Wytwórnia: SJ Records 014

Arper  5:31
Koncert-Pitch  7:59
MarRacz  6:19
Prosto-nieprosto  5:39
Blueskwa  10:08
Dominikana  4:25
Niezbyt blisko domu  9:13

Muzycy: Maciek Wojcieszuk, perkusja; Paulina Atmańska, fortepian; Paweł Palcowski, trąbka; Kuba Łępa, saksofon altowy; Adam Tadel, kontrabas

Okładka: Wojciech Korkuć KOREKSTUDIO



„MWQ”

M. Wojcieszuk Quintet

MACIEK WOJCIESZUK: Zespół na całe życie

Marek Romański

Jest znaczącą postacią młodego polskiego jazzu. Jego kwintet zdobył Grand Prix festiwalu w Getxo w Hiszpanii (materiał z tego występu ukazał się na płycie wydanej przez organizatorów festiwalu). Świetny perkusista, autor oryginalnych kompozycji, energiczny lider zespołu. Maciek Wojcieszuk żyje ciągle w biegu – mieszka z żoną w Warszawie, studiuje w Katowicach, coraz częściej też wyjeżdża na koncerty ze swoim kwintetem. Dynamicznie traktuje też swoją muzykę łącząc w niej jazz z inspiracjami płynącymi z tradycji bałkańskiej, celtyckiej, czy rockowej. Debiutancką płytę studyjną „MWQ” nagraną przez Maciek Wojcieszuk Quintet otrzymują prenumeratorzy JAZZ FORUM.

POCZĄTKI

Pewnego wieczoru poprosiłem mamę, żeby zapisała mnie na jakiś instrument, bo chciałbym umieć na czymś grać. Zapisała mnie więc na gitarę klasyczną do ogniska muzycznego. Miałem wtedy 12 lat. Mój nauczyciel przywiązywał bardzo dużą wagę do improwizacji. Grał np. jakieś pochody akordowe i kazał do tego improwizować na słuch. Mniej więcej po trzech latach nauki gry na gitarze zacząłem interesować się perkusją. Nie bardzo wiedziałem, jaki instrument wybrać w szkole muzycznej – na próbę zdecydowałem się  na perkusję. Pochodzę z Lublina i tam zdałem do Szkoły Muzycznej II stopnia na perkusję. I właściwie dopiero tam, kiedy zobaczyłem, co można zrobić z bębnami, złapałem straszną podpałkę na grę. Do tego stopnia, że w II klasie zabrałem papiery z liceum i zostałem przez rok tylko w Szkole Muzycznej.

Kolejny etap edukacji to Szkoła na Bednarskiej w Warszawie, bardzo dużo ćwiczyłem, żeby się tam dostać. W końcu się udało. Jeszcze podczas nauki na Bednarskiej dostałem się do Instytutu Jazzu w Katowicach i wtedy zachorowałem na nietypową, trudną do zdiagnozowania chorobę, która zabrała mi rok życia. Przez to moja formalna edukacja trwała dłużej niż u innych, nadal jeszcze studiuję.

KOMPOZYTOR I LIDER

Już na Bednarskiej założyłem trio USG z Michałem Załęskim na fortepianie i Radosławem Łukaszewiczem na kontrabasie. Wydaliśmy własnym sumptem EP-kę, pograliśmy trochę koncertów. Później każdy z nas zajął się własnymi planami, ale ostatnio reaktywowaliśmy ten skład. Od dłuższego czasu pociągała mnie kompozycja. Mój nauczyciel fortepianu na Bednarskiej, Marcin Lutrosiński, starał się, żebym ucząc się gry poznawał też harmonię. Zdobywałem również wiedzę o tym na własną rękę.

W Katowicach postanowiłem założyć własny zespół, który będzie grał moje utwory. W 2014 r. powstał mój kwintet. Główną moją inspiracją, jeśli chodzi o kompozycje, jest polski jazz. Szczególnie wiele zawdzięczam Zbigniewowi Namysłowskiemu. Na Bednarskiej miałem okazję grać w zespole, który on prowadził. Dzięki temu mogłem grać i analizować jego utwory. Myślę, że w moich utworach można odnaleźć pewne wpływy Pana Zbigniewa.

Słucham dużo różnej muzyki, nie tylko jazzowej – choć tej chyba najczęściej. Dzięki temu odnajduję się w rozmaitych projektach. Niedawno np. grałem z zespołem wykonującym muzykę bałkańską. Współpracowałem też z grupami grającymi muzykę celtycką, rockową i innymi gatunkami. To wszystko wpływa na moje kompozycje.

Jako perkusista inspirowałem się wieloma muzykami. Ikonami jazzu, ale również tak wszechstronnymi perkusistami, jak Steve Gadd czy Vinnie Colaiuta. Bardzo dużo nauczyłem się od Cezarego Konrada, jeździłem do niego na lekcje. Do dzisiaj zresztą staram się chodzić na jego koncerty i zawsze jestem pod ogromnym wrażeniem. Podpatruję też sporo u takich muzyków jak Brad Mehldau czy trio Esbjörna Svenssona. W ogóle interesuje mnie jazz skandynawski.

Jestem perkusistą, więc nie jest mi łatwo komponować i aranżować. Tym bardziej, że nie jestem czynnym pianistą, więc układam voicingi w trochę dziwny, nietypowy sposób. Na pewno inaczej by to robił ktoś, kto dobrze gra na fortepianie. Z jednej strony więc nie piszę zgodnie z powszechnie stosowanymi zasadami, ale z drugiej – jest to moje, i może w tym tkwi jakaś oryginalność. Pisanie na mój kwintet jest rodzajem szkoły – bo od razu, na gorąco, weryfikujemy materiał na próbach i dzięki temu uczę się pisać tak, żeby to zostało lepiej zagrane.



fot. Jarek Rerych 
Maciek Wojcieszuk Quintet: Paulina Atmańska, Kuba Łępa, Paweł Palcowski, Adam T
adel, Wojcieszuk


MACIEK WOJCIESZUK QUINTET

Wszyscy poznaliśmy się w Instytucie Jazzu w Katowicach. Moja pianistka, Paulina Atmańska, jest już absolwentką tej uczelni. Trębacz Paweł Palcowski i alcista Kuba Łępa są na pierwszym roku studiów magisterskich – czyli czwartym ogólnie, basista Adam Tadel jest razem ze mną na roku. Każdy z muzyków w moim zespole jest silną indywidualnością, przez to nieraz się ze sobą różnimy. Jednocześnie pozwala nam to stworzyć niepowtarzalną mieszankę energetyczną. Wszyscy są czynnymi muzykami, mającymi już doświadczenie w wielu innych projektach.

Formując ten zespół zależało mi na przedstawieniu swojego punktu widzenia. Uczestnicząc w wielu różnych przedsięwzięciach chciałem mieć własną formację, którą mógłbym poprowadzić od początku do końca. Mieć wpływ na wszystkie aspekty działalności – od kompozycji po menedżerowanie.

PŁYTA „MWQ”

Trudno mi określić moją muzykę – ja ją słyszę w swój indywidualny sposób i myślę, że każdy ze słuchaczy odbiera ją trochę inaczej. Niewątpliwie głównym punktem odniesienia jest jazz, ale znajdują się w niej także inne elementy. Moje doświadczenia z muzyką bałkańską, celtycką, czy rockiem znajdują swoje odzwierciedlenie w metrach, jakie stosuję. Np. w temacie MarRacz jest nieregularne metrum.

Pomysł nagrania płyty „MWQ” pojawił się po wygraniu konkursu na festiwalu w Getxo, w Hiszpanii. Dostaliśmy sporą nagrodę i zgodnie uznaliśmy, że jej większą część przeznaczymy na nagranie albumu. Wybrałem studio RecPublica w Lubrzy – to fantastyczne miejsce, w starym młynie, na łonie przyrody. Idealne miejsce do spokojnej pracy. Dostaliśmy klucz do studia, spaliśmy na miejscu w pokojach gościnnych i mogliśmy się skoncentrować wyłącznie na muzyce. Nagranie powstało w ciągu trzech dni, we wrześniu ubiegłego roku. Zabraliśmy ze sobą świetnego młodego realizatora Macieja Stacha, który jest bardzo ceniony w środowisku muzycznym. W wydaniu płyty bardzo pomógł nam Piotr Schmidt.

Nagrywaliśmy na setkę, tak jak to się dawniej robiło – czyli wszyscy graliśmy razem. Mieliśmy do dyspozycji znakomity sprzęt, pięknie brzmiący fortepian Fazioli. Zespół był w formie, było dużo dobrej energii po wygraniu Getxo. Zagraliśmy wcześniej małą trasę koncertową, podczas której ogrywaliśmy repertuar albumu.

Każdy z tematów na płycie ma swoją historię, pewnego rodzaju program. Arper jest dedykacją dla Billy’ego Harpera, którego dużo słucham i bardzo kręci mnie klimat jego muzyki. Trochę tego właśnie klimatu udało mi się w tym utworze przemycić, można tam znaleźć echa płyty „Quest” Piotra Wojtasika nagranej z Harperem. Koncert-Pitch opowiada o koncertach, które muzyk musi zagrać, ale nie zawsze chce. To są życiowe sytuacje, w których gra się jakieś komercyjne gigi, które nie sprawiają wielkiej satysfakcji, ale trzeba to robić, żeby jakoś żyć. Z jednej strony trzeba być profesjonalistą i grać najlepiej jak się potrafi, a z drugiej – gdzieś w głowie rodzi się myśl: „Daj spokój, co ty robisz, jak możesz grać takie rzeczy!” To taki mój mały pastisz. (śmiech)

MarRacz dedykuję rysownikowi Markowi Raczkowskiemu. Bardzo mi odpowiada jego poczucie humoru. On często parodiuje sytuacje polityczne, komentuje aktualne wydarzenia. W moim utworze chciałem zawrzeć wrażenie, ze choć śmiejemy się z rysunków Raczkowskiego, to w gruncie rzeczy te sytuacje są najczęściej smutne i lepiej, żeby ich nie było. To jest pewnego rodzaju rozdarcie – różne polityczne i społeczne chryje dają rysownikowi materiał do świetnych dowcipów, ale lepiej żeby tego materiału tyle nie dostawał. Dlatego MarRacz jesttaki słodko-gorzki.

