Wytwórnia: Radio Gdańsk i Pomorska Kolej Metropolitalna

Tyle tego masz; Sklejam Się; Pomost; Para-finał; Ole Gondola; Kurkuma; Pełnoletni; Szpilki; Zakład dla normalnych; Już drogę znasz; Brzydcy; Za szybą; Czas nas uczy pogody; Jednego serca

Muzycy: Grażyna Łobaszewska, śpiew; Maciej Kortas, gitara;Sławomir Kornas, bas; Michał Szczeblewski, perkusja


Pociąg do muzyki

Grażyna Łobaszewska & Ajagore

Upalne lato, późny lipcowy wieczór. Ostatni koncert pierwszego dnia festiwalu „Jazz w lesie” 2017 w Sulęczynie. Nad jeziorem Węgorzyno jest spokojnie. Bezwietrznie. Na scenie Grażyna Łobaszewska czaruje hipnotycznym głosem. Zawsze brzmi zjawiskowo, ale tu, w plenerze, jakby inaczej. Jeszcze potężniej! Banałem jest mówienie, że to jedna z najwybitniejszych polskich wokalistek. Próżno przecież szukać artystki o podobnej ekspresji i tak unikatowej barwie. Jest jedyna w swoim rodzaju! Moim zdaniem ma wiele wspólnego z... Johnnym Cashem, o którego głosie pisano, że „potrafił ciąć stal”. Grażyna Łobaszewska śmieje się, gdy jej o tym mówię.

Znakomite koncerty to także zasługa zespołu Ajagore z Tczewa, z którym wokalistka współpracuje od kilkunastu lat. Są jak jeden organizm, rozumieją się bez słów. Na scenie i poza nią. Są przyjaciółmi, dzięki czemu razem dzielnie próbują przetrwać piekielnie trudną dla wszystkich artystów pandemię. Jak zresztą wszyscy praktycznie nie koncertują, ale na szczęście nie porzucają planów wydawniczych. Są po nagraniach kolejnego studyjnego krążka, którego premiera odbędzie się wczesną wiosną przyszłego roku. To nie koniec. Grażyna Łobaszewska i Ajagore właśnie wydali album koncertowy, który jest zapisem występu ze Studia im. Janusza Hajduna w Radiu Gdańsk.

Płyta „Pociąg do muzyki”, wyprodukowana z okazji 5. rocznicy powstania Pomorskiej Kolei Metropolitalnej została dołączona do bieżącego numeru JAZZ FORUM.

KAMIL WICIK: – Lubi pani swój głos?

GRAŻYNA ŁOBASZEWSKA: – Czasami.

– Od czego to zależy?

– Od pory dnia.

– Słuchacze uwielbiają pani barwę. Często spotyka się pani z komplementami?

– Z komplementami może nie, ale zdarza się, że ludzie poznają mnie tylko po głosie. Na ulicy, w taksówce, w sklepie. Pamiętam szereg takich sytuacji.

– Kiedy pani zrozumiała, że dysponuje tak wyjątkowym instrumentem? 

– Nigdy nie myślałam o głosie jako o czymś wyjątkowym czy wyróżniającym mnie. Zawsze za to wiedziałam, że muszę śpiewać. Że chcę, że marzę tylko o tym! Że to jest coś, co chciałabym robić w życiu. Do niczego innego się nie paliłam.

Z jednej strony pasjonowała mnie Aretha Franklin, ze swoją osobowością, zjawiskową barwą i wyjątkową ekspresją. Śpiewałam razem z nią, o czym Pani Franklin nic nie wiedziała. To mnie, myślę, kształtowało. To było niesamowite, zupełnie inne frazowanie, niż to, które znałam z radia.

Jako dziewczynka, śpiewałam jednak w podobny sposób do Pani Ireny Santor. Właściwie ją również naśladowałam. Zresztą na tych pierwszych moich płytach da się wysłyszeć nieopierzony głosik, który poszukuje siebie, swojej rozpoznawalności. Przeobrażenie przyszło zupełnie nieoczekiwanie. Po prostu któregoś dnia mój głos zabrzmiał tak, jak brzmi teraz. To przyszło samo. Zawsze dużo śpiewałam. Właściwie wszędzie. Nawet w komunikacji miejskiej. Wszędzie tam, gdzie się dało.

– Prowadzi pani zajęcia z młodymi ludźmi, którzy marzą o zawodowym śpiewaniu. Co im pani mówi? Co jest najważniejsze?

