próbuję wpisać się w tę rolę najlepiej, jak potrafię. Myślę, że ślady w pamięci, które pozostawiła MAJ, pozwalają mi lepiej rozumieć muzyczne potrzeby jej dzisiejszych uczestników. Staram się podążać za nimi, ale nie w sposób bierny. Traktuję je raczej jako punkt wyjścia do aranżowania spotkań z muzyką improwizowaną, które poprowadzą muzyczną wyobraźnię młodych odbiorców do nowych muzycznych światów, a czasami do głębszego rozumienia tego, co jest ich muzyczną codziennością. Sam tego kiedyś doświadczyłem i uważam, że to droga właściwa, choć mam świadomość, że należy ją ciągle wyznaczać na nowo. Jeżeli ktoś chciałby to nazywać spłacaniem długu, nie zamierzam protestować.

Sprawą odmienną są wymogi jazzowej profesji, o których mówisz. Angażowanie się w pracę na rzecz budowania publiczności, a działalność MAJ bez wątpienia wpisuje się w ten obszar, to jej nieodzowna część, zwłaszcza dzisiaj, gdy presja mediów jest ogromna. Sporo nasłuchałem się na ten temat w trakcie studiów jazzowych w Danii.

JF: A jak to się stało, że zdecydowałeś się wybrać studia jazzowe w Danii, a nie w Polsce?

MK:W 2009 roku brałem udział w warsztatach jazzowych w Chodzieży. Poznałem tam dwóch znakomitych muzyków: Artura Tuźnika i Macieja Kądzielę. Bardzo spodobała mi się ich gra, wyróżniająca się, zwłaszcza w warstwie brzmieniowej, od reszty uczestników warsztatów. Po zajęciach miałem okazję spotkać się z nimi i dowiedziałem się, że studiują w Odense w Danii. Ich opowieści o uczelni i studiowaniu wydały mi się bardzo interesujące i postanowiłem spróbować szczęścia. Egzaminy odbywały się zimą 2011 roku i trwały trzy dni. W pamięci ut­kwiła mi nie tylko otwartość i życzliwość komisji, ale także jej wyraźne rozbawienie, gdy pojawiłem się przed nią po raz pierwszy. Jak się później okazało, powodem był mój nazbyt chyba formalny strój i fakt, że tylko muzycy z Polski podchodzili do egzaminów w garniturach.

JF: Czy są jakieś różnice pomiędzy stu­diowaniem jazzu w Danii i Polsce?

KM: To trudne pytanie. Nigdy nie studiowałem jazzu w Polsce i nie do końca znam realia panujące w polskich ośrodkach kształcenia jazzowego. Moja wiedza jest tu wyłącznie pośrednia. Jeżeli chodzi natomiast o studiowanie w Danii, a zwłaszcza w Syddansk Musik Konservatorium, to dominantę stanowi kreatywność i swoboda twórcza studentów, na to się tutaj stawia. Edukacja obejmowała wyłącznie przedmioty muzyczne w wymiarze około dziesięciu godzin tygodniowo. Do dyspozycji studentów szkoła oddaje liczne ćwiczeniówki, z których można korzystać do drugiej w nocy. Poza tym istnieje tu też głęboko zakorzeniona tradycja przebywania w murach akademii.

Oprócz zajęć i ćwiczeń na instrumencie, studenci spędzają tu niemal cały wolny czas. Oburzenia nie budzi też umieszczony na korytarzu automat z piwem. Tym, co zwraca uwagę przybysza z Polski, są otwarte i demokratyczne relacje panujące pomiędzy studentami i profesorami. Wzajemna krytyka nie jest traktowana, jak zachowanie przekraczające przyjęte normy akademickie i kulturowe. Wszystko to sprawia, że studiowanie tu daje znakomite warunki do rozwoju twórczych indywidualności.



Marek Konarski fot. Łukasz Bernas

JF: A w jaki sposób uczelnia wciąga studentów w wir koncertowego życia?

MK: Nie potrafię precyzyjnie odtworzyć strategii uczelni w tym zakresie, ale w moim przypadku odbywało się to w sposób bardzo naturalny. Mniej więcej na drugim roku studiów Anders Mogensen, ówczesny dziekan wydziału jazzu i znakomity perkusista, zaczął mnie zapraszać na wspólne koncerty w Odense. Wspólnie z nami występowali wówczas Carl Winter (fortepian) i Johnny Aman (kontrabas),którzy razem z Mogensenem tworzyli znaną i bardzo popularną na świecie sekcję rytmiczną.

Mogę domniemywać, że mój udział w koncertach był dla mojego ówczesnego dziekana satysfakcjonujący, gdyż kolejne propozycje koncertowe, które stale otrzymywałem, były coraz „poważniejsze”. Dzięki nim zacząłem regularnie grać w bardziej prestiżowych miejscach, poznawać kreatywnych muzyków i nawiązywać nowe przyjaźnie artystyczne itp. Po jakimś czasie rzecz zaczęła procentować propozycjami grania „zastępstw” za poważnych, światowych saksofonistów.

JF: Czy w ten kontekst należy wpisywać też twoją współpracę z legendarnym amerykańskim saksofonistą Jerrym Bergonzim oraz nominowanym trzykrotnie do nagrody Grammy trębaczem Timem Hagansem?

MK: Jerry Bergonzi był honorowym profesorem mojej uczelni. Raz lub dwa razy w roku pojawiał się na uczelni, by prowadzić warsztaty jazzowe ze studentami. Na jednym z takich spotkań zagrałem z nim na ochotnika kilka standardów jazzowych, a po kilku dniach zadzwonił do mnie dziekan wydziału (członek kwartetu Bergonziego) z informacją, że Jerry zaprasza mnie do udziału w kilku wspólnych koncertach. To były niezapomniane chwile.