Prosto-nieprosto to ballada, której melodia wydaje się prosta, ale ma pewien poważniejszy podtekst. To trochę tak, jak w kompozycjach Namysłowskiego, które wydają się proste słuchaczowi, a w rzeczywistości są trudne i mają drugie dno.

Blueskwa to moja wizja bluesa. Klasyczny blues jest zazwyczaj smutny, opowiada o cierpieniu, ale tkwi w nim też nadzieja na odmianę losu. Natomiast mój temat jest tylko smutny, więc nie wiem, czy można go nazwać prawdziwym bluesem.

Dominikanę napisałem dla mojej żony. Jest dosyć energiczną kobietą. W ogóle nasza relacja jest dynamiczna i taki też jest ten utwór.

Niezbyt blisko domu opisuje życie muzyka w trasie. Ja jeszcze dodatkowo mam pod tym względem trudną sytuację, bo z żoną wynajmujemy mieszkanie w Warszawie, a jednocześnie studiuję w Katowicach na dziennych studiach. Powoduje to, że często muszę jeździć, trochę brakuje mi jednego ośrodka, do którego zawsze mógłbym wracać. Oczywiście teraz Warszawa jest ważniejsza, bo tu jest moja rodzina, praca itp., ale mimo wszystko bujam się między tymi dwoma środowiskami. Do tego oczywiście dochodzą wyjazdy na koncerty. Dlatego wciąż jestem niezbyt blisko domu. No ale takie jest życie muzyka, to problem, który zna każdy, kto próbuje żyć z grania. To zresztą nie jest tak, że ja jakoś strasznie narzekam z powodu wyjazdów i braku stałego miejsca – w gruncie rzeczy się z tego cieszę, bo kocham to, co robię.

Na koncertach te utwory się rozwijają, nabierają nowego charakteru. Gramy ze sobą już od dłuższego czasu i mamy coraz więcej swobody w naszej muzyce. Czuję, że jest coraz lepiej, ciągle się rozwijamy, wchodzimy na kolejne poziomy wspólnej improwizacji. To daje nam motywację do dalszej pracy.

GETXO

Nasz sukces na festiwalu w Getxo był splotem przypadków. Miałem dużo spraw na głowie i wysłałem formularz zgłoszeniowy dopiero ostatniego dnia. Pamiętam, że specjalnie prosiłem o wyraźny stempel na poczcie, żeby mieć potwierdzenie wysłania listu w określonym terminie. Kiedy po pewnym czasie zadzwonił telefon i odezwał się głos: „Hello, Inaki from Spain!”, to wiedziałem, że zostaliśmy zakwalifikowani do konkursu głównego.

Festiwal był świetnie zorganizowany, wszystko dopięte na ostatni guzik. Przy okazji zabrałem ze sobą żonę, wykorzystaliśmy ten wyjazd na małe wakacje. Byliśmy tam niecały tydzień, podczas którego zagraliśmy cztery razy. Oprócz samego festiwalu w Getxo zostaliśmy również zaproszeni przez organizatorów mniejszych, okolicznych festiwali jazzowych. Właśnie po jednym z tych koncertów, w Oviedo, dostałem w nocy telefon od organizatorów Getxo, że przyznano nam Grand Prix. To było niesamowite, pierwszy raz w życiu dostałem główną nagrodę z zespołem, i to na tak prestiżowej imprezie! Od razu poszliśmy opijać sukces miejscowym cydrem. (śmiech)

W konkursie głównym oprócz nas uczestniczyły jeszcze trzy zespoły. Jeden z Ameryki Południowej, grający w stylistyce fusion lat 90. Była też grupa polskiego kontrabasisty Grzegorza Włodarczyka i trio z Francji. Ci ostatni grali współczesny jazz, swoje autorskie kompozycje. Nagrodę indywidualną dostał saksofonista z zespołu Włodarczyka, a drugie miejsce w kategorii zespołowej zajęli Francuzi. Poziom był wysoki, wszyscy grali bardzo dobrze, decydowały pewnie drobiazgi, niuanse. Być może najważniejsze było to, że postanowiliśmy się specjalnie nie spinać na ten konkursowy występ. Potraktować go jako normalny koncert, zagrać na luzie. Chyba nam się to udało i może dlatego wygraliśmy.

Teraz najważniejsza jest dla nas promocja naszej płyty. Staram się organizować trasę koncertową, najbliższy występ mamy 18 czerwca na festiwalu zJAZZd w Zabrzu. Myślę też już o kolejnym albumie. Wiem, że chcę mieć ten zespół całe moje życie, być może z czasem w trochę innej formie, ale chcę go rozwijać.

Rozmawiał: Marek Romański

  MKIDN      stoart       stoart       stoart     psj      ejm