– Po pierwsze otwarcie się na siebie, po drugie otwarcie na innych. Staram się wytłumaczyć, że ten przepływ musi być szczery. Tu nie ma miejsca na żadne udawanie. Śpiewamy tekstem, więc to tak jakbyśmy mówili do kogoś, jakbyśmy chcieli przekazać konkretny komunikat jednej osobie. Jeśli temu jesteśmy wierni, wówczas przekaz jest wyrazisty i myślę, że zrozumiały. Jeżeli ktoś się wstydzi swoich prawd, to może się jawić jako ktoś inny. To wtedy właśnie pytamy w przestrzeń – dlaczego nikt mnie nie rozumie? A z tym przeświadczeniem trudno jest żyć. Autentyczność i akceptowanie siebie jest jednym z fundamentów naszego zawodu. 

– Biorąc pod uwagę jak brzmiał pani głos przed laty wiem, że niechętnie sięga pani po swoje nagrania z lat 70. czy 80. Jak rozumiem dlatego pojawił się pomysł zarejestrowania tych utworów na płytę w innych, współczesnych aranżacjach?

– Zdecydowanie tak! Zawsze, gdy jestem w rozgłośniach radiowych i udzielam wywiadów, dziennikarze rzadko proponują nasze piosenki z ostatnich lat, które nagrywam z Ajagore i nie tylko. Niestety wybór pada na te utwory sprzed 40 lat, co mnie jakoś bardzo ogranicza. Mnie, jak i słuchaczy, gdyż ci, którzy muzyką interesują się pobieżnie, często dziwią się, że jeszcze śpiewam. Sądzą, że zatrzymałam się ileś lat temu i właściwie niczego nowego nie proponuję. A to nieprawda. Denerwują mnie takie sytuacje, bo przecież dużo pracuję, a mimo tego w kółko muszę się tłumaczyć. To nie jest fajne. Bo co mam powiedzieć, gdy ktoś z troską mówi: „Szkoda, że pani już nie śpiewa” albo „Dlaczego pani już nie śpiewa?”. Uważam, że to niesprawiedliwie, że rozgłośnie, jeśli już, to sięgają tylko po moje stare piosenki,m.in. Czas nas uczy pogody czy Brzydcy. A może radiowcy też interesują się polską muzyką pobieżnie? 

Z drugiej strony do nagrania tej płyty namówili nas ludzie, których spotykamy na koncertach. Pytają o nowe aranżacje, które gramy. Komplementują. Mówią, że ich zdaniem te piosenki nie straciły na aktualności i że warto byłoby je przypomnieć w nowych wersjach. Rzeczywiście to po aranżacji słychać upływ czasu. Przecież nie zmieniam tekstów ani podstawy melodycznej. Na płytę wybraliśmy więc piosenki, o które prosili fani. Te utwory są dla nich ważne i chcieliby je mieć w jednym miejscu. Na jednej płycie.

– Czy te uwspółcześnione aranżacje pozwoliły pani spojrzeć inaczej na swoje piosenki? Może pomogły odkryć je na nowo?

– Nowe aranżacje sprawiły, że te piosenki odżyły i świetnie wkomponowały się w obecny czas, ale to wyśpiewane słowa niosą tę nieprzemijalność. Są, jakby autor napisał je dosłownie przedwczoraj. Aby to jeszcze bardziej unaocznić, wpadłam na pomysł, by każdy tytuł na okładce został okraszony datą pierwszego nagrania. Tym bardziej chcę słuchaczom uświadomić, że pomimo upływu lat aż tak dużo nie zmieniło się w otaczającej nas rzeczywistości, a co za tym idzie w moim myśleniu. Jest bardziej dojrzałe, fakt, ale jednocześnie niezmienne. W tym pandemicznym czasie wszystko stanęło, tak jak mózg i serce stają, a teksty sprzed czterdziestu lat są aktualne. To w jakimś sensie straszne.

– Rzeczywiście. Trudno odmówić tym teksom ponadczasowości.

– Właśnie! Mówiłam nawet Jankowi Wołkowi, który sporo dla mnie przecież pisał i nadal pisze, że chyba jest jakimś wróżem. A to dla poety, myślę, spory komplement.

– Jeśli chodzi o aranżowanie tych piosenek, warto tu podkreślić niebagatelną rolę Ajagore.

– Zdecydowanie! Myślę jednak, że kolegom z zespołu było łatwiej, bo już na początku naszej współpracy przearanżowali moje piosenki, uwspółcześniając je. W moim krwiobiegu płynęły dawne zaśpiewy, podziały rytmiczne. To nie było proste przełamać się i udawać, że nie mam muzycznej pamięci. Szczerze mówiąc nad jedną z piosenek natrudziłam się jak nigdy.

– Pani współpraca z Ajagore trwa już ponad 14 lat. Wiem, że zaczęło się od pojedynczych koncertów, które potem przerodziły się w stałą i trwałą współpracę. Co o tym zdecydowało?

– Na początku nie przepowiadałam tej współpracy wielkiej przyszłości, bo jak tu połączyć dwa światy. Grupa Ajagore to oddzielny organizm z dobrym wokalistą, Sławomirem Kornasem, ze swoim repertuarem i nagranymi płytami. Jednak to ich myślenie o nowych aranżach moich piosenek bardzo mi się podobało. Nie odbębniali czegoś ot tak, żeby zagrać kilka koncertów, lecz ciągle udowadniali, że mój repertuar można  jeszcze inaczej pokazać.

– To w czym problem?

– Nie wiedziałam, czy będziemy w stanie się dogadać. Tak czysto ludzko. Jednak jesteśmy bardzo różni. Nie wiedziałam, czy do siebie pasujemy. Szybko okazało się, że polubiliśmy się na tyle, że te nasze małe wady przestały mieć znaczenie. Dotarliśmy się na tyle, aby zauważyć w sobie wiele zalet. Dziś nie jesteśmy w stanie się pokłócić, bo nie chcemy, bo myślimy o tym, co nas łączy oraz o tym, co nam się podoba. Szukamy punktów stycznych, a nie tego, co ewentualnie może nas poróżnić. Wiemy co na kogoś działa wkurzająco, a co kojąco. 

– Powiedziała mi pani kiedyś, że to ta różnorodność paradoksalnie spaja zespół.

– Każdy z nas jest wychowany na innej muzyce, co tylko wzbogaca nas artystycznie. To przenikanie się różnych wpływów daje niesamowite efekty, rozszerza myślenie o wspólnym byciu na scenie, tworzeniu, graniu koncertów. 

– Myślę, że to wielkie szczęście ze państwo na siebie trafili.

– Dla mnie to też taka okazja do ciekawej obserwacji. Bo to przecież w sumie pięć osób, bardzo często przebywających razem. Każdy z kolegów jest inny. Maciek Kortas, gitarzysta jest chemikiem, Sławomir Kornas, basista i wokalista jest socjologiem, Michał Szczeblewski, perkusista jest czynnym polonistą. Z kolei Leszek Barwik, nasz menedżer, jest elektronikiem. Będąc z nimi, można się nieźle poduczyć z wielu dziedzin. Dzięki temu nasze rozmowy to nie nuda i wciąż te same dowcipy, z których nikt już się nie śmieje, lecz czas, by się jeszcze bardziej poznać, zrozumieć i dopełnić. To przekłada się na wspólne granie.

– Rzeczywiście, czuć tę chemię podczas występów na żywo, których ostatnio niestety nie ma. To o tyle trudne, że od lat przecież sporo koncertujecie. W różnych miejscach. I na dużych, i na mniejszych scenach. Tym bardziej pandemia musiała okazać się czymś w rodzaju odcięcia tlenu.

– Pod każdym względem. Odcięto nam także przecież tlen finansowy. Ale na szczęście nie poddajemy się i pracujemy. Płyta studyjna z moimi najbardziej znanymi piosenkami w nowych aranżacjach jest nagrana. Pojawi się wiosną przyszłego roku. 

– Zanim jej posłuchamy, warto zapoznać się z krążkiem koncertowym „Pociąg do muzyki”, nagranym w Studiu im. Janusza Hajduna w Radiu Gdańsk. Album jest dołączony dla prenumeratorów JAZZ FORUM. Jako pomysłodawca i organizator tego występu od lat marzyłem, abyście u nas zagrali.

– To fajnie, że ma pan takie marzenia.

– Myślę, że nie tylko ja. Wiele osób czekało na to spotkanie, choć inaczej je sobie wyobrażaliśmy. Mieliśmy nadzieję zaprosić do studia słuchaczy. No, ale nie udało się. Pandemia.

– Obecność ludzi ma totalne znaczenie, bo to wtedy właśnie, gdy jest publiczność, możemy porozumiewać się wręcz metafizycznie. Właśnie wtedy czujemy, jak ta energia zatacza koła. I to już jest ten nieuchwytny moment. Podczas koncertu w radiu zabrakło tego kontaktu. Miałam świadomość, że słuchacze są z nami, ale że gdzieś daleko, że nie wiem dokładnie gdzie.

– To chyba trochę tak, jakby zaprosić ludzi na otwartą próbę?

– Trochę tak, z tą różnicą, że na takiej normalnej próbie nie mamy stresu, a w radiu to jednak spięcie było. Myślę sobie, że muzykom trudno pracować jest zdalnie. Na szczęście wyszło fajnie. Warto posłuchać tej płyty. Myślę, że ucieszą się przede wszystkim ci, którym brakuje naszych koncertów.

– Życzę wielu sukcesów i dużo zdrowia.

– Dziękuję i wzajemnie. Pozdrowienia dla wszystkich czytelników JAZZ FORUM. I do zobaczenia.

Rozmawiał: Kamil Wicik


  MKIDN stoart       stoart       stoart     psj      ejm