Z Timem Hagansem spotkaliśmy się raczej przypadkowo. Znakomity trębacz miał w planie koncert z Bergonzim w Kopenhadze, ale życie skomplikowało plany i Bergonzi nie mógł pojawić się na koncercie. Wtedy Anders Mogensen zaproponował, by Tim zadzwonił z propozycją do mnie. Z wrażenia nie pamiętałem, jak dotarłem do klubu. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i nie poprzestaliśmy na jednym koncercie. Łącznie zagraliśmy ich sześć.

JF: Występowałeś ze swoimi profesorami także w Polsce i innych krajach.

MK: Występowaliśmy głównie w Danii, Szwecji i Polsce. Większość z tych koncertów była najbardziej wymagającą szkołą życia i umiejętności przetrwania na scenie, jaką kiedykolwiek przeszedłem. Wspomnę tu chociażby koncert z Bergonzim. Nuty otrzymałem tydzień wcześniej i starałem się przygotować materiał najlepiej jak potrafiłem, ale na próbie dźwiękowej przed koncertem Jerry zmienił prawie cały repertuar. Poinformował nas, że napisał ostatnio kilka nowych numerów, a tamtego dnia zaaranżował je w hotelu i chciał sprawdzić, jak to wszystko brzmi. Znałem już trochę Bergonziego i wiedziałem, że coś takiego może mnie spotkać, ale trzeba było jeszcze sprostać zadaniu, a gdy gra się ze światową gwiazdą, rzecz ciąży podwójnie.

JF: Jesteśmy w przeddzień wydania twojej najnowszej płyty „Konarski & Folks”. To już chyba dziesiąty album w twojej karierze. Czym różni się ten projekt od poprzednich?

MK: „Konarski & Folks” to pierwsza płyta, na którą sam skomponowałem i zaaranżowałem cały materiał muzyczny. Mogę więc z dumą stwierdzić, że to płyta autorska. Znajduje się na niej dziewięć utworów, z czego siedem to moje własne kompozycje, a dwa kolejne to polskie pieśni ludowe w nowych aranżacjach.

JF: Kiedy zrodził się pomysł, by sięgnąć po inspiracje zaczerpnięte z folkloru?

MK: Trzeba tu cofnąć się do roku2018. Otrzymałem wówczas propozycję zagrania koncertu w gorzowskich „Filarach” z okazji 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Zastanawiałem się nad repertuarem i doszedłem do wniosku, że powinienem sięgnąć po inspiracje do zasobów polskiej muzyki ludowej. Napisałem kilka kompozycji w klimacie folkowym i okazało się, że publiczność przyjęła je entuzjastycznie, a ja upewniłem się w przekonaniu, że powinienem dalej rozwijać ten obszar moich twórczych zainteresowań. Zacząłem konsekwentnie i metodycznie słuchać polskiej muzyki ludowej z różnych regionów i w większym lub mniejszym stopniu przemycać jej motywy do moich kompozycji jazzowych. Próbowałem też eksperymentować, zapraszając na koncerty inspirowane polskim folklorem duńskich muzyków jazzowych. Rezultaty były często zaskakujące, zwłaszcza w warstwie brzmieniowej. W roku 2020 uznałem, że dysponuję materiałem, który warto zarejestrować na płycie.


Kuba Gudz, Artur Tuźnik, Damian Kostka, Marek Konarski fot. Łukasz Bernas

JF: „Konarski & Folks”to, jak sam mówisz, projekt autorski. W jaki sposób dobrałeś partnerów do jego zrealizowania?

MK: Zależało mi na nagraniu płyty z muzykami, z którymi łączy mnie podobny sposób rozumienia i odczuwania muzyki. To album bardzo osobisty i trudno byłoby nagrać go w innym gronie. Dlatego zaprosiłem do współpracy Artura Tuźnika, Damiana Kostkę, Kubę Gudza oraz gościnnie Anię Rybacką. Nie było to przedsięwzięcie łatwe pod względem logistycznym, ponieważ większość z nich mieszka dziś za granicą, ale udało się.

Zależało mi też na odpowiednim ukształtowaniu płyty pod względem brzmieniowym, dlatego zaprosiłem do współpracy Briana Massakę, który wykonał miks i mastering nagranego materiału. To kreatywny profesjonalista obdarzony wyobraźnią muzyczną. Dlatego mam nadzieję, że jakość brzmieniową materiału docenią nie tylko słuchacze wykorzystujący tradycyjne nośniki, ale także słuchający muzyki z telefonów komórkowych.

JF: Czy ta muzyka sprawdza się również jako projekt koncertowy?

MK: Zdecydowanie tak, miałem okazję sprawdzić ten materiał na wielu koncertach w Danii i Polsce. Reakcje publiczności są żywiołowe. Myślę, że wynikają one z melodycznego bogactwa polskiego folkloru i energii, którą wkładamy w improwizację.

JF: A jakie są twoje najbliższe plany koncertowe?

MK: Nie będzie to raczej aktywny rok, jeśli chodzi o granie koncertów. Planuję kilka koncertów promujących płytę, a w wakacje europejską trasę z sekstetem Kathrine Windfeld oraz kilka występów w Kopenhadze. Ze względu na zaistniałą sytuację, ciężko jest o bardziej sprecyzowane plany. Mam tylko nadzieję, że niebawem koncerty na żywo wrócą, bo spotkań z publicznością, jak każdemu artyście, bardzo mi brakuje.

Autor: Andrzej Białkowski

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm